Za, a nawet przeciw

Za, a nawet przeciw

Bronisław Komorowski raz po raz wchodzi w spór z rządem, by za chwilę wyciągać rękę do zgody. Meandry te mają mu ułatwić reelekcję w 2015 r.

Podniosły nastrój tegorocznych obchodów Święta Wojska Polskiego zepsuły zaskakujące słowa prezydenta. W bardzo zdecydowanych jak na siebie słowach Bronisław Komorowski skrytykował politykę wysyłania polskiego wojska na zagraniczne misje. „Polska chce skończyć z nieopatrznie ogłoszoną w 2007 r. polityką ekspedycyjną, która bardziej przystoi państwom mającym swoje rozległe interesy wynikające z dawnych imperiów kolonialnych. To dla Polski nie była szczęśliwa decyzja, łatwego i licznego wysyłania żołnierzy na antypody świata. Z tą polityką kończymy” – grzmiał Komorowski, a stojący nieopodal premier Donald Tusk i szef MSZ Radosław Sikorski mieli nie najlepsze miny.

Była to kolejna odsłona sporu na linii prezydent – rząd, toczącego się z różną temperaturą od początku kadencji Komorowskiego. Świadczy o tym choćby wygłoszone następnego dnia przemówienie Donalda Tuska. Podczas wizyty w 25. Brygadzie Kawalerii Powietrznej premier pozwolił sobie na słowa, które trudno zinterpretować inaczej niż jako odcięcie się od oświadczenia prezydenta. „W takich czasach żyjemy, że obecność polskiego żołnierza bardzo daleko od naszych granic jest służbą na rzecz obrony naszych granic. Chcę podkreślić, że wasza obecność w Afganistanie i wcześniej w innych misjach nie była daremna” – mówił Donald Tusk. Żeby nie było żadnych wątpliwości, dodaje: „Chcemy, by ten opłacony boleśnie kapitał doświadczenia służył Polsce i naszym sojusznikom wszędzie i zawsze, gdzie taka potrzeba będzie istniała. Tak jak my możemy liczyć na nich, gdy zagrożenie będzie dotyczyło naszej ojczyzny”.

Zdrowy rozsądek


Rozdźwięk jest wyraźny. Dlatego po tej wymianie zdań otoczenie prezydenta w nieoficjalnych rozmowach próbuje tłumaczyć stanowisko Komorowskiego. I przekonuje, że mimo zgrzytu podczas Święta Wojska Polskiego premier i PO nadal mają jego poparcie.

Jeden ze współpracowników prezydenta: – Relacje tak naprawdę nie są złe, bo Bronek zachowuje zdrowy rozsądek. Najbardziej obawia się powrotu PiS do władzy. Tusk jest dla niego lepszym partnerem. Ale kilka spraw zabolało – przyznaje nasz rozmówca. Najbardziej – decyzja rządu, by zawiesić zasadę przeznaczania co rok 1,95 proc. PKB na armię.

Ta zasada to ulubione dziecko Komorowskiego, bo pochodzi z okresu, kiedy był szefem MON. – Przed uroczystościami 15 sierpnia Tusk przyszedł do Komorowskiego i powiedział, że nie ma wyjścia, że wszędzie są cięcia i tu też muszą być. To była trudna rozmowa. Komorowski chłodno oświadczył, że zgadza się na to tylko jednorazowo. Tusk na to przystał, nie naciskał, bo wiedział, że tu więcej nie ugra – mówi nasz rozmówca. Potem w wypowiedzi dla Polskiego Radia prezydent pośrednio potwierdził taki przebieg rozmowy z premierem: „Ocena jest taka, że jeśli odejście od zasady 1,95 PKB na obronność, co jest zapisane w ustawie z 2001 r., będzie tylko i wyłącznie jednorazowe, to katastrofy nie będzie” – powiedział, zaznaczając jednocześnie, że w 2014 r. ta zasada musi zostać przywrócona.

Komorowski zgodził się zresztą nie tylko pod presją Tuska. Jego współpracownik przyznaje: – Zdaje sobie sprawę, że ludzie też nie chcą wydawać wielkich pieniędzy na armię, kiedy brakuje np. służbę zdrowia. Niemniej, jak dodaje inny współpracownik, Komorowski uważa, że jeśli miałoby się w dłuższej perspektywie oszczędzać na wojsku, w pierwszej kolejności należy ograniczyć wydatki na zagraniczne misje. Stąd jego słowa podczas Święta Wojska.

Prezydent od dawna jest bowiem sceptyczny wobec wysyłania polskich żołnierzy za granicę. – Sam popierał kiedyś, choć w umiarkowanym stopniu, misję iracką, która nie zakończyła się dobrze. Potem już był bardziej sceptyczny wobec misji w Afganistanie, bo opierał się na doświadczeniach irackich. Dlatego nie można się dziwić jego słowom – mówi urzędnik prezydenta. Sprawa oszczędności na wojsku była zresztą tylko jednym z kilku elementów sporu prezydenta z rządem w sprawie cięć. Przed zawieszeniem progu ostrożnościowego prezydent z premierem również odbyli twardą rozmowę. Komorowski nie był entuzjastą tej ustawy. Długo konsultował ją ze swoimi współpracownikami – Olgierdem Dziekońskim i Jerzym Osiatyńskim. Chłodny list do Jacka Rostowskiego wysłał w tej sprawie szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski. Po to, żeby pokazać, że głowa państwa od takich ruchów wyraźnie się dystansuje.

Współpraca się opłaca

Jak się dowiadujemy, wystąpienie prezydenta z 15 sierpnia początkowo miało być jeszcze ostrzejsze, ale zostało złagodzone. To potwierdza zapewnienia, że prezydent, choć wyraźnie zaznacza swoje obszary zainteresowania, nie chce jednak zaogniać sporów z premierem. – Współpraca z rządem opłaca się prezydentowi, bo zyskuje na tym wizerunkowo. Ludzie nie lubią konfliktów na szczytach władzy – mówi przedstawiciel prezydenta.

Tusk nie musi się zatem obawiać, że Komorowski będzie się mieszał w sytuację wewnętrzną w Platformie po wyborach przewodniczącego. W przeciwieństwie choćby do Aleksandra Kwaśniewskiego, który starał się budować w SLD swoją frakcję, Komorowski raczej nie miesza w partyjnym kotle. Prezydent – jak można usłyszeć w Pałacu – najbardziej chciałby spokoju wokół PO. – Ostatnio kiedy mówi o Platformie, zawsze przywołuje czasy Unii Wolności, rozpady, podziały – mówi jego współpracownik.

Obawia się, że negatywne notowania partii w którymś momencie mogą nadwerężyć też zaufanie do niego. Choć na razie nic na to nie wskazuje – w ostatnim sondażu CBOS miał znowu ponad 70 proc. zaufania. – Prezydent nie chce szkodzić PO, bo jest przekonany, że ta partia stabilizuje sytuację polityczną. I wspiera ją czasem, nawet wbrew własnemu interesowi – przekonuje nasz rozmówca. Przykładem tego ostatniego była niedawna sugestia prezydenta w wywiadzie dla TVP, że raczej nie pójdzie na referendum w sprawie odwołania prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Został skrytykowany przez opozycję za promowanie postaw, które nie służą demokracji, lecz jedynie interesowi politycznemu PO. Skądinąd okoliczności tej deklaracji prezydenta były szczególne. Utarł się bowiem zwyczaj, że przed nagraniem wywiadu dziennikarze telewizyjni sygnalizują otoczeniu prezydenta, o czym będą chcieli rozmawiać. Tym razem jednak kwestia referendum nie była zasygnalizowana, a dziennikarz TVP zapytał o nią prezydenta „z zaskoczenia”. Prezydent powiedział to, co powiedział, choć gdyby wcześniej ta kwestia znalazła się wśród zapowiadanych tematów, otoczenie Komorowskiego zapewne odradziłoby mu taką wypowiedź. Wywiad nie był na żywo, a mimo to prezydent nie zdecydował się na wycięcie swoich słów. – Mógł sobie na to pozwolić, bo dzięki swojej polityce nie jest postrzegany jako polityk PO, lecz jako polityk autonomiczny – mówi prezydencki urzędnik. – On naprawdę uważa, że to, co się stało w Elblągu, to przejaw destrukcji samorządu. I że takim samym przejawem destrukcji i awanturnictwa jest próba odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz rok przed wyborami samorządowymi. Nie zrobił tego wbrew sobie, bo choć jest politykiem koncyliacyjnym, w sprawach zasadniczych nie ustępuje – dodaje ten urzędnik.

Kto tu rządzi

Tezę o nieustępliwości Komorowskiego w sprawach, na których mu zależy, może potwierdzać historia z okresu bezpośrednio po wygranych przez PO wyborach w 2011 r. Wówczas Tusk był bardzo pewny siebie i tygodnikowi „Polityka” udzielił wywiadu, w którym zapowiedział powołanie rządu dopiero po Nowym Roku. Mimo że byłoby to ewidentnym złamaniem konstytucji. Premier chciał w ten sposób pokazać, że to on będzie decydował, kiedy powoła swój rząd. Była to zemsta na prezydencie, który dzień po wyborach spotkał się w pierwszej kolejności z marszałkiem Sejmu Grzegorzem Schetyną i zapowiedział konsultacje w sprawie tworzenia nowego rządu. Co z kolei Tusk przyjął jako odbieranie mu zwycięstwa wyborczego, którego czuł się ojcem. – Tusk się wtedy wściekł. Mówił współpracownikom, że czegoś takiego mógłby się spodziewać po Kaczyńskim, ale nie po Bronku. I że pewnie to wymyślił Schetyna, bo Bronek jest za głupi – opowiada polityk PO.

Prezydent Komorowski jednak ostro zareagował na wywiad Tuska. Wezwał go i zażądał przestrzegania konstytucyjnych terminów. Zagroził też, że w przeciwnym razie wygłosi telewizyjne orędzie w tej sprawie. Jednocześnie wezwał Tuska do zapowiedzi ostrych reform w exposé i oświadczył, że w przeciwnym wypadku sam wymieni konieczne reformy w przemówieniu z okazji inauguracji Sejmu. W obu sprawach Tusk uległ, choć Schetynie upokorzenia nie zapomniał i zadbał, by nie otrzymał on żadnego prestiżowego stanowiska.

Przez trzy lata prezydentury Komorowskiego tak ostre spięcia należały jednak do rzadkości. Wśród współpracowników prezydenta można nawet usłyszeć, że w Pałacu brakuje trochę polityki. A tylko ostrożne dystansowanie się wobec rządu i pokazywanie alternatywnych rozwiązań może ugruntować zaufanie społeczne do prezydenta w sytuacji, kiedy rządowi i PO będą nadal spadać sondaże. Jeden z członków rządu: – Widać, że Pałac powoli przymierza się do takiej alternatywy. Już w różnych dziedzinach czują się bardzo mocni, chcieliby dyktować warunki. Tak jest na przykład z polityką rodzinną. W Kancelarii odpowiada za nią Irena Wóycicka. Różnice zdań najbardziej uwidoczniły się przy okazji wydłużania urlopu macierzyńskiego do roku. Wóycicka publicznie przekonywała m.in., że część urlopu powinna być obowiązkowa dla ojców. Minister pracy się na to nie zgodził i już dzień po uchwaleniu ustawy prezydencka minister nie szczędziła projektowi krytyki w mediach. Jednak na razie Komorowski wciąż rzadko wetuje ustawy i rzadko odsyła je do Trybunału. Teraz współpracownicy prezydenta dopytują w rządzie o zmiany w OFE i wysyłają sygnały, że zbyt radykalnego rozprawienia się z OFE prezydent nie zaakceptuje.

W Pałacu nie wyklucza się też zwołania w przyszłości Rady Gabinetowej w sprawach gospodarczych. Tak jak w lutym, w sprawie wejścia do strefy euro. Wtedy między Tuskiem a Komorowskim było naprawdę szorstko. – Komorowski chciał określenia przynajmniej przybliżonej daty, Tusk był twardo na nie – wspomina jeden z uczestników.

Szpilą w Sikorskiego

I tak jednak relacje Komorowskiego z premierem są sielanką w porównaniu ze stosunkami z szefem MSZ Radosławem Sikorskim. Od początku urzędowania Komorowskiego było wiele sporów o sprawy drobne czy prestiżowe, ale i o poważniejsze, jak choćby polska polityka wobec Ukrainy czy Litwy. Napięcie między Komorowskim a Sikorskim datuje się jeszcze z okresu prawyborów prezydenckich w PO. Zresztą słowa Komorowskiego ze Święta Wojska Polskiego zostały odebrane przez niektórych także jako szpila wbita Sikorskiemu. To on bowiem w rządzie PiS był szefem MON i on zdecydował o radykalnym zwiększeniu naszej obecności w Afganistanie w 2007 r. Komorowski ma powody, by nie pałać do Sikorskiego szczególną sympatią. Szef MSZ nieraz okazywał mu niemal lekceważenie. Na palcach jednej ręki można policzyć wizyty zagraniczne, w których towarzyszył Komorowskiemu, choć wcześniej utarł się zwyczaj, że szef dyplomacji towarzyszy prezydentowi w zagranicznych podróżach. – Wygląda na to, że jak Sikorski nauczył się grać na nosie i prowokować Lecha Kaczyńskiego, tak w przypadku Komorowskiego nie jest już w stanie wypracować nowego rodzaju relacji – mówi prezydencki urzędnik. Najbardziej ewidentne przejawy napięć między MSZ a Pałacem Prezydenckim to skandal wokół wymiany przez Rosjan tablicy na kamieniu w Smoleńsku w przededniu wizyty tam prezydentów Komorowskiego i Dmitrija Miedwiediewa w 2011 r. czy historia związana z listem Bronisława Komorowskiego do Baracka Obamy po wypowiedzi tego ostatniego o „polskich obozach śmieci” w połowie 2012 r. W pierwszym przypadku MSZ miało nie informować Pałacu o rosyjskiej presji na wymianę tablicy, w drugim resort Sikorskiego miał samowolnie „podłączyć się” pod inicjatywę prezydenta. Mimo podobnych historii prezydent za każdym razem „darował” Sikorskiemu, choć mógłby, jak twierdzą jego współpracownicy, nawet zażądać jego dymisji.

Dziś współpracownicy prezydenta bardziej niż kolejnych afrontów ze strony Sikorskiego obawiają się jednak wyborczego kalendarza. W 2015 r. wybory prezydenckie będą wiosną, co oznacza, że najpierw Polacy wybiorą głowę państwa, a dopiero potem zwycięską partię (wybory parlamentarne wypadają jesienią, o ile nie będzie wcześniejszych). Jeśli sondaże PO będą kiepskie, to prezydent pójdzie na pierwszy ogień. Poza tym partia już będzie ściubić każdy grosz na wybory parlamentarne i na kampanii prezydenckiej może chcieć zaoszczędzić. Dlatego prezydent jest w ciągłym objeździe po polskiej prowincji.

Pałac szykuje się już do wyborczej kampanii. Jesienią – jak dowiaduje się „Wprost” – ma zostać wzmocniona rola Sławomira Rybickiego, sekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta, który ma objąć stanowisko zastępcy szefa Kancelarii. Rybicki odpowiadał dotychczas za kontakty z parlamentem i rządem, ale ostatnio organizuje też Komorowskiemu wyjazdy po Polsce. Odpowiada także za kontakty z partią – regularnie zaprasza do Pałacu posłów PO. Jest blisko związany ze Schetyną, więc jego awans może podrażnić Tuska. A prezydent zapewne aż do wyborów będzie kontynuował politykę zaskakujących meandrów w relacjach z rządem. By nie stracić sympatii zwolenników Platformy, ale też by PO nie pociągnęła go za sobą, gdy będzie spadała w polityczną przepaść. Będzie więc chciał zjeść ciastko i mieć ciastko. Nie może jednak zapominać, że przysłowia czasem się sprawdzają. ■

Okładka tygodnika WPROST: 35/2013
Więcej możesz przeczytać w 35/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także