Kto wygra, kto straci

Kto wygra, kto straci

Produkcja żywności, mebli, części samochodowych, budownictwo i niektóre usługi to według ekspertów BusinessWeeka najbardziej ekspansywne sektory naszej gospodarki, które świetnie dadzą sobie radę w Unii Europejskiej. Górnictwo, hutnictwo i energetykę a także rpzemysł odzieżowy czekają radykalne zmiany albo fala bankructw.
Dla polskich eksporterów wejście do Unii to jak odkrycie prawdziwego Eldorado.
Dla przemysłu ciężkiego oznacza jednak konieczność restrukturyzacji, a dla niektórych firm nawet bankructwo
Zaczęło się, polskie firmy działają na jednym, wspólnym rynku. Już w pierwszych dniach po akcesji nastąpił skokowy wzrost eksportu mięsa, zwłaszcza wołowiny. Według różnych szacunków sprzedaż wzrosła o 200-300 proc. Z drugiej strony - według Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych - trwa restrukturyzacja przedsiębiorstw państwowych, a po 1 maja w wielu branżach procesy nabrały dodatkowego impetu.
Które sektory naszej gospodarki w najbliższych latach rozwiną się, a które czeka marginalizacja lub okres dekoniunktury? Z takim pytaniem zwróciliśmy się do  wybitnych ekspertów gospodarczych - szefów firm konsultingowych, analityków, doradców ekonomicznych.
Za najbardziej perspektywiczne branże fachowcy uznali produkcję żywności, mebli, budownictwo i generalnie wszystkie gałęzie przemysłu nastawione na eksport. Kilka osób wskazało też hotelarstwo i turystykę oraz branżę informatyczną.
Na przeciwległym biegunie znalazły się wielkie państwowe przedsiębiorstwa - kopalnie węgla, huty, energetyka, ciężka chemia, a także przemysł odzieżowy, stocznie i rybołówstwo. Trzeba jednak zastrzec, że nawet w tych branżach, które zdaniem naszych ekspertów w najbliższych latach będą przeżywać spore kłopoty, jest miejsce dla liderów. To będą firmy, które dostosują się do nowych warunków i sprostają rosnącej konkurencji.
BRANŻE W GÓRĘ
Cenne mięso
Zdaniem Witolda Orłowskiego, doradcy prezydenta ds. ekonomicznych, na członkostwie może zyskać właściwie każda branża przemysłu spożywczego. Najwięcej atutów w ręku mają producenci wędlin, którzy wydali miliony złotych na dostosowanie się do unijnych wymogów sanitarnych i na długo przed wejściem do UE rozpoczęli działania zaczepne.
Już w I kwartale br., jeszcze przed akcesją, eksport Sokołowa, największego w kraju producenta wędlin, wzrósł o ponad 200 proc. w porównaniu z I kwartałem 2003 r.
W opinii analityków polskie firmy wędliniarskie są wręcz skazane na sukces, bo ich wyroby przy podobnej jakości są o kilkadziesiąt procent tańsze od unijnych. I będą się rozwijać właśnie dzięki zyskom z eksportu. Prezes i właściciel firmy Lukullus z podwarszawskiego Leoncina Wojciech Szymański już dawno przestał liczyć, ile milionów kosztowały go przygotowania do integracji z Unią. Ale jest przekonany, że było warto.
- Wszystko z myślą o eksporcie. Za rok, półtora będziemy wysyłać za granicę połowę produkcji - zapowiada.
Lukullus chce z kolei sprowadzać z Unii mięso wieprzowe. Bogusław Miszczuk, prezes Sokołowa, liczy na szybką rozbudowę własnej sieci sprzedaży w Niemczech. Na razie polska firma ma tylko dwa sklepy w Berlinie, ale już sprawdza opłacalność kilku kolejnych lokalizacji. Inny potentat, Indykpol, wyda 16 mln zł na unowocześnienie zakładu w Olsztynie. Część środków będzie pochodzić z funduszu SAPARD.
Zakłady Mięsne `Duda` chcą szybko zwiększyć moce produkcyjne i jeszcze przed wakacjami zamierzają sfinalizować przejęcie dwóch dużych spółek mięsnych.
Jednak żeby nie było za różowo - na wejściu do UE skorzystają tylko eksporterzy - firmy takie jak Sokołów, Duda czy Indykpol. Małe i średnie firmy bez dostępu do rynków zagranicznych albo poszukają nisz (teraz nawet małe zakłady produkują po kilkadziesiąt rodzajów wędlin), albo zwiną interes. Nakłady na wprowadzenie unijnych norm sanitarnych były finansowane z kredytów, a nasz rynek może być za płytki na ich spłatę. Zdaniem Bogusława Miszczuka, w perspektywie 2-3 lat dojdzie do fali bankructw zakładów wędliniarskich i to będzie dobry moment na akwizycje.
Wzrost cen żywności w Polsce i zwiększony eksport do UE będzie sprzyjał producentom żywności ekologicznej, która w Unii jest bardzo droga. Ze spokojem mogą patrzeć w przyszłość przetwórcy warzyw i owoców, którzy będą w Unii konkurencyjni cenowo. Na opanowanym przez korporacje (Unilever, Kraft, Nestle) rynku żywności gotowej analitycy nie spodziewają się większych przetasowań.

Eksport na fali
Zdaniem Huberta Janiszewskiego, członka rady nadzorczej Deutsche Bank Polska, bardzo dobre perspektywy mają wszystkie sektory nastawione na eksport. Dotyczy to między innymi producentów papieru, części i komponentów samochodowych oraz mebli. Ci ostatni już teraz są o dwa kroki przed innymi branżami - eksportują ponad 60 proc.
swojej produkcji o rocznej wartości prawie 18 mld zł.
- Ułatwienia w handlu z Unią powinny zaowocować znacznym wzrostem przychodów największych producentów
- uważa Marek Adamowicz, dyrektor w Ogólnopolskiej Izbie Gospodarczej Producentów Mebli (OIGPM).
Największym polskim producentem jest biłgorajska firma Black Red White, specjalista od tanich zestawów meblowych.
- Na razie
na eksport trafia 40 proc. naszej produkcji, jednak intensywnie pracujemy nad zbudowaniem własnej sieci handlowej w krajach Unii
- mówi Robert Skwarek, wiceprezes i szef sprzedaży BRW.
Nic dziwnego, że firma nad tym pracuje, skoro np. statystyczny Niemiec rocznie wydaje na meble równowartość 1 tys. zł. To dziesięć razy więcej niż Polak. Drugim rynkiem, na który bardzo liczą meblarze, jest Wschód. Krośnieński Nowy Styl ma już fabrykę na Ukrainie. Do budowy zakładu w Rosji przymierza się Forte. Dzięki eksportowi w 2003 roku przychody spółek z branży wzrosły średnio o 26 proc.
OIGPM ogłosi wkrótce prognozy wzrostu rynku po akcesji, ale już dziś wiadomo, że nie wszyscy producenci rozwiną skrzydła. Małe firmy, a tych jest 90 proc. - w najlepszym razie nic nie zyskają. Na rynku liczy się 400 z 7,5 tys. producentów, a pierwsza dziesiątka wytwarza 30 proc. produkcji i ten udział będzie rósł. Porównywalne z przemysłem meblarskim perspektywy i wartość (około 15 mld zł) ma rynek części samochodowych. W Polsce swoje oddziały ma 60 międzynarodowych koncernów z tej branży, a polkowicka fabryka silników Volkswagena już teraz należy do największych polskich eksporterów. Z danych Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych wynika, że dwie trzecie produkcji trafia na eksport. Zdaniem analityków udział ten będzie rósł.
Marek Gradowski, szef płockiej filii Adler Polska, która praktycznie całą swoją produkcję kieruje na rynki unijne, prognozuje, że wzrost obrotów jego fir-my w najbliższych latach osiągnie 20 proc. rocznie. Mniejsi producenci bardziej liczą na rynki wschodnie.
- Próbujemy pozyskać nowych tamtejszych partnerów handlowych - mówi Wojciech Perczyński, właściciel firmy Mot-Gum (10 mln zł przychodów). Firma ta już teraz eksportuje do Rosji i na Ukrainę 10 proc. produkcji.
Antoni Dąbrowski, prezes Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych, zaznacza, że w tempie 10 proc. rocznie będzie się rozwijał także rynek wewnętrzny - głównie ze względu na dużą liczbę starych aut jeżdżących po naszych drogach.

Potrzebny papier
Kolejną branżą, którą nasi eksperci uznali za perspektywiczną, jest produkcja papieru. Dwie największe firmy - International Paper z Kwidzyna i Frantschach Świecie, który w ostatnich latach na podwojenie produkcji wydał 200 mln zł - są gotowe do konkurowania. Nie mają jednak specjalnej strategii związanej z rynkiem unijnym. - Już teraz eksportujemy 75 proc. produkcji - mówi Krzysztof Sędzikowski, prezes Frantschach Świecie.
Inny duży producent - Intercell z Ostrołęki - do 2006 roku podwoi swoje moce produkcyjne. Na inwestycje zarezerwowano już 720 mln zł. Za te pieniądze powstaną dwa zakłady: jeden w Wielkopolsce, drugi pod Moskwą. Branża liczy na eksport, a także na wzrost zużycia papieru w kraju.
- Statystyczny Niemiec zużywa 200 kg papieru rocznie, a Polak tylko 70. Zgodnie z naszymi szacunkami do 2010 r. liczba ta wzrośnie do 90-95 kg - mówi Zbigniew Fornalski, dyrektor generalny Stowarzyszenia Producentów Papieru w Polsce.
Branża będzie się rozwijać, ale czekają ją gigantyczne wydatki na ochronę środowiska, związane z wprowadzeniem nowych przepisów - zdaniem branży bardzej rygorystycznych od prawa unijnego. - Bez silnego wsparcia kapitałowego zakłady mogą tego nie wytrzymać - uważa Zbigniew Fornalski.

Teleinformatyczne szanse
- Jestem przekonany, że za 3-5 lat będziemy liderem wśród dostawców informatycznych systemów ERP do zarządzania dla małych i średnich firm. Wyprzedzimy SAP i Oracle - zapowiada Zbigniew Rymarczyk, prezes firmy ComArch-CDN. - Nie mamy żadnych kompleksów wobec gigantów.
W bieżącym roku firma połączy się z ComArchem. W tym Rymarczyk widzi szansę i zamierza wejść ze swoimi produktami na rynki zagraniczne. ComArch-CDN, firma, której ubiegłoroczne przychody wyniosły ponad 26 mln zł, rozwija się 2-3 razy szybciej niż cały rynek ERP w Polsce. Prezes zapowiada, że tak będzie w ciągu najbliższych 3-5 lat.
- Otwarcie rynku europejskiego to szansa dla ambitnych firm z branży IT
- potwierdzają eksperci BusinessWeeka. Rośnie bowiem presja konkurencyjna. Firmy, które chcą przetrwać na rynku i zdobywać nowe obszary, muszą inwestować w rozwiązania informatyczne. Tylko wtedy będą miały szansę na wprowadzenie nowych usług, zmniejszenie kosztów prowadzenia działalności i zwiększenie efektywności. To powinno przyciągać nowych klientów.
Można wskazać kilka sektorów, które będą musiały przedsięwziąć takie kroki: są to np. zakłady użyteczności publicznej, energetyka, telekomunikacja.
Polskie firmy informatyczne nie bały się zresztą otwarcia rynku unijnego. Możliwość operowania na terenie całej Europy, dobra znajomość języków obcych, niższe koszty pracy, większa motywacja to czynniki, dzięki którym polskie firmy w perspektywie 3-5 lat będą odnosić sukcesy.
Konsolidacja na polskim rynku IT wydaje się jednak procesem nieuchronnym. Ten pogląd podziela Zbigniew Rymarczyk. - Chcąc oferować klientom nowoczesne rozwiązania, trzeba mieć środki na badania i rozwój. Dzięki fuzji z ComArchem nie będziemy się musieli o to martwić - mówi. A firmę czeka nieuchronne starcie z takimi gigantami jak SAP, bo - jak pokazują analizy - liczba dużych kontraktów w Polsce jest coraz mniejsza, a głównymi odbiorcami rozwiązań ERP staną się firmy zatrudniające 100-500 pracowników. Grzegorz Rogaliński, szef SAP-a w Polsce, też ma chrapkę na tych klientów.

Przed skokiem
Wysokie tempo rozwoju gospodarczego (ponad 6 proc. w I kw. 2004 r.) przełoży się w końcu na poprawę sytuacji finansowej polskich gospodarstw domowych i co się z tym wiąże - wzrośnie liczba osób żywiących się poza domem. Wartość sprzedaży sektora gastronomicznego to ok. 15 mld zł rocznie.
Właściciel barów szybkiej obsługi Leśne Runo (jest ich na razie pięć) też liczy na wzrost obrotów. - Zmienia się styl życia i pracy Polaków - twierdzi Hubert Wiktorowski, prezes zarządu Towarzystwa Przyjaciół Polskiej Kuchni, właściciela Leśnego Runa, i planuje co roku otwierać 2-3 nowe restauracje.
Instytut Turystyki przewiduje wzrost liczby podróży w kraju o 12-17 proc. w ciągu najbliższych 3 lat. Co więcej, spodziewa się także znaczącego napływu turystów zagranicznych. W latach 2004-2007 liczba cudzoziemców odwiedzających nasz kraj ma wzrastać w tempie 9 proc. rocznie.
W I kw. 2004 r. liczba przyjazdów cudzoziemców wzrosła o blisko 20 proc. Tanie połączenia lotnicze z innymi krajami europejskimi i ciekawa oferta zapewne przyciągną kolejnych gości.
Można się spodziewać dalszych inwestycji w hotele wielogwiazdkowe. Zdaniem byłego prezesa Orbisu Macieja Grelowskiego, nasycenie Polski liczbą miejsc hotelowych jest stosunkowo niskie. Przed szansą stają także hotele klasy średniej i pensjonaty.

Odbudowa rynku
W budownictwie okres biznesowej posuchy największe firmy wykorzystały do zrobienia porządków. Budimex, należący do hiszpańskiej grupy Ferrovial, w ramach jednej spółki skonsolidował kilkanaście niezależnych dotąd podmiotów. Zwiększenia przychodów (w 2003 roku 2 mld zł) firma upatruje w kontraktach zagranicznych. Do tej pory stanowiły one około 10 proc. wpływów holdingu.
- Strategia firmy przewiduje pozyskanie kontraktów na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej i krajach dawnego ZSRR - mówi Krzysztof Kozioł, rzecznik Budimexu.
Do krajowego rynku swoją działalność ogranicza Skanska Polska, która podobnie jak Budimex zakończyła niedawno konsolidację swoich aktywów. Obecnie firma ma w swojej strukturze 18 przekształconych w oddziały spółek. Polski oddział nie będzie wychylał nosa za granicę, bo na rynkach ościennych działają spółki siostrzane. - Na ożywienie trzeba będzie jednak poczekać. Moim zdaniem do 2005 r. Dopiero wtedy będą widoczne efekty akcesji w postaci zwiększonych nakładów inwestycyjnych - uważa wiceprezes Skanska Polska Roman Wieczorek.

Dynamiczny outsourcing
Działalnością z perspektywami często wskazywaną przez naszych ekspertów jest także szeroko rozumiany outsourcing. Do tej kategorii zalicza się m.in. wynajem sprzętu i oprogramowania komputerowego, usługi doradcze z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi i telefoniczne centra obsługi klienta. Wartość polskiego rynku outsourcingu firma badawcza IDC oszacowała w 2003 r. na 900 mln zł, a w 2005 roku ma on wzrosnąć do 2 mld zł.
Outsourcingiem firma ITGroup zajmuje się od trzech lat. Specjalizuje się w wynajmowaniu kadry informatycznej. Wśród klientów firmy są m.in. BRE Bank, PKO BP, Gaspol. - Na początku do takich zadań wydelegowanych było pięciu pracowników, dzisiaj jest ich już 30 - mówi Rafał Sadowski, menedżer z ITGroup.
Właściciele spółki Call Center Poland przed akcesją wydali na jej rozbudowę ponad 10 mln zł. Inwestycja ma zaowocować między innymi zagranicznymi kontraktami. Na razie firma ma kilkunastu klientów w Niemczech. Z ich obsługi pochodzi 11 proc. przychodów CCP.
- Jesteśmy konkurencyjni. Mamy o połowę niższe ceny od firm niemieckich - mówi Jan Motz, prezes CPP. Poważnym problemem dla firmy jest natomiast znalezienie pracowników do niemieckojęzycznych linii.

BRANŻE W DÓŁ
Energetyka:
nie wszyscy przetrwają
To, ŻE w NAJBLIŻSZYCH 3-5 latach energetykę czekają ogromne zmiany, nie ma wątpliwości Jerzy Gruszka, prezes grupy ENEA, dystrybutora energii. - Na rynku pozostanie kilku najmocniejszych producentów - twierdzi. Ministerstwo Gospodarki szansę widzi w konsolidacji i prywatyzacji branży. Problem w tym, że na elektrownie (oprócz Bełchatowa) chętnych nie ma. W zeszłym roku fiaskiem zakończyła się prywatyzacja Kozienic, Dolnej Odry i Ostrołęki.
Odczuwalne są tarcia na linii producenci - dystrybutorzy. Ci drudzy stoją obecnie pod presją wytwórców energii, którzy świadomi zmian swą szansę widzą m.in. w konsolidacji pionowej, tj. tworzeniu holdingów skupiających m.in. kopalnie, zakłady energetyczne i dystrybutorów. Jerzy Gruszka nie chce jednak ograniczać roli swojej firmy do funkcji sklepu producentów energii. - Konsolidacja tak, ale na rynkowych warunkach - mówi prezes Gruszka. ENEA swą szansę widzi w rozszerzaniu usług dla klientów końcowych, np. na dostarczanie tzw. gotowego ciepła czy internetu z gniazdka. W przyszłym roku firma ma być sprzedana na giełdzie przez Skarb Państwa. Gdy tak się stanie, prezes Gruszka będzie mógł odetchnąć, bo wtedy ewentualna konsolidacja odgórna stanie się mniej prawdopodobna.
Jest wiele wyzwań, przed którymi stoi polska energetyka. Produkcja energii elektrycznej należy do najdroższych w Europie, w otoczeniu Polski istnieją nadwyżki mocy energii, u większości producentów - tańszej, a dodatkowo ceny energii w Polsce są bardziej niż w krajach sąsiednich obciążone np. akcyzą i podatkiem VAT. UE mocno naciska, aby na rynku energii panowały reguły wolnorynkowe i nie chce zgodzić się, aby likwidując kontrakty długoterminowe (tzw. KDT-y), elektrownie dostały od państwa odszkodowanie. Jego wartość to w sumie 15 mld zł. Polską energetykę czekają wydatki na dostosowanie do norm ekologicznych UE. Jan Kurp, prezes PKE, szacuje, że w ciągu kilkunastu lat będzie to ok. 12-15 mld zł.

DYLEMAT RYBAKA
Witold Nowak, który społecznie pełni funkcję prezesa Zrzeszenia Rybaków Morskich, od 15. roku życia związany jest z rybołówstwem. Teraz stoi przed poważną decyzją życiową, czy pozostać w biznesie, czy zezłomować kuter.
Przystąpienie do Unii oznacza duże zmiany w najbliższych latach dla całego sektora. Przed dylematem, czy złomować kuter, czy pozostać w zawodzie, stoi duża grupa polskich rybaków. Konkurencja będzie większa, zniknęły bariery celne, a Polska udostępniła swoje łowiska dla dużych statków unijnych. Zdaniem Witolda Nowaka, większym problemem jest jednak to, że zasoby ryb nie odnawiają się. Dlatego UE restrykcyjnie podchodzi do przestrzegania limitów połowowych. - Unia wycofała się z subsydiowania nowych jednostek, nie przyznaje też środków na ich rozbudowę - podkreśla. Jednak rybacy mają o tyle miękkie lądowanie, że za złomowanie swych kutrów mogą otrzymać wysokie rekompensaty
- nawet ponad 3 mln zł w wypadku większych jednostek. Założenia sektorowego programu operacyjnego dla rybołówstwa mówią, że likwidacji ulegnie 30-40 proc. z około 430 kutrów rybackich.
Jednak Andrzej Tyszkiewicz, prezes Krajowej Izby Rybackiej, z optymizmem patrzy w przyszłość. Jego zdaniem, za trzy lata sytuacja w polskim rybołówstwie będzie wyglądała tak jak w innych krajach UE. - Limity połowowe zapewniają rentowność i opłacalność. Stan techniczny floty poprawi się. Wzrośnie nasza konkurencyjność - mówi.

Hutnicze zmiany
Tak dobrej koniunktury jak ostatnio nie było w hutnictwie od wielu lat. Ogromny wzrost zapotrzebowania na stal na świecie, do czego w głównej mierze przyczyniły się Chiny, wywindował ceny na wyroby ze stali. W Polsce ceny niektórych z nich wzrosły w ostatnim okresie nawet o 100 proc. Korzystają na tym huty, zwłaszcza te największe kupione niedawno przez koncern LNM. Jednak stan taki nie będzie trwać wiecznie. Sprzyjająca koniunktura i fakt, że wiele z nich znalazło inwestorów zagranicznych, to dobry czas na przeprowadzenie restrukturyzacji i modernizacji. - Kto tego nie zrobi dzisiaj, za 5 lat zniknie z rynku - uważa Romuald Talarek, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej. Świadomy jest tego zarząd warszawskiej Huty Lucchini.
- Obecnie zabójcza dla branży byłaby nagła zmiana sytuacji makroekonomicznej, która mogłaby spowodować spadek popytu wewnętrznego na rynku polskim i unijnym. Stanęłyby inwestycje. To mogłoby zagrozić wszystkim polskim hutom, w tym także nam - mówi Marek Serafin, dyrektor zarządzający warszawskiej huty.
Huta Lucchini Warszawa realizuje własny program restrukturyzacji. Zakłada on skupienie się na produkcji stali specjalnych i jakościowych. Walka o to, aby być konkurencyjnym, wymaga ofiar. W ubiegłym roku huta całkowicie zaprzestała produkcji i sprzedaży prętów do zbrojenia betonu, a także wytwarzania produktów z walcowni zimnej taśmy. Likwidowane są niepotrzebne wydziały, wynajmowane są firmy zewnętrzne, ograniczane zatrudnienie. W Hucie Lucchini Warszawa, która zatrudnia obecnie około tysiąca osób, pod koniec roku zatrudnienie spadnie do 900 osób. ĘDocelowy stan zatrudnienia 800 osób ma zostać osiągnięty w 2006 roku. Podobne redukcje czekają inne huty. - Produktywność w polskim hutnictwie jeszcze jest prawie dwukrotnie niższa od średniej dla nowoczesnego hutnictwa w krajach Europy Zachodniej czy w Japonii. Czeka nas więc dalsze zmniejszenie zatrudnienia - twierdzi Romuald Talarek.

Górniczy optymizm
Według oficjalnych statystyk, strata netto górnictwa w 2003 r. sięgnęła prawie 4 mld zł. Operacja oddłużenia kopalni na sumę 18 mld zł nic nie dała. Wprawdzie po czterech miesiącach 2004 r. sektor jest na plusie (700 mln zł zysku), ale tylko dzięki wyjątkowo wysokim cenom węgla. Mimo to na koniec kwietnia 2004 roku łączne długi kopalni przekraczały 8 mld zł. Branża jest przestarzała, niedoinwestowana i zatrudnia za dużo górników. Największa w Europie firma w branży - Kompania Węglowa - miała w 2003 roku 687 mln zł straty przy przychodach rzędu 7,5 mld zł. Przedstawiciele kopalni nie tracą jednak dobrego humoru.
- Nasze wyniki się poprawiają. Już niedługo połowę wydobywanego w naszych kopalniach węgla będzie stanowił węgiel koksujący, którego ceny wzrosły w ostatnich miesiącach o 50 proc. - mówi Franciszek Niezgoda, wiceprezes Kompanii Węglowej.
Nie potrafił jednak jasno odpowiedzieć na pytanie, jak jego firma przygotowała się do konkurowania w warunkach wspólnego rynku. Optymizm Franciszka Niezgody wynika być może także z tego, że MSP przygotowuje kolejną dotację dla Kompanii - 200 mln zł w akcjach Orlenu i KGHM. Jednak w przyszłości o taką pomoc będzie coraz trudniej, bo od 1 maja rząd nie może udzielać pomocy bez zgody Komisji Europejskiej. A właśnie górnictwo było jednym z głównych beneficjantów takiego wsparcia. Polska zobowiązała się, że do 2007 roku znikną najbardziej deficytowe kopalnie, zatrudnienie zostanie zmniejszone ze 140 do 100 tys. osób.

Niepewne tekstylia
Przyszłość branży odzieżowo-tekstylnej jest bardzo niepewna. Przetrwają tylko najsilniejsi. Duża konkurencja ze strony zachodnich sieci może poważnie zagrozić rozdrobnionym producentom krajowym. Prawie 90 proc. podmiotów z tej branży nie zatrudnia więcej niż dziewięć osób. Jedyną szansą jest powstanie silnych grup producenckich działających pod wspólną marką i mających własną sieć sklepów. Trzeba się pogodzić z tym, że produkcja masowa pozostanie domeną Azjatów. Szansy upatrywać można we współpracy z firmami z najwyższej półki, produkującymi krótkie kolekcje. Na to zdecydował się jeden z największych polskich eksporterów - firma
Polcotex. Konieczna jest jednak modernizacja produkcji i dystrybucji, a na to potrzeba pieniędzy. Banki traktują zakłady odzieżowe jak klienta o dużym ryzyku. - Dostępność kredytu jest zerowa - mówi prezes firmy Polcotex Czesław Ślotała.
Na zagładę skazani są podwykonawcy. - Do tej pory wiele dużych firm zlecało podwykonawstwo mniejszym producentom. Jednak teraz, gdy siła finansowa przedsiębiorstw zlecających i wykonujących przerób uszlachetniający po wprowadzeniu 22-proc. VAT pogorszyła się, będą musiały ograniczyć działalność - uważa prezes Ślotała. Zagrożeniem dla rodzimych producentów stało się także przenoszenie produkcji na Wschód, gdzie koszty robocizny są niższe. Firma Polcotex już zaczęła realizację części zamówień na Ukrainie.
Dobrze radzą sobie jedynie firmy odzieżowe dysponujące własną siecią sprzedaży, jak LPP czy Redan. Własna sieć dystrybucji pozwala na dobry kontakt z klientem i szybką reakcję na zmieniające się potrzeby rynku. Małe, rodzinne firmy oferujące swoje produkty na bazarach mają małe szanse na rynku UE.

Będą wygrani i przegrani
W wyniku szybkiego wzrostu gospodarczego po przystąpieniu Hiszpanii i Portugalii do UE w 1986 r. znacznie zwiększyła się sprzedaż w większości sektorów. To się jednak w Polsce nie powtórzy.
Nasi eksperci zgadzają się w jednym: w perspektywie 3-5 lat będą sektory wygrane i przegrane. Jest ku temu kilka powodów. W tamtych krajach konkurencja na rynku po przystąpieniu do UE była stosunkowo słaba, w Polsce w większości sektorów utrzymuje się na poziomie równym średniej unijnej. Można się też spodziewać, że pewne branże będą poddawane intensywnej restrukturyzacji, nastąpią liczne fuzje i przejęcia, co oznacza zwolnienia w zakładach pracy i słabszą aktywność konsumentów.
Dlatego budownictwo, informatyka czy ochrona środowiska, które skorzystają z pieniędzy unijnych, będą w lepszej sytuacji niż firmy z branż, których byt zależy głównie od konsumentów.
Dziwić trochę może, że nawet prezesi firm z sektorów, które mogą spodziewać się kłopotów, wykazują spory optymizm. Należy ufać, że są świadomi wyzwań, które przed nimi stoją.

Czytaj także

 0