Jak wybrać, by wygrać

Jak wybrać, by wygrać

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeśli fundusz przez kilka lat uzyskuje wyniki ponadprzeciętne, to wcale nie oznacza, że jego zarządzający opanował sztukę zaglądania Panu Bogu w karty
Popyt na usługi Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych (TFI) rozwija się burzliwie od końca 2001 roku, czyli od czasu wprowadzenia podatku Belki. Podatek ten - zgodnie z zasadą niezamierzonych konsekwencji rządowych działań - nie przyniósł istotnych dochodów budżetowych, natomiast sprowokował wzrost zainteresowania oszczędzaniem w funduszach.
Funduszy jest już ponad 130, a na zgodę Komisji Papierów Wartościowych i Giełd czeka prawie setka zagranicznych. Aktywa zarządzane przez TFI zbliżyły się pod koniec lutego do 40 mld zł, wobec 198 mld zł bankowych depozytów gospodarstw domowych, co pokazuje że spokojnie można kreślić scenariusze "dalszego dynamicznego rozwoju".
Coraz więcej osób mających oszczędności zadaje sobie jednak pytanie o zasady wyboru właściwego funduszu. Na świecie po poradę można się zwracać do agencji ratingowych oceniających fundusze, takich jak np. Morningstar. W naszym kraju swe rankingi funduszy oferują platformy internetowe pośredniczące w sprzedaży jednostek (Expander, Fundi), portale finansowe (Bankier.pl) czy firmy sprzedające analizy rynku funduszy (Analizy.pl).
Rankingi te są oparte głównie na stopach zwrotu osiąganych przez fundusze w przeszłości. W naturalny sposób pozwala to na obiektywizację procesu oceny funduszy. Trzeba jednak zrobić pewnie zastrzeżenie. Otóż to, że jakiś fundusz przez kilka lat uzyskuje wyniki powyżej przeciętnej, nie musi wcale oznaczać, że jego zarządzający opanował trudną sztukę zaglądania Panu Bogu w karty. Załóżmy, że prawdopodobieństwo uzyskania przez zarządzającego wyniku lepszego niż przeciętny, jest równe prawdopodobieństwu uzyskania rezultatu gorszego. Wyobraźmy sobie teraz grupę 32 zarządzających. Należy oczekiwać, że po roku szesnastu z nich uzyska wyniki lepsze od rynku. W następnym roku połowa z tej szesnastki również powinna pokonać rynek. Po trzech latach należy się spodziewać czterech nieomylnych zarządzających, po upływie kolejnego roku dwóch i wreszcie po pięciu latach należy się liczyć z istnieniem jednej supergwiazdy, która swój status zawdzięcza jedynie czystemu przypadkowi (przykład ten zapożyczyłem od Nassima Nicholasa Taleba, autora książki Fooled By Randomness). Z pewnością jednak TFI, których fundusze znajdują się w czołówce większości kategorii, zasługują na życzliwą uwagę.
Jeśli traktujemy swe lokaty w funduszu jako krótkoterminowe (na okres kilku, kilkunastu miesięcy), to decydujące znaczenie ma wybór typu funduszu. Ogólne zasady są proste: w fundusz akcyjny inwestujemy w czasie najsłabszego tempa wzrostu gospodarczego (w dnie recesji). Kiedy dynamika ożywienia gospodarczego osiąga apogeum, przechodzimy na fundusz rynku pieniężnego. A z niego przeskakujemy na fundusz obligacji w momencie osiągnięcia cyklicznego maksimum przez wskaźniki inflacji. Stosując tę zasadę w obecnym cyklu, jednostki funduszu akcyjnego kupiliśmy w IV kw. 2001 r. W I kw. 2004 r. zrealizowaliśmy zysk przekraczający 60 proc., następnie bezpiecznie trzymaliśmy środki w funduszu rynku pieniężnego, by latem ubiegłego roku przenieść je do funduszu obligacji (ponad 10 proc. zysku od tamtej pory). Typowy tego typu cykl trwa 3-4 lata. Proste, prawda?
Jeśli jednak o oszczędzaniu myślimy w kategoriach długoterminowych, znaczenia nabierają inne czynniki. Jeszcze do niedawna na świecie popularne były mechaniczne formuły typu "odejmij swój wiek od 100, by określić, jaki procent swych oszczędności powinieneś trzymać w akcji; resztę ulokuj w obligacjach". Ta zasada jest jednak zbyt ogólna, jej zastosowanie ogranicza również to, że powstała w czasie silnej, 18-letniej hossy na rynku akcji w USA.
W krajach rozwiniętych swego rodzaju standardem stała się ocena prezentacji funduszu według jednego z wariantów marketingowej formuły 5 x p. "P" to philosophy (strategia inwestowania), process (proces podejmowania decyzji inwestycyjnych), people (zarządzający i analitycy), performance (wyniki funduszu) i price (prowizje). Niestety, na naszym - ciągle jeszcze raczkującym - rynku prośba skierowana do zarządzającego funduszem o sprecyzowanie jego strategii inwestowania i dokładnego procesu inwestycyjnego ciągle jeszcze może wywoływać zdziwienie i niepokój.
Jeśli chodzi o ludzi, niewątpliwie należy premiować zarządzających o możliwie długim stażu (najlepiej w tej samej instytucji) oraz TFI o dużym zapleczu analitycznym. Na pewno trzeba znać nazwisko zarządzającego funduszem, w którym ulokowaliśmy swe oszczędności, i w razie jego odejścia upewnić się, czy niesie to za sobą ryzyko pogorszenia wyników. Co do prowizji od wpłat i rocznej opłaty za zarządzanie, to - o ile nie jesteśmy absolutnie pewni jakości kupowanego towaru - banałem będzie stwierdzenie, że należy się starać, by były jak najniższe.