Najgłośniejszym tematem politycznym na przełomie pierwszej i drugiej połowy czerwca jest ten, który dotyczy młodego lekarza – Dawida Kacprzyka – i Warszawskiego Szpitala Południowego. Były radny dzielnicy Ursus (zrezygnował z mandatu) i były członek Koalicji Obywatelskiej do niedawna pełnił funkcję kierownika Samodzielnego Oddziału Ratunkowego w placówce.
Jednak został zwolniony – o czym WSP poinformował wczoraj (w środę – 17 czerwca). Jego postać trafiła na języki, gdy dziennikarze prześwietlili oświadczenie majątkowe Kacprzyka, z którego wynikało, iż w 2025 r. zarobił blisko 1,6 mln zł (jest zatrudniony w paru szpitalach) i jeździ luksusowym samochodem. To jednak nie wszystko, bowiem portal Zero ujawnił, iż w stołecznym szpitalu zorganizowano osobną ścieżkę przyjęć dla działaczy Koalicji Obywatelskiej i ich rodzin. Utworzono coś w rodzaju „salonika VIP” – poczekalni dla „bardzo ważnych osób”, która znacząco różniła się od tej, w jakiej godzinami na badania oczekiwać musieli pacjenci, przyjmowali w normalnym trybie (w przeciwieństwie do VIP-ów, którzy diagnozy otrzymywali po nawet kilkunastu minutach).
Złośliwi internauci zadawali pytania byłemu ministrowi edukacji narodowej. Czy korzystał kiedyś z salonika VIP? Tak postanowił on wykorzystać sytuację.
Warszawski Szpital Południowy. Roman Giertych korzystał z salonika dla VIP-ów? „Pozdrawiam pisowców”
„Muszę się przyznać, że korzystałem z saloniku VIP w warszawskim szpitalu i przeprowadziłem tam pełne badania poza kolejnością. Poniżej moje oświadczenie, w którym na końcu chciałem wyrazić swoje ubolewanie” – zaczął.
Poseł KO wskazał, że w placówce miał być rzekomo „w dniu 15 października 2020 roku”. „Poza kolejnością otrzymałem szereg badań lekarskich, w tym niektóre bardzo specjalistyczne. Mieszkałem w jednoosobowej sali z pełną ochroną, która chroniła mnie przed kontaktem z innymi pacjentami. W trakcie gdy przebywałem w szpitalu odwiedzali mnie przedstawiciele zawodów prawniczych, którzy starali się mnie zabawiać, ale nie wszystko pamiętam, bo źle się czułem. Koszt mego pobytu i badań z pewnością przekroczył kilkadziesiąt tysięcy złotych, albowiem Państwo w trosce o mnie chciało sprawdzić, czy nie zostałem otruty i badało moją krew na wszelkie możliwe chemikalia i narkotyki (nic nie znaleziono)” – napisał. Stwierdził, że badania, które przeszedł, były „najprawdopodobniej najdokładniejszymi w jego życiu i dzięki temu, przez pewien czas, mógł uniknąć później prywatnych badań”.
W końcu przeszedł do meritum – wszystko, co wcześniej napisał, było tak naprawdę żartem. „Podaję pełne nazwisko osób odpowiedzialnych za tak ponadstandardowe potraktowanie mnie przez władze szpitala i Państwo: Zbigniew Ziobro [były minister sprawiedliwości, wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości – przyp. red.], Mariusz Kamiński [były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego – red.] i Jarosław Kaczyński [przewodniczący PiS – red.]. Dodam, że za ten pobyt Państwo zapłaciło mi 35 tys. PLN. Tak bowiem orzekł sąd w wyroku po tym jak stwierdzono nielegalność mojego zatrzymania. Nigdy wcześniej ani później nie nocowałem w żadnym z warszawskich szpitali” – podkreślił.
Gdy już wszystko stało się jasne, Giertych „pozdrowił pisowców”. „Tych wszystkich, którzy na początku mego oświadczenia odczuwali chwilę triumfu. Przykro mi z powodu waszego zawodu” – zakończył wpis opublikowany w czwartek (18 czerwca).
90 mln PLN, akcja CBA i wygrana w sądzie
Co miał na myśli?
Warto przypomnieć, że sześć lat temu, w połowie października, parlamentarzysta KO (były szef MEN), został zatrzymany na schodach Sądu Okręgowego w Warszawie (czynności prowadzili wówczas funkcjonariusze CBA, którzy włożyli mu kajdanki). Prokuratura zarzucała Giertychowi, iż wyprowadził pieniądze ze spółki giełdowej (mowa o kwocie 90 mln zł).
Poseł wygrał w sądzie – został uznany za pokrzywdzonego, stwierdzono, że doszło do niesłusznego zatrzymania.
Czytaj też:
Audyt w Szpitalu Południowym. Lekarz zwrócił 500 tys. zł Czytaj też:
Ziobro grzmi po aferze w Szpitalu Południowym. „Urządzili VIP room dla peowców”
