Cmentarni aktywiści

Cmentarni aktywiści

Za parę lat o zabytkowych cmentarzach Łemków czy Mazurów można będzie przeczytać tylko w książkach. Niekatolickie nekropolie zamieniają się w ruiny.

W weekend, pobudka wcześnie rano. Do bagażnika wrzuca grabie, łopaty i sekatory. Anna Zglińska wraz ze swoją grupą Tak Trzeba nie wybiera się na działkę, tylko na kolejny zaniedbany i porzucony cmentarz. Razem odnowili już kilkanaście ewangelickich i żydowskich nekropolii. Coraz częściej aktywiści w całej Polsce za prywatne fundusze, poświęcając wakacje i weekendy, ratują nagrobki Niemców, Żydów, Łemków i Bojków. Tysiące cmentarzy, często z unikatowąsztuką nagrobną, przetrwały wojnę, ale teraz przegrywają z ludzką obojętnością.

WSZYSTKO, CO NIEMIECKIE

– Spędzałam nudne wakacje w rodzinnej wsi Czerniakowo niedaleko Torunia. Podczas rowerowej wycieczki pomyliłam drogę i dosłownie wylądowałam na cmentarzu ewangelickim – opowiada Anna Zglińska. – Wyglądał strasznie: przewrócone nagrobki, śmieci dookoła, wszystko porośnięte krzakami. Zezłościłam się, bo kilkadziesiąt metrów dalej był kościół katolicki i miejscowa szkoła, a cmentarzem nie było komu się zająć – wspomina. Po powrocie do domu rozpoczęła rekrutację wolontariuszy. – Chciałam zebrać różnorodny zespół i mi się to udało. Odezwali się ludzie różnych wyznań religijnych, poglądów politycznych, a nawet orientacji seksualnych – mówi Ania. Tak powstała grupa Tak Trzeba, która od siedmiu lat jeździ po Polsce, remontując porzucone cmentarze. Pracy mają sporo: przy każdej większej wiosce na Pomorzu, Śląsku oraz Mazurach i Warmii pozostały ewangelickie nekropolie. Na południu i wschodzie cmentarze po Łemkach i Bojkach. Do tego w całym kraju rozproszone żydowskie kirkuty, cmentarze po I wojnie światowej i poepidemiczne. – Te cmentarze są namacalnym świadectwem wielokulturowości, która kiedyś była w Polsce. Ale za parę lat będziemy mogli o tym tylko czytać w książkach. Bo poza dużymi miastami cmentarze innych wyznań niż rzymskokatolickie są w stanie ruiny i kompletnego zanikania – mówi Ania.

– Sytuacja jest dramatyczna – mówi bez ogródek Małgorzata Karczewska, która od lat działa naukowo i społecznie na rzecz zachowania ewangelickich cmentarzy z I wojny światowej w województwie warmińsko- -mazurskim. – Widziałam wioski, w których na pozostałościach cmentarzy ewangelickich wypasano bydło albo wyrzucano śmieci. A w ostatnich latach pojawiła się plaga cmentarnych hien, które rozkradają na złom żeliwne krzyże, często będące dziełami sztuki – opowiada. Po wojnie nowym osadnikom źle się kojarzyło wszystko, co niemieckie. – Do dzisiaj sytuacja jest drażliwa, tym bardziej że na wiejskich nagrobkach widnieją nazwiska byłych właścicieli domów, które teraz zajmują ludzie przesiedleni ze wschodu. Więc mieszkańcy nie tylko nie czują obowiązku dbać o te cmentarze, ale najchętniej w ogóle wypierają je ze swojej świadomości – mówi Karczewska.

ROMANTYCZNY MECH

– Zanim zaczniemy porządkować cmentarz, nawet położony gdzieś w środku lasu, najpierw musimy uzyskać pozwolenie właściciela działki i konserwatora zabytków – mówi Zglińska. Na pierwsze takie pozwolenia czekali ponad osiem miesięcy. – Dużo wysiłku wymagało przekonanie lokalnych urzędników, że porządkowanie cmentarza to oddolna inicjatywa i nie kryje się za nią żaden podtekst, biznes ani przekręt, a ich posady nie są zagrożone – opowiada Ania. – Konserwatorka zabytków upierała się, by nie usuwać roślinności i mchu z nagrobków. Argumentowała, że tak wyglądają bardziej romantycznie. Inną kwestią było przekonanie miejscowych do tej inicjatywy. – Napisaliśmy do każdego w wiosce list, w którym dokładnie wytłumaczyliśmy, co zamierzamy robić. Równolegle w wiosce pracował etnolog, który zbierał wspomnienia i skojarzenia miejscowych związane z cmentarzem. Okazało się, że część mieszkańców wsi w ogóle nie wiedziała o jego istnieniu. A ci, którzy wiedzieli, kojarzyli cmentarz jako magiczne miejsce, wokół którego powstają fantastyczne historie o diabłach i duchach – relacjonuje Zglińska.

W sumie restaurowanie cmentarza w Makowiskach zajęło wolontariuszom tydzień. – Po wycięciu plątaniny bluszczu odkryliśmy, że na tym cmentarzu jest pochowany Wilhelm Alexander Tetzner, którego ojciec był nauczycielem Fryderyka Chopina. Z tej rodziny również wywodzą się przodkowie reżysera Zbigniewa Zapasiewicza – mówi Zglińska. Po zakończeniu prac konserwatorskich w miejscowym kościele rzymskokatolickim, który kiedyś był protestancki, odprawiono pierwsze od 1945 r. nabożeństwo z udziałem pastora ewangelickiego. – Było to niezwykle wzruszające, bo zebrała się cała wieś – opowiada Zglińska.

EWANGELICKA ATLANTYDA

Michał Wiśniewski wraz z przyjaciółmi prowadzi internetową stronę Lapidaria, na której tworzą bazę zapomnianych cmentarzy w kujawsko-pomorskim. W tej chwili strona zawiera dokładny opis i zdjęcia 1640 nekropolii. – Zawsze chciałem być odkrywcą. No i zamiast astronomem albo archeologiem zostałem pracownikiem branży IT – opowiada 33-latek. – Ale dzięki mojemu hobby cały czas coś odkrywam. Zapomniane nekropolie to moja ewangelicka Atlantyda. Setki cmentarzy, świadectw istnień ludzi, innych kultur, ale wspólnej historii.

Zdaniem Wiśniewskiego nastawienie ludzi powoli się zmienia. – Powstaje coraz więcej organizacji, które odszukują w archiwach informacje o starych cmentarzach i zajmują się ich renowacją oraz ochroną. Częściej też takie inicjatywy powstają we wsiach. Panie z kół gospodyń wiejskich, gminnych ośrodków kultury czy bibliotek potrafią zaangażować całą społeczność w sprzątanie cmentarzy – mówi.

W ten sposób właśnie odrestaurowano zabytkowy cmentarz ewangelicki z 1891 r. w Unisławiu Pomorskim. Odbudowę zainicjowała miejscowa bibliotekarka. Udało jej się zaangażować w prace porządkowe mieszkańców, zachęcić ich, by przywrócili pierwotny charakter miejscu, na którym młodzież popijała wieczorami piwo. – Przed renowacją widoczne były tylko cztery płyty nagrobkowe. Teraz jest ich 30 – mówi Wiśniewski. – Nawet kamieniarze przejawili skruchę: oddali dwie tabliczki inskrypcyjne, które wcześniej ukradli z cmentarza wraz z nagrobkami.

DRUGIE ŻYCIE NAGROBKÓW

– Prawdziwi pasjonaci historii, zwiedzając polskie cmentarze powstałe po 1945 r., najpierw oglądają rewers płyty nagrobnej – tłumaczy Zglińska. – Od początku wojny aż do końca PRL kamieniarze traktowali nagrobki z porzuconych cmentarzy jako darmowy surowiec – dodaje Michał Wiśniewski. – Na garnizonowym cmentarzu jest grób milicjanta, całkowicie wykonany z czarnego granitu skradzionego z żydowskiego cmentarza. Najczęściej kamieniarzom nie chciało się polerować płyt w całości i na niektórych wciąż można zobaczyć napisy po hebrajsku lub w gotyku. W ten sposób nieraz znajdowaliśmy nagrobki historycznych postaci. Najbardziej pod tym względem ucierpiały żydowskie cmentarze. Te kirkuty, które nie zostały zniszczone podczas wojny, były masowo w całej Polsce rozgrabiane od lat 50. Na przykład w parku im. płk. Jana Szypowskiego „Leśnika” na warszawskiej Pradze z macew wykonano pergolę, murki oraz krawężniki. – Kiedy znajomi pokazali mi ten park, byłem w szoku – przyznaje Jonny Daniels, były izraelski komandos, który obecnie prowadzi fundację From the Depths, działającą na rzecz dialogu polsko- -izraelskiego.

– Zaczerpnąłem więcej informacji, okazało się, że macewy były wykorzystane w Warszawie jako materiał budowlany do wzmocnienia dróg, brzegów Wisły, a nawet budowy lotniska. Mamy doniesienia, że również wybieg dla lwów w stołecznym zoo jest zbudowany z nagrobków – opowiada. Na początek Danielsowi udało się przekonać stołecznych urzędników, aby przenieść nagrobki z parku „Leśnika” na cmentarz żydowski. Akcja ruszyła kilka tygodni temu i już zostały wydobyte fragmenty ponad dwóch tysięcy macew. – Teraz skupiamy się nad mniejszymi miastami, gdzie kiedyś mieszkała duża żydowska społeczność. Dużo osób zgłasza się do nas z własnej inicjatywy, a kiedy oddają macewy, wyglądają, jakby im kamień spadł z serca – mówi wzruszony Jonny.

TERMIN PRZYDATNOŚCI

Anna Długozima, przygotowując książkę o polskich nekropoliach, zwiedziła ponad 160 cmentarzy na Warmii i Mazurach oraz w Bieszczadach i Beskidach. Czasami, żeby dotrzeć do konkretnego cmentarza, musiała sięgać po mapy sprzed stu lat. – Nie wszystkie cmentarze figurują w spisach i ewidencjach. Mamy pod tym względem totalny chaos. Nikt dokładnie nie wie, ile cmentarzy i jakich wyznań zostało w Polsce – opowiada Długozima.

Niewiele cmentarzy ma status zabytkowych. – Te, które go otrzymały, są włączone w programy szlaków turystycznych i co jakiś czas są na nich przeprowadzane prace konserwatorskie. A pozostałe zamieniają się w gruzy kamieni i śmietniki – mówi i dodaje, że jeśli w najbliższym czasie nic się nie zmieni, za parę lat ślady po łemkowskich, ewangelickich czy prawosławnych nekropoliach w ogóle znikną. – Czas robi swoje. Nagrobki, które były dziełami sztuki, nie nadają się nawet do renowacji – ubolewa. W wielu miejscach wygasa termin przydatności cmentarzy. Według polskiego prawa, jeśli w ciągu 40 lat na cmentarzu nikt nie został pochowany, działka może zostać użyta do innego celu. Taki los może spotkać cmentarz ewangelicki w wiosce Wilkasy, niedaleko Giżycka. – To duży cmentarz, pochowano tam około 180 osób. Jeden z dwóch ocalałych, gdzie napisy nagrobne wykonano w gwarze mazurskiej. Tylko przez urzędniczą opieszałość nie został on wpisany na listę zabytków. I teraz władze miasta chcą zrównać ten cmentarz z ziemią, aby ponownie zrobić tu teren grzebalny – mówi Małgorzata Karczewska. Jej stowarzyszenie Mała Ojczyzna zebrało całą potrzebną dokumentację, łącznie ze sporządzeniem dokładnego planu cmentarza i listą nazwisk pochowanych, a potem przekazało konserwatorowi zabytków w Olsztynie. – Jeśli dostanie status zabytkowego, to uchronimy go od zaorania – twierdzi. �

Okładka tygodnika WPROST: 44/2014
Więcej możesz przeczytać w 44/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0