Dobre, bo polskie?

Dobre, bo polskie?

Dodano:   /  Zmieniono: 7
Na okładce prestiżowego czeskiego tygodnika „respekt” papież Jan Paweł II z szelmowskim uśmiechem oblizuje paluszki, a obok tytuł materiału: „Boskie jedzenie z Polski”. Czyżby kolejny dowód na sukces naszej gospodarki? Poniekąd tak. Polska jest drugim (po Niemczech) największym dostawcą żywności do Czech, a Czechy naszym największym odbiorcą (po Niemczech i Węgrzech). W 2011 r. mieszkańcy tego kraju kupili od nas produkty żywnościowe za 19,8 mld koron, czyli ok. 3,7 mld zł. Dość powiedzieć, że obecnie już nawet jedna czwarta piwa na czeskim rynku to piwo z polskich browarów. Niestety, ta bonanza właśnie się kończy.
Według przeprowadzonego w maju sondażu, aż 44 proc. Czechów deklaruje, że nie kupuje już polskich produktów. Drugie tyle kupuje je tylko w  ostateczności, choć nasze wyroby spożywcze są bezkonkurencyjne pod  względem ceny. Nic dziwnego. Od miesięcy nie ma tygodnia, by czescy inspektorzy sanitarni nie wykryli kolejnego truciciela z naszego kraju. Zaczęło się od afery z solą przemysłową, stosowaną przez kilka polskich firm zamiast soli spożywczej. Potem była afera z „bezglutenowymi" chrupkami, zawierającymi gluten, „dietetycznymi” sucharami, zawierającymi przeterminowany susz jajeczny, i z kwasem mrówkowym, który wolno stosować tylko w paszy dla zwierząt. Kiedy miejscowa telewizja zleciła test dostępnych na rynku dżemów, produkty z Polski –  jako najgorsze – zajęły wszystkie miejsca na podium. Spośród 17 niejadalnych wyrobów co najmniej 13 pochodziło z Polski. Co najmniej, bo  powszechną praktyką jest ukrywanie polskiego pochodzenia produktów. Zamiast tego pisze się: „vyrobeno v EU”. Bez trudu kupimy więc w  Czechach polskie „duńskie masło”, polskie „czeskie pierniczki rumowe” albo polskiego „norweskiego dorsza”. Ten ostatni pochodzi z Bałtyku, o  czym podczas przeprowadzonych testów zaświadczyła m.in. olbrzymia ilość typowych dla tego akwenu bifenylów polichlorowanych i dioksyn.

Media biją na alarm, czescy producenci żywności klną, na czym świat stoi, i piszą donosy do prokuratury na nieuczciwą konkurencję, minister rolnictwa zaś grozi wprowadzeniem zakazu importu żywności z Polski. U  nas jednak nikt się tym nie przejmuje, w końcu mamy ważniejsze sprawy na  głowie, na przykład Euro 2012. Szanowni sklepikarze wrocławscy, nie  zdziwcie się więc, jeśli czescy kibice zjadą do waszego miasta z własnym prowiantem, niczym pielgrzymka do Lichenia. To nie z biedy ani ze  sknerstwa, tylko z obawy o własne życie. Drodzy księża diecezji wrocławskiej, którzy zamierzacie poddać ateizowanych sąsiadów zza miedzy intensywnej ewangelizacji, o czym świadczą już wywieszone bannery – nie  wróżę wielkiego powodzenia waszej akcji. Wiadomo, Polak, jak głodny, to  zły. A co dopiero Czech?

Polskie Ministerstwo Rolnictwa od miesięcy olewa czeskie prośby o  dostarczenie listy firm, które dosypywały do jedzenia sól przemysłową. Nikt się temu nie dziwi, bo po pierwsze, Euro 2012, a po drugie, u nas afera solna już dawno rozeszła się po kościach. Kto by się tym przejmował, że nieznana liczba rodzimych firm przez lata traktowała nas, konsumentów, gorzej niż psy? W końcu nawet w telewizji mówili, że sól przemysłowa „w zasadzie" niczym nie różni się od soli spożywczej, a poza tym nikt nie udowodnił, że jest bardziej szkodliwa dla zdrowia, więc o  co tyle hałasu? O zasady, sk… synu, jak mawiał Franz Maurer. Czeskie browary też mogłyby warzyć piwo równie tanie i złe jak polskie, ale ich szefowie zbiorowo odmówili psucia marki z wielowiekową tradycją i chwała im za to. U nas nie tylko decyzję o zakupie kefiru, ale nawet przetargi na budowę autostrad podejmuje się, stosując jedno kryterium: byle taniej.

Polsko je fajn? Powiedzcie to Czechom. Nasi producenci żywności wysyłają wartościowe produkty do Niemiec i innych państw zachodnich, ostatnio podbili nawet wymagający rynek południowokoreański. Ale im  sprzedają ordynarne guano. Bo Czesi wszystko kupią, zjedzą i jeszcze się obliżą ze smakiem. A poza tym sami są sobie winni, w końcu to ich importerzy i sieci handlowe masowo sprowadzały najtańsze produkty. Czy  to nasza wina, że akurat polskie?

Przykro to pisać w przededniu piłkarskiego święta. Mamy największą od 20 lat aferę zagraniczną z polskim żarciem w roli głównej. Obecnie nasze jedzenie jest w Czechach synonimem najgorszego syfu. Spróbujcie komuś wytłumaczyć, że tak naprawdę mamy najlepsze na świecie przysmaki, tylko akurat do Czech wysyłaliśmy padlinę, bo pieniądze nie śmierdzą. Nie  wytłumaczycie. Nic z tego. To se nevrátí.

Polskim producentom żywności gratuluję utraty rynku wartego w ubiegłym roku ponad miliard dolarów. Opinii, którą sami sobie i nam zepsuliście, nie naprawicie przez lata. A dla czytelników przestroga. Jeśli chcą państwo wprawić w zakłopotanie znajomych z Pragi, dajcie im w prezencie coś do zjedzenia. Staną na głowie, żeby tylko nie musieć skosztować przy was tego specjału. A potem wywalą do kosza.

Więcej możesz przeczytać w 22/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 7

Czytaj także