Autor: Wojciech Wyszomierski
Kiełbasa z Hiszpanii, herbata z Polski i piwo z Czech brzmią jak codzienna lista zakupów. Bez problemu można skompletować ją w większości marketów w Królewcu. Po nich spacer albo relaks w eleganckim spa. Raz na jakiś czas należy tylko odwrócić głowę, żeby nie patrzeć po raz kolejny na plakaty zachęcające do udziału w wojnie, które psują obraz czystego i sielankowego miasta.
Jednak zanim to nastąpi, trzeba jakoś się tam dostać. Na turystę czekają na granicy funkcjonariusze FSB, którzy w zależności od humoru mogą chcieć obejrzeć galerię w telefonie, przeczytać prywatne rozmowy albo zadać liczbę pytań wystarczającą do napisania czyjejś biografii, przy czym odmowa jest tożsama z wydaleniem z kraju.
W piątym roku trzydniowej specjalnej operacji wojskowej udałem się do Królewca, aby na własne oczy zobaczyć, jak wygląda życie w rosyjskiej enklawie otoczonej Unią Europejską.
Turystyka po rosyjsku
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
