Ciastoń – świadek koronny Wałęsy

Ciastoń – świadek koronny Wałęsy

Co gen. Władysław Ciastoń, były szef SB, powie na procesie wytoczonym przez Lecha Wałęsę Krzysztofowi Wyszkowskiemu? Na pewno nie prawdę, ale to, co będzie mu się opłacało powiedzieć.
4 czerwca 1992 r. o godz. 10.00 ówczesny minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz dostarcza Sejmowi i najwyższym urzędnikom w państwie dwie listy z nazwiskami byłych opozycjonistów, których służby bezpieczeństwa PRL zarejestrowały jako tajnych współpracowników. Dwa dni później powstaje specjalna sejmowa komisja do zbadania okoliczności tak rozpoczętej lustracji. Komisja, której prace do dziś są utajnione, wzywa na przesłuchania wysokich rangą byłych funkcjonariuszy służb specjalnych, w tym szefa Służby Bezpieczeństwa generała Władysława Ciastonia. Teraz 88-letni Ciastoń ma być również świadkiem w procesie toczącym się przed Sądem Apelacyjnym w Gdańsku, który byłemu działaczowi Wolnych Związków Zawodowych Krzysztofowi Wyszkowskiemu wytoczył Lech Wałęsa za nazwanie go tajnym współpracownikiem SB o kryptonimie „Bolek”. Generał Ciastoń ma zeznać, czy to prawda.

– Przesłuchiwaliśmy ich, żeby mieć obraz tamtej rzeczywistości. Liczyliśmy, że może coś się uda z nich wycisnąć – wspomina rok 1992 w rozmowie z „Wprost” członek komisji Artur Balazs. – Oni nie chcieli rozmawiać, byli pełni buty, wręcz bezczelni. Ich wiarygodność była zerowa – podkreśla. Dziwi się, że ktoś może sądzić, że teraz będzie inaczej.

– Ja nawet nie chciałem słuchać Ciastonia. Miałem wierzyć jemu, a nie moim przyjaciołom z opozycji? – pyta retorycznie Władysław Frasyniuk, wówczas poseł Unii Demokratycznej.

Ciastoń swój związek ze służbami tajnymi PRL rozpoczyna zaraz po wojnie. Według zeznań jego ofiar jako pracownik Urzędu Bezpieczeństwa w latach 1946–1947 znęca się nad przesłuchiwanymi. Dwa lata później jest już kierownikiem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu i w Bolesławcu. Wiceministrem MSW i szefem SB zostaje w 1981 r. Jest nadzwyczaj gorliwy. Świadczy o tym referat, który wygłasza 16 listopada 1983 r. w Sofii podczas spotkania z kolegami po fachu z Układu Warszawskiego. Referat w 2006 r. opublikowało pismo „Glaukopis”.

Ciastoń nie pozostawia wątpliwości, że „Solidarność” jest dla niego ruchem, który należy zdławić w zarodku. Krytykuje Polaków za sympatie do wartości zachodnich, za wiarę katolicką, za utrzymanie własności prywatnej i ziemi. Nienawidzi intelektualistów. Uważa, że Zachód tworzył „sztucznie geniuszy”. „Przykładem na to jest przyznanie Nagrody Nobla dla poety Miłosza oraz Złotej Palmy w Cannes dla reżysera filmowego Andrzeja Wajdy, nie mówiąc już o różnych tytułach honoris causa dla Wałęsy i prowokatorskim przyznaniu mu Nagrody Nobla” – żalił się Ciastoń towarzyszom. Nie pozostawia wątpliwości, że jest za rozwiązaniem siłowym „niezależnie od tego, czy ze strony Zachodu podnosi się prowokatorskie oskarżenia odnośnie do terroru i złamania praw człowieka, czy nie”. Przechwala się, że tajne służby nie próżnowały w czasie stanu wojennego: wydano ponad 10 tys. nakazów internowania, tylko w 1982 r. zatrzymano ponad 13 tys. osób, aresztowano 4 tys. Triumfuje: „Próba kontrrewolucji w Polsce została zdławiona. Wróg poniósł ciężką porażkę”. I ostrzega: „Będziemy wprowadzone kroki w czasie stanu wyjątkowego kontynuować aż do całkowitego zniszczenia kontrrewolucyjnych sił”.

Trzykrotnie uniewinniony

19 października 1984 r. z rąk podwładnych Ciastonia ginie ks. Jerzy Popiełuszko, duszpasterz ludzi pracy i kapelan „Solidarności”. Ciastoń zostaje aresztowany 8 grudnia 1984 r. pod zarzutem podżegania do zabójstwa. Choć zostaje uniewinniony, musi wyjechać z Polski – otrzymuje stanowisko ambasadora w Tiranie. Śledztwo wobec byłego szefa SB ponownie wszczęto w 1990 r. Spędza w więzieniu dwa lata, ale znowu zostaje uniewinniony, tak samo w roku 2002.

Teraz ma być ostatnią deską ratunku byłego działacza Wolnych Związków Zawodowych, które w swoim referacie w Sofii odsądzał od czci i wiary, i twierdził, że „wolnością” w ich przypadku była „wrogość do partii”. Powodem powołania Ciastonia na świadka jest odnaleziona pod koniec maja 2012 r. notatka z marca 1981 r. z rozmów przeprowadzonych z nim przez funkcjonariuszy czechosłowackiej bezpieki Státní bezpečnost (StB). Tak je zapisali: „Co do współpracy Wałęsy z funkcjonariuszami polskiej Służby Bezpieczeństwa, Ciastoń oznajmił, że do pozyskania Wałęsy doszło w roku 1970 w czasie strajków na Wybrzeżu. Informacje podobno pisał własnoręcznie. Podpisywał też potwierdzenia odbioru kwot pieniężnych, które otrzymywał za współpracę. Ciastoń nie wie, kiedy skończyła się współpraca Wałęsy z SB, ale trwała jeszcze w roku 1976, gdy odszedł na inne stanowisko pracy”.

 Historyk prof. Andrzej Paczkowski wątpi w szczerość generała świadka. – Ciastoń łgał w swoim procesie w sprawie zabójstwa księdza Popiełuszki, dlaczego teraz miałby się zmienić? – pyta. Nawiązując jednak do czeskiej notatki, profesor podkreśla: – Generał mógł coś takiego powiedzieć, bo Wałęsa był rzeczywiście zarejestrowany w SB w 1970 r., co nie ulega żadnym wątpliwościom. Z drugiej strony zwraca uwagę, że zasadą SB było ukrywanie źródła, nawet gdy wysyłano informacje wywiadowcze do Moskwy.

Nic nie powie

Także historyk prof. Andrzej Friszke wątpi, by Ciastoń mógł ujawnić tyle detali obcym służbom, bo byłoby to niezgodne z pragmatyką służb bezpieczeństwa. – Za dużo w tej notatce szczegółów, że pisał własnoręcznie, że brał pieniądze – wylicza. Przypomina, że pomimo współpracy tajne służby bloku Układu Warszawskiego wcale nie były ze sobą tak szczere.

Profesor Friszke uważa, że to po prostu kolejna próba oczerniania byłego prezydenta. Jako dowód na to, że nikt nie traktował Wałęsy jako TW, podaje odnalezioną przez siebie notatkę płka Władysława Kucy (zarządzał specjalną komórką SB zajmującą się m.in. rozpracowywaniem kierownictwa „Solidarności” i operacjami przeciwko związkowi). W notatce o stanie agenturalnym w kierownictwie „S”, w której znalazły się nawet pseudonimy, nie ma przewodniczącego związku ani nikogo z jego otoczenia. – Nie ma najmniejszego śladu współpracy Wałęsy z SB – podkreśla prof. Friszke w rozmowie z „Wprost”.

Władysław Frasyniuk się dziwi, że ludzie z pierwszej „Solidarności” tak głupkowato wierzą, iż Ciastoń, przedstawiciel twardogłowych, przyjedzie na proces i będzie mówił prawdę. – On będzie kalkulował, co mu się opłaca – zwraca uwagę.

A jeśli Wałęsa był zarejestrowany? – To nie ma żadnego znaczenia – odpowiada bez namysłu. – Ja wiem, jak wyglądały przesłuchania, jakie stosowano metody, izolatki, dechy. Gdy przyszła amnestia, z mojej grupy byłem jedyny, który nie podpisał lojalki. Robotnicy podpisywali wszystko, teraz boją się IPN, że coś im wyciągnie, coś, co nie miało żadnego znaczenia.

Frasyniuk podkreśla, że Lech Wałęsa jako szef „Solidarności” był najbardziej na celowniku, cały aparat represji był przeciwko niemu, chciał go ograć. Mimo to w Arłamowie nie powiedział ani słowa, które by osłabiło lub skompromitowało związek. Dodaje: – Szukanie w Wałęsie czarnych plam jest koszmarną i przerażającą głupotą. A co takiego zrobił Wyszkowski, że z powodu osobistej niechęci rozpętał tę wojnę?
Okładka tygodnika WPROST: 6/2013
Więcej możesz przeczytać w 6/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0