Jak Polacy walczą o język. „Powiedz jedno słowo, a powiem ci kim jesteś”

Jak Polacy walczą o język. „Powiedz jedno słowo, a powiem ci kim jesteś”

Dodano: 
Maciej Makselon
Maciej Makselon Źródło: Archiwum prywatne / Sandra Jachimiak
„Ministra”, „w Ukrainie”, „fala uchodźców” – w spolaryzowanej rzeczywistości wystarczy jedno słowo, by zostać przypisanym do konkretnego obozu. Dziś język nie tylko opisuje świat, ale coraz częściej staje się narzędziem walki politycznej i ideologicznej. – Na poziomie językowym zaczyna to przypominać porachunki kibicowskie – mówi Maciej Makselon, polonista, redaktor i popularyzator wiedzy o języku polskim.

Marta Byczkowska-Nowak: Co dziś bardziej triggeruje Polaków: podatki czy słowo „ministra”?

Maciej Makselon: Trudne się wylosowało, oj trudne. Żeby było jasne: mnie również „ministra” nie bardzo się podoba, choć zapewne z nieco innych powodów – językowych, słowotwórczych. Chętniej sięgałbym po „ministerkę”. A wracając już do samego pytania, które pewnie ma drugie dno: tak, też mam wrażenie, że bardzo lubimy szukać się w języku elementów, o które można toczyć spory. Albo tych elementów, których moglibyśmy bronić. A przed czym? To jest mniejszy problem. Jakiegoś wroga zawsze można wymyślić.

Dlaczego język tak nam podnosi ciśnienie? Bo robi to, prawda? W mediach, w social mediach i w sklepie spożywczym widać, jak wielką jest przestrzenią konfliktu. Z czego to wynika?

Język jest nośnikiem idei politycznych i światopoglądowych. Jest areną, na której te poglądy się ścierają, nawet jeżeli nie mamy do czynienia z realną manifestacją poglądów. Zauważ proszę, że jeśli w przestrzeni publicznej użyję słowa „ministra” lub – jak wolałbym – „ministerka”, to najprawdopodobniej zostanie to odczytane jako deklaracja ideologiczna. Sam wybór formy stanie się – jak zgrabnie ujęła to Martyna Zachorska – markerem przynależności politycznej. A to od razu „zachęca” do walki.

A ponieważ jesteśmy dziś skrajnie spolaryzowani i funkcjonujemy w trybie plemiennym, natychmiast pojawia się potrzeba udowodnienia drugiemu plemieniu, tym „innym”, „obcym”, że się mylą. Taki marker traktujemy jak barwy wojenne. Jeśli ktoś się nimi posługuje, odbieramy to jako zaproszenie do ataku. Na poziomie językowym zaczyna to przypominać porachunki kibicowskie – wystarczy, że ktoś nosi szalik innej drużyny. Tym „szalikiem” może być właśnie słowo „ministra”, a po drugiej stronie odpowiedzią bywa np. odwołanie do „patriotyzmu”. Taka polaryzacja była oczywiście obecna wcześniej w historii, ale chyba nigdy dotąd tak mocno, jak dziś. A w moim przypadku użycie „ministerki” nie miałoby podłoża ideologicznego. Ja sięgnąłbym po nią, bo forma „minister powiedziała” drażni mój polonistyczny przełyk. Lubię, gdy polskie zdania układają mi się w gębie zgodnie z naturą polszczyzny. Tj. na przykład rzeczowniki się odmieniają. A ten „minister” w odniesieniu do kobiety zostaje ograniczony deklinacyjnie, co jest niezgodne z naturą języka fleksyjnego, a takim językiem przecież jest język polski. Ale najczęściej ta intencja nie ma znaczenia, jest niewidoczna. Przysłaniają nam ją plemienne barwy.

Druga sprawa to potrzeba poczucia się potrzebnym polszczyźnie. Wszyscy chcemy się czuć potrzebni, problem w tym, że – wbrew temu, co się nam wydaje – często tej polszczyzny wcale tak dobrze nie znamy.

Źródło: Wprost