Armia przed rewolucją

Armia przed rewolucją

Dodano:   /  Zmieniono: 3
Polskie wojsko czeka na reformę systemu dowodzenia i nowoczesny sprzęt. Wielkie przetargi mogą się stać siłą napędową rozwoju kraju. Czy tak będzie?

Polskie wojsko jest dziś w centrum uwagi prawie całego świata. Międzynarodowe koncerny zbrojeniowe ostrzą sobie zęby w nadziei na miliardy, które są do zgarnięcia. Polska armia chce kupić nowoczesne okręty, śmigłowce, systemy obrony powietrznej i antyrakietowej, bezpilotowce, samoloty szkoleniowe, transportery i czołgi. Do 2022 r. Ministerstwo Obrony Narodowej na modernizację wojska zamierza wydać ok. 139 mld zł.

Resort obrony dość radykalnie zmienił jednak strategię zakupów. Już nie wystarczy być wielkim światowym koncernem, zapewnić wysoką jakość i konkurencyjne ceny, by sprzedać swoje wyroby armii. MON zażądało spełnienia jeszcze jednego warunku – tzw. polonizacji. Zwycięzcy przetargów produkcję sprzętu muszą przenieść w całości lub chociaż w części do Polski. – Skończyły się czasy, gdy rozmawialiśmy z koncernami na kolanach – przekonuje gen. Waldemar Skrzypczak, wiceminister obrony narodowej odpowiedzialny za zakupy dla wojska. – Każdy kraj musi chronić swoją gospodarkę. Jeśli wydajemy pieniądze na wojsko, niech na jego modernizacji korzysta robotnik z zakładów w Gliwicach, Siemianowicach, Łabędach, Stalowej Woli. Tak robią wszystkie cywilizowane państwa: Francuzi latają swoimi samolotami Mirage, Amerykanie F-16, a Niemcy jeżdżą czołgami Leopard. Po ogłoszeniu przez MON planów modernizacji armii ruch w interesie zbrojeniowym zrobił się spory. Koncerny szukają w Polsce partnerów do współpracy. Na przykład o kontrakt wart kilkaset milionów złotych na odrzutowe samoloty do szkolenia pilotów walczą trzy konsorcja: Alenia Aermacchi, BAE Systems oraz Lockheed Martin UK Limited. Chociaż szczegóły ofert są niejawne, Brytyjczycy z BAE Systems już ogłosili, że chcą sprzedać Polsce odrzutowce Hawk AJT. Ich biznesowym partnerem w walce o zlecenie są Wojskowe Zakłady Lotnicze z Dęblina. Lockheed Martin zaś proponuje koreańskie maszyny T-50. Jeśli wygrają, będą je serwisowały Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 z Bydgoszczy. Dla polskiej gospodarki to są konkretne zyski i dodatkowe miejsca pracy.

Nasze firmy także nie zasypiają gruszek w popiele, konsolidują się i tworzą konsorcja pod konkretne projekty zbrojeniowe. Huta Stalowa Wola jest więc liderem programu budowy bojowego wozu piechoty. Konsorcjum, które ma zbudować czołg, przewodzi Bumar Łabędy, a polskie amfibie mają skonstruować Wojskowe Zakłady Inżynieryjne z Dęblina.

Premier Donald Tusk poinformował niedawno, że tegoroczny budżet państwa zostanie znowelizowany, a wydatki resortów okrojone o blisko 8,5 mld zł. Ministerstwo Obrony Narodowej prawdopodobnie poniesie największy ciężar cięć. Będzie to ok. 3,3 mld zł, czyli 10 proc. całego budżetu. W resorcie nie ma jednak z tego powodu paniki. Po pierwsze, dlatego że nawet jeśli potwierdzą się pogłoski o skali oszczędności, to wydatki ministerstwa będą na takim samym poziomie jak w 2012 r. Powód? Budżet resortu jest o prawie 2 mld zł większy niż w ubiegłym roku dzięki wzrostowi PKB. Budżet na obronność wynosi 1,95 proc. PKB roku ubiegłego i jest to zasada ustawowa, której złamanie grozi Trybunałem Stanu.

Cięcia na zdrowie

Paradoksalnie ministerstwu cięcia mogą wyjść na zdrowie. Dlaczego? Problemem nadal jest przerost biurokracji. Instytucje podległe MON się dublują, a urzędnicy tworzą fikcyjne zadania, by uzasadnić swoje istnienie. Przywilejami cieszy się szczególnie wyższa kadra. Ci, którzy potrafią się poruszać w administracyjnym gąszczu, mają do dyspozycji samochody służbowe, tanie wczasy, dofinansowanie kursów i szkoleń. Minister Tomasz Siemoniak już zapewnia jednak: – Będzie mniej podróży służbowych czy uroczystości. Mamy do dyspozycji publiczne pieniądze i zawsze powinniśmy kilka razy obejrzeć każdą złotówkę, zanim ją wydamy. Siemoniak zapowiedział też, że resort nie będzie oszczędzał na żołnierzach oraz postara się chronić kontrakty w ramach modernizacji armii. – Chcemy, aby w wyniku oszczędności w jak najmniejszym stopniu ucierpiał polski przemysł obronny, bo to są miejsca pracy – mówi szef MON.

Zmiany wynikające z oszczędności to jedynie kosmetyka w porównaniu z rewolucją, która szykuje się w wojsku wraz z największą reformą ostatnich dziesięcioleci – reformą systemu kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi. Bronisław Komorowski 22 lipca tego roku podpisał ustawę. – To zmiana, która dostosowuje system dowódczy do realnych potrzeb, możliwości i zadań stojących przed Siłami Zbrojnych – mówił prezydent. Klamka więc zapadła. Od 1 stycznia 2014 r. wojsko będzie już zupełnie inne. Najważniejsza dziś instytucja, czyli Sztab Generalny, stanie się organem doradczym dla MON. Reforma zakłada także likwidację samodzielnych dowództw poszczególnych rodzajów Sił Zbrojnych. W ich miejsce powstaną inspektoraty. Będą one podlegać Dowództwu Generalnemu Rodzajów Sił Zbrojnych oraz Dowództwu Operacyjnemu Rodzajów Sił Zbrojnych. Pierwsze będzie odpowiedzialne za kierowanie armią w czasie pokoju, natomiast drugie przejmie dowodzenie wojskiem podczas kryzysu czy wojny.

Po co te zmiany? – Dziś mamy siedem ośrodków dowodzenia. Po wejściu w życie ustawy będą tylko trzy. Ideą reformy było także stworzenie struktur, które będą takie same w czasie pokoju i w czasie wojny – uzasadniał minister Siemoniak. Teraz resort obrony przygotowuje rozporządzenia do tej ustawy. I tutaj zaczynają się kłopoty. – Ludzie nie lubią zmian, a reforma, zwłaszcza dla urzędników w mundurach, będzie rewolucją. Może ich zmusić do zmiany trybu pracy, a nawet miejsca zamieszkania – mówi jeden z oficerów, którzy pracowali nad reformą. Jednak zwykli żołnierze, szczególnie młodzi z doświadczeniem bojowym z Iraku i Afganistanu, czekają na nowe zasady.

„Od dawna nieustannie i wszędzie mówi się o konieczności zmian. Jednak kolejną, jedynie kosmetyczną reformą wojsko będzie zawiedzione. Po raz nie wiadomo który będziemy rozczarowani i sfrustrowani, bo nie da się w dalszym ciągu trzymać armii w cuglach konformizmu, bylejakości, zhierarchizowanej lojalności” – mówił w wywiadzie dla „Polski Zbrojnej” gen. Sławomir Wojciechowski z zespołu ds. nowego systemu kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi RP. Członkowie zespołu i gen. Mieczysław Różański, jeden z twórców reformy, oskarżani byli o to, że działają niezgodnie z prawem, że są niekompetentni, przypinano im łatkę oszołomów walczących z wiatrakami. Oni jednak nadal robią swoje. – Zostało tylko sześć miesięcy, by przygotować wojsko do reformy. To będą poważne zmiany i musimy zrobić wszystko, by nie doszło do zerwania ciągłości dowodzenia – podkreśla gen. Mirosław Różański, dyrektor Departamentu Strategii i Planowania Obronnego w MON i pełnomocnik ministra do spraw wdrożenia zmian.

Prace toczyły się w nie najlepszej atmosferze w samej armii. Towarzyszyła im też ostra walka polityczna. Opozycja, szczególnie PiS i Ruch Palikota, krytykowała zmiany. Politycy tych partii twierdzili, że ustawa jest niekonstytucyjna. Zaraz po podpisaniu jej przez prezydenta PiS zapowiedziało skierowanie dokumentu do Trybunału Konstytucyjnego. Pomimo tych trudności udało się przeforsować zmiany. Między innymi dlatego, że na każdym etapie tworzenia ustawy MON ściśle współpracowało z Kancelarią Prezydenta i Biurem Bezpieczeństwa Narodowego, bo jak wiadomo, żaden minister obrony niezależnie od opcji politycznej niewiele może zdziałać bez poparcia Pałacu Prezydenckiego. Kłótnie między tymi ośrodkami powodowały klincz, taki jak za czasów, gdy szefem MON był Bogdan Klich (PO), a prezydentem Lech Kaczyński (PiS). Politycy ci kłócili się o wszystko: samoloty, pierwszeństwo podczas oficjalnych uroczystości, nominacje generalskie.

Kolejka do wojska

Jednak o stanie armii lepiej niż to, co się dzieje w kuluarach, świadczy fakt, że jej bramy masowo szturmują młodzi ludzie. Biją się nie tylko o etaty w jednostkach wojskowych, miejsca w szkołach oficerskich i podoficerskich, ale nawet o możliwość służby w Narodowych Sił Rezerwowych – choć jeszcze niedawno się wydawało, że ten projekt będzie klapą. Dziś w niektórych WKU jest 800 chętnych do służby w NSR, a jedynie 40 wolnych miejsc. To efekt tego, że wojsko jest postrzegane jako stabilny pracodawca w dobie kryzysu. To też wielka szansa dla armii, aby z tej ogromnej masy chętnych wyłowić najlepszych. To nie powinno być trudne, bo w polskich szkołach powstają klasy o profilu wojskowym. Uczniowie dostają oceny ze strzelania, mają musztrę i przychodzą do szkoły w mundurach. Wakacje zamiast w górach czy na plaży spędzają na poligonach. 

Artykuł można przeczytać w najnowszym numerze tygodnika "Wprost" (33/2013) .

Najnowszy numer "Wprost" od niedzielnego wieczora jest dostępny w formie e-wydania

Najnowszy "Wprost" jest także dostępny na Facebooku

"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania .  

 3

Czytaj także