Przemoc, partia, parytet

Przemoc, partia, parytet

Dodano:   /  Zmieniono: 79

Sprawa przemocy w zachodniopomorskim Sojuszu Lewicy Demokratycznej, o której „Wprost” pisał tydzień temu, jest tyleż banalna, ile interesująca. Banalna, bo zawsze i wszędzie, gdzie zbierze się kilkadziesiąt pijących osób, dochodzi do jakichś aktów przemocy. Nie zawsze musi to być przemoc fizyczna, czasem – widzieliśmy to na filmach ze spotkania wyjazdowego członków PiS – może to być przemoc seksualna, symboliczna lub językowa (bo przemoc niejedno ma imię). Jest to też sprawa o tyle interesująca, że wydarzenia w SLD niczym w szkle powiększającym zgromadziły w sobie wszystkie symptomy zjawiska przemocy w środowisku władzy, czyli tam, gdzie to, co powszechne, można obejrzeć w wersji hard. Najpierw: ofiara, czyli – jak to bywa z reguły – kobieta. Została pobita, zgłosiła sprawę do prokuratury, a potem zaczęła się lękać o swoją karierę, sprawcę i… partię. Poza SLD nie widzi bowiem życia! To tak jak bite kobiety nie widzą życia poza bijącym je mężem i ojcem ich dzieci.

Najpierw zszokowane, oburzone, potem mówią „nic się nie stało”, „przejdzie”, byle zachować rodzinę, byle zachować męża. Pamiętam, jak pracowałam z kobietami będącymi ofiarami przemocy: największym problemem było wytłumaczenie im, że nigdy nie może być zgody na przemoc, że zawsze jest ona zła i niszcząca. Kobiety najpierw się zgadzały, potem problem bagatelizowały, „naturalizowały”. „To przecież normalne”, „zawsze tak bywało”! Za tą „naturalizacją” przemocy stoi wielosetletnia tradycja (z której dumni są dzisiejsi konserwatyści, oponujący przeciwko ratyfikowaniu Konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet). Mamy przecież ucieleśnioną w przysłowiach mądrość życiową, która dowodzi, że „jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije”. To nasz legat po poprzednich pokoleniach.

Inny problem to sprawa indyferencji moralnej, tego, że mało kto reaguje na przemoc. I to nie tylko w tym środowisku. Widzimy przemoc, słyszymy za ścianą, wiemy, gdzie jest, i… nie reagujemy. Dlaczego? Niektórzy powiedzą, że nie zamierzają się wtrącać w życie prywatne innych, że jest ono chronione. Poza tym: żona jest własnością męża, dziecko – rodziców. Mamy ochronę domowego miru. To prawda, ale ochrona ta nie zapewnia ochrony dla przestępstwa. Trzeba reagować, w każdej sytuacji; bezpośrednio wkraczając z mediacją w sytuację, gdy dochodzi do przemocy, lub poprzez odpowiednie służby. Gdyby się bowiem przyjrzeć przyczynie braku reakcji na przemoc, to nie jest nią świadomość praw innych do ochrony prywatności, ale najzwyklejszy konformizm, obojętność (wrodzona? nabyta?) lub zwykłe tchórzostwo.

Kolejna sprawa to seksizm. Przemoc fizyczna ma za jedną ze swoich przyczyn język pogardy wobec kobiet, pogardy ubranej w fałszywą maskę komplementów i żartów. Seksistowski język traktuje kobiety jako obiekty seksualne należące do męskiej sfery władzy i własności. Kobiety zasługują na komplementy, gdy są urodziwe, uległe, posłuszne; wzbudzają agresję, gdy chcą być traktowane jako równe, gdy mają ambicje do porzucenia roli „paprotek”, gdy robią karierę, no i gdy są brzydkie oraz stare (seksistowskim mężczyznom wydaje się, że brzydota i starość ich nie dotyczą). Kanonicznym przykładem jest Leszek Miller. Media z lubością przytaczają „żartobliwe” seksistowskie bon moty, które mają dowodzić jego męskości, uroku i niekwestionowanego przywództwa. Miller jest w swojej partii samcem alfa, którego młodsi koledzy starają się naśladować: bo seksizm to gwarancja nie tylko męskości, ale i politycznego sukcesu. I mało kto widzi powiązania między seksistowskim językiem a fizyczną przemocą. Tymczasem jedno nie funkcjonuje bez drugiego.

I jeszcze coś. Zawsze, gdy jakieś ciało (partia, instytucja, klub, zbiorowisko) składa się niemal wyłącznie z mężczyzn, jest znacznie więcej potencjalnej agresji i przemocy niż w ciałach mieszanych. Ich liczba wzrasta wprost proporcjonalnie do władzy, która się tam gromadzi. Kobiety – w innej roli niż obiekty seksualne – nie wchodzą chętnie do takich środowisk, choć w przypadku partii politycznych czy zarządów mają na to coraz większy apetyt. Jedynym rozwiązaniem wydają się parytety. I chyba tylko one mogłyby dziś uwiarygodnić lewicowość i troskę o słabszych w SLD. ■

Więcej możesz przeczytać w 49/2013 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 79

Czytaj także