Opowieści z getta

Opowieści z getta

Filmowe opowieści o młodzieżowych gangach trafiają w czuły punkt Ameryki i regularnie doprowadzają do zamieszek.

W tygodniu, w którym miała miejsce amerykańska premiera filmu „Straight Outta Compton” (w polskich kinach od 4 września), policja w Los Angeles zwiększyła liczbę patroli. Władze uznały, że biograficzna opowieść o rapowej grupie N.W.A, której członkami były wielkie gwiazdy gatunku – Dr. Dre i Ice Cube, może wywołać wojny ulicznych gangów albo awantury z policją. Zapewne nie bez znaczenia był tu fakt, że kilkanaście dni wcześniej zamieszkami, w których padła ofiara śmiertelna, zakończył się „pokojowy” marsz w Ferguson. Warto też pamiętać, że zainspirowani przebojem „Fuck tha Police” (czyli w wersji eufemistycznej: „Pieprzyć policję”) wielbiciele grupy N.W.A w latach 80. naprawdę postanowili dołożyć funkcjonariuszom i doszło do ulicznych starć fanów grupy z policjantami.

GANGI LOS ANGELES

„Straight Outta Compton” to historia o chłopakach z czarnego getta, którzy założyli jedną z najważniejszych grup rapowych w historii i dzięki temu wyrwali się z zaklętego kręgu biedy oraz przemocy. Nie jest to bynajmniej kino gangsterskie. To obyczajowy dramat oparty na życiorysach dzisiejszych gwiazd. Ale ponieważ historia odnosi się do czasów największych napięć na tle rasowym i wojen gangów, z którymi muzycy byli powiązani, włodarze Los Angeles woleli dmuchać na zimne. Kina w Compton (dzielnicy, z której wywodzi się N.W.A, będącej jednym z najniebezpieczniejszych miejsc w Kalifornii) zwiększyły ochronę, a seanse odbywały się pod nadzorem policji. Tym sposobem policjanci wsiedli w wehikuł czasu – sytuacja ze „Straight…” zaczyna przypominać akcje prewencyjne, jakie stosowano podczas pokazów filmów o młodzieżowych gangach na przełomie lat 70. i 80.

Premierowym pokazom „The Warriors” Waltera Hilla – opowieści o gangach ulicznych z 1979 r. – towarzyszyli mundurowi, a wytwórnia z obawy przed eskalacją przemocy wycofała się z kampanii reklamowej filmu. Z rozgłośni radiowych i telewizorów zniknęły spoty, w których mowa była o ustawkach gangów. Tyle że to nic nie dało. Po pokazach filmu w Bostonie i Karolinie Południowejdoszło do walk gangów. Zginęły w nich trzy osoby. Zamieszkami zakończyła się także premiera wybitnego filmu Dennisa Hoppera „Kolory”. Twórca „Easy Ridera” opowieścią o gangach Los Angeles i parze policjantów, którzy próbują z nimi walczyć, powrócił do reżyserii po 18 latach przerwy. Powrócił triumfalnie, bo do dziś „Kolory” uznawane są – zupełnie słusznie – za jedno z arcydzieł kina społecznego. Tyle że w chwili premiery rzadko pisano o wartości filmu. Media interesowało to, że Hopper wjechał z kamerami tam, gdzie bali się chodzić nawet policjanci. Do latynoskiego getta, między prawdziwe gangi. Ochroniarzami na planie byli gangsterzy, niektórzy grali nawet w drugoplanowych rolach. Maksymalny realizm. I było tak samo jak z filmem o N.W.A – policja w Los Angeles obawiała się zamieszek, obstawiła kina, a po pokazach wybuchały strzelaniny. Zginęła w nich jedna osoba. Ponoć poszło o to, że niektórzy członkowie gangów poczuli się dotknięci tym, że nie pojawili się w filmie. Dwa lata później powtórzyła się ta sama historia. Gdy do kin wchodził rewelacyjny debiut Johna Singletona „Chłopaki z sąsiedztwa”, policja obstawiła kina, a gangi i tak doprowadziły do zamieszek – dzień po premierze. Zdemolowano przy okazji sporo samochodów.

PARADOKSY PRZEMOCY

Paradoks polega na tym, że przesłanie filmów, które wywoływały zamieszki, brzmiało: przemoc jest drogą donikąd. Ale dla gangów przekaz i społeczne zaangażowanie się nie liczyły. Istotne były emocje. A i „Kolory”, i „Chłopaki z sąsiedztwa”, i „Zagrożenie dla społeczeństwa” braci Hughes to filmy, w których one buzują. Niesprawiedliwość społeczna, krzywdzące podziały, rasizm – pewnie, że pokazywane w dobrej wierze i z dobrymi intencjami, powodowały, że dzieciaki (bo średnia życia w gangach jest bardzo niska) wychodziły nabuzowane na ulicę. Podobnie rzecz się miała z dramatem „Więzy krwi” Taylora Hackforda – trzygodzinną epicką opowieścią o latynoskich gangach. Po premierze tego filmu oczywiście także wybuchły zamieszki.

Reżyser F. Gary Gray w „Straight Outta Compton” nie dość, że opowiada prawdziwą historię, to tworzy napięcie filmu poprzez zderzenie marzeń prostych chłopaków, którzy chcą się wyrwać z getta, z postawą milczącej większości społeczeństwa, która w przyszłych gwiazdorach widzi tylko czarnych dilerów. Dziś Dr. Dre to jeden z najbogatszych i najbardziej wpływowych producentów na świecie. W 1988 r. biali mieszkańcy Beverly Hills widzieli w nim człowieka z marginesu i tak go traktowali.

Dlaczego filmy wywoływały społeczne napięcia i wojny uliczne? Chyba najbliżej odpowiedzi na to pytanie był Spike Lee. Kiedy rok temu jego wybitny film „Do the Right Thing” obchodził dwudzieste piąte urodziny, reżyser udzielił wywiadu, w którym tłumaczył, dlaczego filmy o gangach ulicznych wywołują w Stanach emocje. „Dopóki kwestie podziałów rasowych będą bagatelizowane przez rząd, a emigranci traktowani jak zło konieczne, dopóty takie filmy (...) będą wywoływały kontrowersje – mówił. – Obnażają bowiem obłudę systemu, który tylko teoretycznie oparty jest na równości i braterstwie. W rzeczywistości – na obłudzie, wstydzie i zaprzeczeniach”.

BIAŁAS Z BRONIĄ

Mimo ćwierćwiecza, jakie upłynęło od premiery filmu Spike’a Lee, sekwencja wybuchu zamieszek – choć w filmie fikcyjna – wygląda niebywale wiarygodnie. I nie chodzi tu o sposób, w jaki została nakręcona, a to, co i jak pokazano jako wybuch konfliktu. Banalna awantura z właścicielem pizzerii doprowadza do eskalacji przemocy obejmującej pół miasta. Akcja filmu osadzona była w roku 1989. Rok wcześniej N.W.A wydali przebój „Fuck the Police”, w którym zaatakowali funkcjonariuszy za rasizm. W swoim filmie Gray pokazuje słynny koncert w Detroit, gdzie policja aresztowała muzyków za wykonanie tej piosenki. Czarni funkcjonariusze spuszczali wzrok i patrzyli w inną stronę.

Niby Ameryka już ma czarnego prezydenta, poprawność polityczną, a rasizm jest dziś powszechnie piętnowany. Liczba gangów ulicznych w Los Angeles spadła o połowę (z 700 do ok. 350). A mimo to opowieść o czarnych raperach wywołuje popłoch. Dlaczego? Wystarczy poczytać komentarze pod tekstami o wzmożonych patrolach na czas premiery filmu. Trudno nie wpaść tam na rasistowskie docinki w stylu: „Może jakiś białas z bronią zrobi z czarnuchami porządek w kinie”, będących jawną aluzją do niedawnej strzelaniny w kościele w Charleston. Podziały rasowe wciąż są żywe. I choć do rozlewu krwi podczas premiery nie doszło (za to film pobił rekordy otwarć filmów biograficznych, zarabiając w pierwszy weekend blisko 60 mln dolarów), to historia o N.W.A znów przypomniała, że uprzedzenia tak łatwo nie znikają. Czekają, by wybuchnąć i znów, jak w latach 80., zmienić ulice Los Angeles w pole rasowej bitwy. Choć może się to przecież zdarzyć wszędzie. Także w Ferguson. ■

Okładka tygodnika WPROST: 36/2015
Więcej możesz przeczytać w 36/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także