Na złe i na najgorsze - (cover story numeru 1055)

Na złe i na najgorsze - (cover story numeru 1055)

Jeśli chcesz przeżyć w polskich szpitalach, licz na siebie!

W opiece medycznej dopiero teraz - a właściwie należałoby powiedzieć: wreszcie! - kończy się PRL. - Z powodu zadłużenia mamy kłopoty z zaopatrzeniem w podstawowe leki - alarmuje Bogdan Dziatkiewicz, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Białymstoku. - W naszym ośrodku pacjenci czekają w długich kolejkach nawet na planowe zabiegi - mówi Andrzej Nowakowski, naczelny lekarz Szpitala Powiatowego w Inowrocławiu. W budżecie państwa nie ma już pieniędzy na umarzanie długów placówek służby zdrowia. Systematycznie pogarsza się jakość opieki medycznej, marnotrawione są publiczne pieniądze, postępuje degradacja szpitali. Wkrótce część z nich przestanie wydawać chorym posiłki, będzie się tam wyłączać prąd i wodę. Masowo zamykane będą najbardziej zadłużone szpitale. 14 lutego w wielu placówkach ochrony zdrowia rozpocznie się akacja protestacyjna - zapowiada NSZZ "Solidarność". Aż 600 spośród 750 szpitali w kraju ma ogromne długi (ich wartość przekracza w sumie 8 mld zł). Najbardziej dramatyczna sytuacja panuje na Dolnym Śląsku (800 mln zł długów), gdzie większość placówek znalazła się na krawędzi bankructwa. W stanie likwidacji - z powodu długów sięgających 26 mln zł - jest już Szpital im. Rydygiera we Wrocławiu. Tylko jeden spośród 24 szpitali w województwie świętokrzyskim i zaledwie połowa placówek podstawowej opieki zdrowotnej tego regionu mają szanse przetrwać rok 2003. Wniosek? Drogi czytelniku, potencjalny pacjencie. Podobnie jak zbierasz pieniądze na nowy samochód i dodatkową edukację dziecka, oszczędzaj na wypadek nawet niegroźnej z pozoru przypadłości bądź skorzystaj z oferty towarzystwa ubezpieczeniowego dającej szansę na względnie humanitarne potraktowanie w publicznej lecznicy. Nie licz na dogorywającą państwową służbę zdrowia. Nie wierz w obietnice kolejnych znachorów na ministerialnym fotelu. Bo nic tak nie zatruło służby zdrowia jak fikcja bezpłatnej opieki medycznej zapisana w konstytucji PRL i przeniesiona do ustawy zasadniczej III RP w 1997 r. To placebo ordynowane naiwnym chorym przez polityków. Jeśli chcesz przeżyć w polskich szpitalach, licz tylko na siebie i swój portfel.

Sekcja zwłok służby zdrowia W wielu szpitalach brakuje antybiotyków, środków opatrunkowych i płynów infuzyjnych. Wydłużają się kolejki oczekujących na zabiegi i operacje (na wizytę u chirurga onkologa trzeba czekać ponad miesiąc, a na operację onkologiczną - nawet kilka miesięcy, do roku, co może oznaczać wyrok śmierci). Nie ma pieniędzy na naprawę zdezelowanego sprzętu, a kontrola Państwowej Inspekcji Pracy w 182 polskich szpitalach nadzorowanych przez samorządy wojewódzkie lub powiatowe wykazała, że ponad sto z nich nie spełnia elementarnych wymogów sanitarnych. - Tylko co drugi chory na serce ma szansę na odpowiednie leczenie. Większość sprzętu w Polsce pochodzi jeszcze z początku lat 90. i nadaje się wyłącznie do wymiany - mówi prof. Zbigniew Religa. Podobnie jest w onkologii. Jedynie 70 proc. chorych na raka wymagających radioterapii jest poddawanych tego typu leczeniu. Pozostali nawet nie wiedzą, że tylko z powodu braku funduszy mają znikome szanse na przeżycie. Ci, którzy mają tego świadomość, płacą ciężkie pieniądze przyklinicznym fundacjom i za ich pośrednictwem kupują sobie leczenie. Ponad 600 tys. chorych doświadcza co roku w Polsce skutków błędów diagnostycznych lub terapeutycznych bądź pada ofiarą zakażeń szpitalnych. Ponad 10 tys. pacjentów zostaje śmiertelnie zainfekowanych nową odmianą żółtaczki (wirusowym zapaleniem wątroby typu C), gronkowcem złocistym, Klebsiellą pneumoniae, pałeczką posocznicy lub pałeczką ropy błękitnej - zarazkami będącymi stałymi lokatorami polskich placówek medycznych. Tak naprawdę ci ostatni to najczęściej ofiary elementarnych zaniedbań w zakresie higieny, ofiary brudnych rąk personelu medycznego. W Polsce z powodu błędów i zaniedbań w opiece medycznej na renty inwalidzkie (trzeba dodać, że w sporej części wyłudzane) przeznacza się o jedną trzecią więcej pieniędzy z budżetu państwa niż w innych krajach europejskich, na przykład w Wielkiej Brytanii. Objawem śmiertelnie ciężkiej choroby polskiej służby zdrowia jest przede wszystkim to, że co najmniej 30 tys. Polaków umiera co roku z powodu pomyłek medycznych, a drugie tyle staje się niepełnosprawnymi. W Niemczech, gdzie leczy się ponaddwukrotnie więcej pacjentów, co roku umiera z powodu błędów lekarzy i pielęgniarek około 25 tys. chorych.

Na co nas stać Przy obecnym poziomie PKB wszystkim Polakom można zapewnić tylko elementarne usługi medyczne. Roczne wydatki na mieszkańca z budżetu nie przekraczają 1100 zł. Co za to można zaoferować przez dwanaście miesięcy, niech każdy sobie odpowie w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem. Polska dorównuje innym rozwiniętym krajom jedynie pod względem liczby lekarzy i szpitalnych łóżek (co właściwie należy uznać za przejaw luksusu). Pod żadnym innym względem nie możemy się porównywać z takimi potentatami jak Niemcy czy Szwajcaria, gdzie nakłady na służbę zdrowia na mieszkańca są trzy-, a nawet czterokrotnie większe. Amerykanie wydają na ten cel ponad bilion dolarów rocznie, czyli ponad sześć razy więcej, niż wynosi nasz PKB. Polskę pod względem opieki medycznej można porównywać z krajami, których PKB jest zbliżony do naszego - z Meksykiem, Egiptem czy Turcją. Aby to w pełni zrozumieć, spróbujmy spędzić dobę na szpitalnej pryczy w Asuanie lub Stambule. Na opiekę medyczną wydajemy 55-60 mld zł rocznie, przy czym z budżetu państwa (czyli z naszych składek) pochodzi nie więcej niż 40 mld zł. Aż 80 proc. Polaków korzystających z usług publicznej służby zdrowia płaci dodatkowo za świadczenia medyczne - wynika z analiz Banku Światowego. Z własnej kieszeni wydajemy na leki więcej niż Niemcy czy Brytyjczycy (relatywnie do poziomu PKB per capita). W prywatnych gabinetach stomatologicznych leczy się już ponad 70 proc. osób, a w gabinetach ginekologicznych - 40 proc. Tysiące firm opłaca pracownikom świadczenia medyczne poza publiczną służbą zdrowia.

Bunt chorych dla zdrowia W czasach PRL zmuszano nas do wpłacania składek na Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia. Te datki miały się nijak do jakości usług medycznych. W 1999 r. koalicja AWS-UW powołała do życia kasy chorych, które miały preferować lepiej zarządzane placówki i wyższą jakość usług medycznych. Niestety, ówczesne reformy rynkowe były połowiczne. Politykom - wszelkich opcji - zabrakło odwagi na wprowadzenie radykalnych zmian. Zarzucono na przykład pomysł utworzenia prywatnych kas chorych. Zamiast zastosować lek konkurencji, na placówki służby zdrowia nałożono gorset w postaci limitów usług medycznych. W końcu syndyk masy upadłościowej służby zdrowia, czyli minister Mariusz Łapiński (koalicja SLD-UP-PSL), postanowił zastąpić kasy chorych chorą kasą, to znaczy ręcznym sterowaniem z jednego fotela w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia. Jeśli prezydent Aleksander Kwaśniewski podpisze nową ustawę, kasy chorych zostaną przekształcone w oddziały centralnego rozdzielnictwa pieniędzy. To tak jakby nałożono kolejny plaster na raka bądź - mówiąc bardziej obrazowo - raka toczącego służbę zdrowia postanowiono leczyć, zarażając nas wirusem HIV. Na szczęście pacjenci zdecydowanie mówią: nie! Dowodzi tego choćby ogromna, stale rosnąca liczba skarg przeciw szpitalom. - Co roku dochodzi do 1300-1500 procesów. To więcej niż w większości państw Unii Europejskiej - alarmuje prof. Mirosław Nesterowicz z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, specjalista w dziedzinie prawa medycznego. Chorzy przestają się czuć pokornymi petentami, przestają traktować lekarzy jak bogów. - Zostało przełamane tabu milczenia o pomyłkach medycznych - zauważa Adam Sandauer, prezes Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere. Pacjenci płacą coraz więcej i coraz więcej wymagają od chorej służby zdrowia. I to jedynie oni w istocie usiłują ją leczyć. O potrzebie radykalnych zmian coraz donośniej mówią ci dyrektorzy szpitali, którym chce się chcieć. Za prywatyzacją opowiada się większość specjalistów, z którymi rozmawiali dziennikarze "Wprost". - Jestem za prywatyzacją większości szpitali, bo tylko wtedy zostaną jasno określone ekonomiczne kryteria ich działalności i będzie wiadomo, kto sprawuje nad nimi nadzór właścicielski - mówi Marek Durlik, dyrektor Szpitala MSWiA w Warszawie. - Prywatyzacja nie powinna objąć jedynie placówek z krajowej sieci szpitali publicznych - mówi "Wprost" były minister zdrowia Mariusz Łapiński. - Powinny funkcjonować jednocześnie dwa systemy służby zdrowia, mające równe prawa: państwowy i prywatny - podkreśla prof. Zbigniew Religa.

Ordynator rynek albo hospicja Dlaczego pacjenci nie mieliby sami decydować, gdzie chcą się leczyć? Dlaczego przynajmniej połowy składki, jaką w naszym imieniu wpłaca się na konto publicznej służby zdrowia, nie oddać obywatelom do ich wyłącznej dyspozycji w postaci tzw. bonu medycznego? Dlaczego chorzy - na najzdrowszych, rynkowych zasadach - sami, przynajmniej w znacznej części, nie mieliby wybierać sobie lekarzy? Politycy muszą się wreszcie wykazać odwagą i powiedzieć wyborcom, na co stać polską służbę zdrowia. Minister powinien jak najszybciej określić tzw. koszyk gwarantowanych usług medycznych, resztę trzeba byłoby kupować na wolnym rynku. Od tego można zacząć reformowanie opieki medycznej. W wielu krajach z obowiązkowych składek pokrywane są jedynie koszty podstawowych świadczeń, wyszczególnionych w spisie usług medycznych. Za inne płacą pacjenci - za pośrednictwem prywatnego ubezpieczenia lub z własnej kieszeni. Health Maintenance Organizations (organizacje opieki zdrowotnej), z których korzysta 90 proc. Amerykanów, za zryczałtowaną opłatę oferują określone w umowie, najtańsze na rynku usługi medyczne. Powszechny system ubezpieczeń jeszcze w żadnym kraju nie udźwignął potrzeb zdrowotnych całego społeczeństwa. "Właściwie nie ma górnej granicy wydatków na opiekę medyczną. Można je podnosić bez końca, kupując coraz lepszą aparaturę, stosując coraz bardziej skomplikowane procedury i diagnostykę. Zawsze pieniędzy będzie za mało" - zauważył prof. Lester Thurow, amerykański ekonomista, w wywiadzie dla "The Wall Street Journal". Niereformowanie służby zdrowia będzie zatem pogłębiało chaos i degradację wielu placówek medycznych w Polsce. Większość z nich sprowadzi w rezultacie do roli hospicjów. Czy takiej opieki medycznej oczekują chorzy oglądający najpopularniejszy obecnie serial ze szpitalem marzeń w roli głównej, czyli "Na dobre i na złe"? Z wolna zaczynają się przygotowywać na złe i na najgorsze.

Zbigniew Wojtasiński

Czytaj także

 0