Ostatnio często spotykam się z ludźmi, którzy deprecjonują wartość głosów oddanych na Jarosława Kaczyńskiego, argumentując to faktem, że poparcie dla niego było związane ze współczuciem spowodowanym śmiercią jego brata w katastrofie Smoleńskiej. Czy rzeczywiście motywacje wyborców można wartościować? Czy można mówić o gorszych lub lepszych powodach wrzucenia do urny kartki z zakreślonym nazwiskiem danego kandydata?
Według mnie motywacji wyborców nie sposób określać jako "dobrych", albo "złych". Dlaczego głos oddany na kandydata pod wpływem współczucia dla jego tragedii, ma być gorszy od głosu znanego celebryty, który zagłosował na "Władysława" (jak sam ów celebryta kandydata PO określił) Komorowskiego, po to by móc nie interesować się polityką i mieć święty spokój. Czy wyborcy kierujący się atrakcyjnością albo wzrostem kandydata są lepsi albo gorsi od tych, którzy powodowani są ewentualną poprawą osobistej sytuacji materialnej?
Oczywiście chciałbym, chciałbym, aby głosujący kierowali się w swych decyzjach przede wszystkim kategorią dobra wspólnego. Sądzę jednak, że w rzeczywistości ich motywacje są tak niejednolite i złożone, że ocenianie czyjegoś głosu jako głosu gorszego sortu jest nieuprawnione i antydemokratyczne.
Marcin Warach