Trup w szafie BGŻ

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wykupienie wydanych w 1991 roku certyfikatów może kosztować BGŻ kilkaset milionów złotych.
Wysoko oprocentowane kwity depozytowe uderzą bank po kieszeni
W połowie lat 90. do lokat terminowych BGŻ wydawano certyfikaty depozytowe. Teraz może się okazać, że za ich wykupienie bank będzie musiał zapłacić setki milionów złotych. BGŻ przyznaje się już do pięciu procesów sądowych z właścicielami certyfikatów.
Chodzi o ustalenie ich dzisiejszej wartości. Kilka oddziałów BGŻ w 1991 roku wydawało certyfikaty właścicielom atrakcyjnych depozytów. Oprocentowanie lokat wynosiło wówczas od 64 proc. do 74 proc. Bank nie udostępnił nam regulaminu z 1991 roku, jednak wiadomo, że depozyty, do których przypisane były certyfikaty, były lokatami terminowymi opiewającymi głównie na trzy lata i pięć lat.
Zdaniem osób procesujących się z BGŻ, niepodjęcie środków po upływie terminu umowy oznaczało automatyczne odnowienie umowy na kolejne trzy lata. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie oprocentowanie. Bank twierdzi, że na przestrzeni lat systematycznie je obniżał. Tymczasem właściciele certyfikatów na okaziciela twierdzą, że bez ich zgody bank nie może ograniczać rentowności lokat terminowych. Przyjęcie ich punktu widzenia oznaczałoby, że w ciągu 13 lat na każdej złotówce właściciele certyfikatów zarobili 160 zł, czyli 16 000 proc.
Strony spierają się w sądzie. A sądy nie są w tej sprawie jednomyślne. W sprawie z powództwa Hilarego Depty Sąd Wojewódzki w Gdańsku orzekł, że bank nie był uprawniony do jednostronnej zmiany oprocentowania spornych lokat. Sąd Apelacyjny w Gdańsku podtrzymał wyrok sądu pierwszej instancji, zmieniając jedynie termin wymagalności spornej wierzytelności i wysokość kosztów procesowych. Bank wniósł kasację do Sądu Najwyższego, który skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia w sądzie apelacyjnym. W Sądzie Najwyższym i Sądzie Apelacyjnym w Gdańsku czekają na rozpatrzenie cztery inne sprawy.
Bank próbuje bagatelizować spór. Iwona Dorota Gajek, dyrektor departamentu prawnego BGŻ, jest pewna ostatecznej wygranej. Na wszelki wypadek bank utworzył jednak rezerwy (72 mln zł) na poczet ewentualnych odszkodowań. Jak twierdzi Iwona Dorota Gajek, 72 mln zł wystarczą na pokrycie żądań zawartych w pozwach - oczywiście w razie niekorzystnych rozstrzygnięć w sądach. Jest tylko jedno "ale".
Pozwy nie obejmują wszystkich certyfikatów znajdujących się na rynku. Bank nie informuje, jaka była wartość nominalna wszystkich certyfikatów i ile z nich zdążył do tej pory wykupić.
Według jednego z prawników, który przygotowywał opinię prawną potwierdzającą zasadność pozwów, łączna wartość papierów pozostających w rękach klientów BGŻ wraz z odsetkami sięga 700 mln zł. Bank nie komentuje tej informacji. A to już poważna suma, zwłaszcza jak na BGŻ, który nie może narzekać na nadmiar wolnych środków. Ten stan ma zmienić wprowadzenie do banku prywatnych inwestorów (na razie blisko 70 proc. akcji należy do skarbu państwa, a reszta do banków spółdzielczych) i emisja akcji za co najmniej 500 mln zł. Pytanie tylko, czy pieniądze te bank wykorzysta na inwestycje, czy wypłaty dla właścicieli spornych certyfikatów i czy o problemie z certyfikatami wiedzą potencjalni inwestorzy BGŻ?