Sygnatariusze artykułu wzywają Europę, by poparła Stany Zjednoczone i ostrzegają, że może być poderwana wiarygodność Rady Bezpieczeństwa, której członkiem są obecnie Niemcy.
Europa i Stany Zjednoczone są połączone więzami wspólnych wartości takich jak demokracja, wolność osobista oraz prawa człowieka. "Stosunki między nami, Europejczykami, i Stanami Zjednoczonymi wytrzymały próbę czasu... i nie powinny paść ofiarą uporczywych prób obecnego reżimu irackiego stwarzania zagrożenia dla bezpieczeństwa światowego", czytamy w liście.
"W dzisiejszym świecie, bardziej niż kiedykolwiek przedtem, kluczową kwestią jest to, abyśmy zachowali tę jedność i spójność. Wiemy, że sukces w prowadzonej dzień po dniu walce z terroryzmem i rozprzestrzenianiem broni masowego rażenia wymaga nieugiętej determinacji i zdecydowanej spójności międzynarodowej ze strony wszystkich tych krajów, dla których wolność jest wartością najwyższą".
Idea wspólnego listu wyszła od premiera Hiszpanii Jose Marii Aznara.
"To jest rozłam, ponieważ list stanowi pisemny dowód na to, że NATO i Unia Europejska są w zasadniczej sprawie wojny i pokoju podzielone. Państwa oraz szefowie ich rządów, którzy podpisali list, właściwie skorzystali jedynie z prawa, które wcześniej wykorzystali Francuzi i Niemcy, kiedy zebrali się i pokazali, że tworzą wspólny front. To, co teraz zrobili sygnatariusze listu, jest kolejnym krokiem - reakcją na działania Niemców i Francuzów" - uznał Broessler.
Zdaniem niemieckiego dziennikarza, Europa znalazła się w "poważnym kryzysie", który może mieć bardzo negatywne następstwa. "Europejskie plany, aby UE stała się także ważącym czynnikiem militarnym, zostały tym samym sprowadzone do absurdu. Europa wykazała w sposób robiący mocne wrażenie, że nie jest w stanie przemawiać jednym głosem".
Udział Polski, Czech i Węgier w tej inicjatywie umocni panującą w Niemczech opinię, że trzy nowe kraje NATO są "wasalami USA". Postępowanie Warszawy, Pragi i Budapesztu nie jest jednak zabiegiem taktycznym - uważa Broessler. - Odpowiada natomiast panującym w tych krajach przekonaniach, opierających się na wnioskach z historii. "Oczekiwanie, że w takiej sytuacji Polska czy Czechy poprą stanowisko Niemiec i Francji, jest absurdem".
Niemiecki rząd nie zmieni - zdaniem dziennikarza - swego stanowiska, szczególnie przed niedzielnymi wyborami krajowymi w Hesji i Dolnej Saksonii. Nie powinno to jednak wpłynąć na bilateralne stosunki między Berlinem i Warszawą. "Niemcy mają obecnie kłopoty w kontaktach z wieloma partnerami - obecny kryzys nie jest problemem polsko-niemieckim" - uznał Broessler.
List nie jest "dobrym sygnałem, jeśli chodzi o stan Europy. Ale to nie jest zarzut do autorów listu, gdyż w jakimś sensie jest on odpowiedzią na wcześniejsze kroki poczynione przez Niemcy i Francję. Tamto była akcja, teraz nastąpiła reakcja. (...) Boję się, że to jest podział, który będzie miał długotrwałe skutki" - ocenia dyrektor Centrum Stosunków Międzynarodowych Janusz Reiter.
Odpowiedzialnością za tę sytuację Reiter obarcza przede wszystkim Niemcy i Francję, gdyż "nie oglądając się na sąsiadów w Europie, zajęły własne stanowisko, z którym trudno było się wielu innym Europejczykom pogodzić".
"Jeżeli uda się jakoś tę szczelinę zakleić, to tylko tymczasowo. Jest to porażka dla wszystkich, którzy chcieli Europy zintegrowanej, zdolnej do prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej. (...) Największym przegranym są Niemcy, które za chwilę mogą się stać politycznie osamotnione. (...) Nie jest pewne, czy Francja pozostanie przy tym wspólnym stanowisku z Niemcami. Jeżeli tak by się stało, to byłoby to groźne także dla Europy. Trzeba zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić" - zaznaczył Reiter.
Biały Dom oświadczył tymczasem, że prezydent USA George W. Bush jest zadowolony z opublikowanego w czwartek listu solidarności ze Stanami Zjednoczonymi. List podpisali przywódcy ośmiu krajów Europy, w tym premier Leszek Miller.
"Prezydent chciałby wyrazić swoją wdzięczność ośmiu europejskim przywódcom, którzy wyrazili poparcie dla polityki Stanów Zjednoczonych. Prezydent jest dumny z poparcia tak ważnych przywódców" - oświadczył rzecznik Białego Domu Ari Fleischer.
em, pap