Przywódcy krajów arabskich najchętniej widzieliby w fotelu prezydenta Stanów Zjednoczonych pacyfistę - Kerry'ego, nie wojowniczego Busha. Arabia Saudyjska, nieformalny przywódca OPEC, nie może być pewna czy obecny prezydent USA nie postanowi, na przykład rozpocząć poszukiwań Osamy bin Ladena (saudyjczyka z pochodzenia) w jego ojczyźnie. Podobną, mniej czy bardziej ukrywaną obawę o plany Busha czują zapewne też Libia, Nigeria, Iran i Wenezuela. Wybory prezydenckie w USA odbęda się już w listopadzie. Osłabianie pozycji Busha przez utrzymywanie wysokich cen ropy jest jedyną możliwością wpływania krajów OPEC na amerykanskich wyborców i co najważniejsze nad wyraz skuteczną.
Administracja Busha broni się jak może. W amerykańskim Senacie powstaje ustawa, która pozwoli na postawienie rządów krajów OPEC przed amerykańskim sądem za przestępstwa polityczne (a za takie sądy federalne uznawały dotychczas ustalanie cen ropy). Nikt oczywiście nie oczekuje, że saudyjska rodzina królewska stawi się przed amerykanskim sądem. Trzeba jednak pamiętać, że kraje arabskie trzymają w amerykańskich bankach pieniądze, które będzie można zamrozić na poczet ewentualnych odszkodowań za straty spowodowane zawyżonymi cenami ropy.
Oby był to koniec wojny naftowej a nie dopiero jej początek.
Sergiusz Sachno