Londyn jest wspaniały – i tylko medali brak

Londyn jest wspaniały – i tylko medali brak

Dodano:   /  Zmieniono: 
Michał Kobosko na stadionie przed polskich reprezentantów w siatkówce plażowej 
Powiedzieć, że igrzyska w Londynie są inne niż te w Pekinie - to byłby truizm. Kiedy szukam odpowiedniego określenia, którym można by ochrzcić obecną olimpiadę, przychodzi mi do głowy jedno słowo: przyjazna.
Ta Olimpiada jest przyjazna, bo rozgrywa się tu w Europie – niezależnie od tego jak bardzo David Cameron stara się o odłączenie Wysp od Unii, wciąż jesteśmy w samym centrum dobrze ułożonej Europy.

Tę przyjazność czuje się na ulicach. Anglicy są znani z publicznego okazywania dobrego wychowania. I choć tłumy walą na stadiony a kibice mają nerwy napięte jak postronki - w czasie igrzysk gospodarze zachowują klasę. Wszędzie wokół uśmiechy, pozdrowienia, gratulacje. Sympatyczne reakcje na ulicy na widok koszulek z orzełkiem. Każdy ma pracownika, przyjaciela albo przynajmniej sąsiada z Polski. I ci wszędzie obecni, aż nadaktywni stewardzi - młodzi, starsi, także niepełnosprawni. Dziękuję, proszę, miłego dnia, good luck Polska, have a good day. I choć u nas też było pod tym względem dobrze w czasie Euro, to jednak organizacji wielkich imprez możemy się od Anglików długo uczyć. W olimpijskim Londynie nie sposób się zgubić – wszędzie widoczne są oznaczenia, na każdym skrzyżowaniu stoi wolontariusz sterujący ruchem (często z megafonem). Wszystko po to, żeby wszyscy na pewno usłyszeli, że oto właśnie teraz mają się zatrzymać.  A kiedy wreszcie wolontariusz pozwala ruszyć – to od razu dziękuje wszystkim za kooperację i życzy przeżycia ogromnych emocji. I tak w kółko. Szału można dostać od tego nadmiaru dobrych manier.

To wszystko się przydaje, kiedy trzeba zamaskować gafy i niedoskonałości. A tych nie brakuje. Londyn jest przyzwyczajony do tłumów – w zasadzie przez cały rok gości miliony turystów. Ale mimo to w czasie igrzysk miasto - szczególnie rejony aren sportowych i wioski olimpijskiej – grzęźnie w korkach. Rozmawiam z Włodkiem Szaranowiczem z TVP - narzeka bardzo na długie dojazdy. Oni jeżdżą z konieczności busem, a na ziemi jest fatalnie. Pod ziemią (metro!) jest trochę lepiej - ale i tu… grzęźnie się w korkach. Kiedy wracałem z Wimbledonu w dniu klęski Radwańskiej - metro stało co stację po 8-10 minut. W końcu zirytowany motorniczy ogłosił przez głośnik: przepraszamy za kolejne utrudnienia, pociąg powinien ruszyć przed ceremonią zamknięcia Olimpiady. I od razu rozluźnił atmosferę w wagonie.

Wpadek organizacyjnych było nieco więcej - ale nie wydarzyło się nic, co popsułoby atmosferę imprezy. Więcej kontrowersji budzą podejrzenia o doping (chińsko-amerykańska wojna na pływalni) i takie dramaty jak ten przeżywany przez koreańską szpadzistkę, która, nie mogąc się pogodzić z klęską w półfinale, odmawiała przez kilkadziesiąt minut zejścia z wybiegu.
A nasi? Chcielibyśmy wywalczyć tyle medali, ile udało się zdobyć w Pekinie, ale łatwo nie będzie – mówi szef PKOl Andrzej Kraśnicki. W Pekinie zdobyliśmy 10 medali – i wtedy wszyscy byli rozczarowani. Tymczasem jak dotąd w Londynie jest znacznie gorzej. Rozczarowanie w Wimbledonie, kubeł zimnej wody od siatkarzy, wioślarzy, żeglarzy itd. Jeśli nie siatkarze i nie lekkoatleci, którzy zaczynają igrzyska w piątek, możemy liczyć tylko na niespodzianki, takie jak ta na strzelnicy.

 To oczywiście jest możliwe. Wiadomo jak to działa - jeśli pojawi się jeden lub dwa medale w kolorze złotym lub przynajmniej srebrnym – wówczas wszyscy ogłosimy, że oto odnieśliśmy fantastyczny sukces. Na razie jednak dalej trzymamy kciuki. Bo co nam pozostało?
Zapraszamy do lektury bloga Michała Kobosko na Wprost.pl.

Galeria:
Michał Kobosko w Londynie