Nie przywykł do krawatów

Nie przywykł do krawatów

M a c i e j P ł a ż y ń s k i (1958–2010) Maciej Płażyński w garniturze czuł się jak zamknięty w pancerzu. Ale nawet gdy musiał o zakładać, nosił przy sobie sweter. Dusił go gorset politycznej poprawności. Choć pełnił wysokie funkcje (wojewody i marszałka Sejmu) pozostał typem luzaka nie do końca lubiącego sztafaż urzędu, który reprezentował.
Pamiętam pierwsze spotkanie. Rok 1993, podelbląska wioska, jakieś potkanie z rolnikami. Okres wyborów do parlamentu. Nagle szum: „Prezes przyjechał!". Szybko jak pociąg pospieszny na salę wszedł łysiejący 5-latek. Widać było, że garniturze czuł się jak zamknięty w pancerzu. Bez krawatu. To było moje pierwsze spotkanie Prezesem, jak nazywano Macieja Płażyńskiego, wówczas wojewodę gdańskiego. Byliśmy krajanami. Urodził się w położonym koło Elbląga (z którego pochodzę) dwutysięcznym miasteczku Młynary.
– Zawsze chodził szybko, ubrany w sweter i dżiny. Gdy został wojewodą (1990), usiał wskoczyć w garnitur, ale nawet wtedy nosił przy sobie weter. Tego zwyczaju nie zmienił nawet wówczas, gdy został marszałkiem Sejmu (1997-2001). problemem było przekonanie go do noszenia krawatu. Ze Sławkiem Rybickim [bratem Arama Rybickiego, który również zginął katastrofie pod Smoleńskiem red.] uczyliśmy go, jak wiązać krawat, ale on do końca uważał, że to nienormalne zakładać sobie samemu pętlę na szyję –  wspomina Marek Biernacki, poseł PO i przyjaciel Płażyńskiego.

Maciej Płażyński do Gdańska przyjechał na studia prawnicze w 1977 r. Mieszkał głównie na waleta w akademiku albo altance bez ogrzewania. Później, kiedy przypadkowo spotykaliśmy się w Gdańsku lub Sejmie, wyczuwałem, że  trochę dusi go gorset politycznej poprawności. To był typ luzaka, nie do  końca lubiący sztafaż urzędu, który reprezentował. Ksywkę Prezes dostał, gdy tworzyli kierował Spółdzielnią Pracy Usług Wysokościowych „Świetlik" (1983-1990), gdzie zatrudniano głównie działaczy opozycji demokratycznej, m.in. Donalda Tuska i Jana Bieleckiego.

Na początku 2004 r. rozmawialiśmy dłużej. Widział mój film „Klatka", opowiadający o  kibicach – jego miłością była piłka nożna. Twardy gracz, nie bał się zwarcia. Był to już inny Płażyński niż ten, którego do tej pory znałem. Kilka miesięcy wcześniej odszedł z PO. Wydawał się przybity. Czuło się w  rozmowie, że przeżywa odejście z Platformy. „Nie układało mi się z  Grzegorzem i Donaldem. Nie odpowiada mi sposób uprawiania przez nich polityki” – wyjaśniał swoją decyzję. Rozmowę przerwaliśmy, spieszył się. – Po tamtym odejściu nie pozbierał się do końca. Obojętnie, co by robiła Platforma, odbierał to negatywnie. Według mnie miał dogadane z kilkoma posłami, że wyjdą z Platformy razem z nim. Okazało się, że został wystawiony. Zdradzili go – mówi Marek Biernacki. Mocno przeżywa śmierć Płażyńskiego. – Rozmawiałem z nim w piątek w Sejmie, rano leciał do  Smoleńska, wcześniej dłużej w czwartek, na spotkaniu u arcybiskupa Głódzia. Maciek był bardzo zaangażowany w prace nad ustawą repatriacyjną, aby Polacy ze Wschodu mogli wreszcie wrócić do Polski. Umawialiśmy się, że razem pojedziemy na Białoruś spotkać się z Andżeliką Borys.

Poseł Biernacki już nigdzie z Maciejem Płażyńskim nie pojedzie, a  ja już nie dokończę przerwanej z nim rozmowy.
Okładka tygodnika WPROST: 17/2010
Więcej możesz przeczytać w 17/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0