Wieśniacy 2.0

Wieśniacy 2.0

Po raz pierwszy od wojny Polacy częściej wynoszą się z miasta na wieś niż odwrotnie. Dla wielu kontakt z naturą staje się ważniejszy niż kariera w korporacji.

Głównym wiejskim zajęciem Daniela Bednarka jest pszczelarstwo. Razem z żoną Agatą są absolwentami warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Fachowcy od grafiki komputerowej i projektowania stron zostawili Warszawę i zamieszkali w Krasnowie na Sejneńszczyźnie. – Teraz, jak na drzewach są liście, aż po horyzont nie widzimy żadnego innego domu – mówią. Niedawno do ich okolicy sprowadziły się dwie kolejne wielkomiejskie pary – z Warszawy i Trójmiasta. Kiedy ludzie tu mają ochotę z sobą się spotkać, nie idą do klubu czy knajpki, jak w stolicy. – Umawiamy się w domach albo chodzimy po saunach. Tu kilka osób ma sauny. To świetny sposób na spędzanie czasu, szczególnie zimą – opowiada Daniel.

Oni jednak na co dzień wolą własne towarzystwo. Urok tej okolicy na tym właśnie polega. Sąsiadów ma się na dystans. Kiedy przeprowadzali się do Krasnowa, najpierw przeżyli najazd warszawskich znajomych – każdy odwiedzał, przyjeżdżał, chciał zobaczyć, jak mieszkają. Dopiero potem przyszedł czas na poznanie swoich sąsiadów, nawiązanie bliższych znajomości. Wiejskiego życia uczyli się od podstaw. Pszczoły, z których są dziś tak dumni, to była zupełnie spontaniczna decyzja. – Po prostu mnie to fascynowało. Kupiłem więc dwie pszczele rodziny i zacząłem się uczyć – mówi. Dziś Daniel i Agata produkują typowy dla regionu miód z Sejneńszczyzny/ Łoździejszczyzny (to nazwa oficjalna). Kiedy starano się o wpisanie go na listę produktów regionalnych, Daniel osobiście udzielał się przy załatwianiu formalności, projektował etykietę. On i Agata nie utracili kontaktu z cywilizacją – dzięki internetowi mogą wykonywać swój wyuczony zawód z dowolnego miejsca na Ziemi.

Mieszczuch tęskni do natury

Z podobnego założenia wychodzi coraz więcej tzw. nowych mieszkańców wsi. Ostatni spis powszechny ujawnił, że po raz pierwszy od wojny więcej ludzi przeprowadza się z miasta do wsi niż odwrotnie. W sumie liczba mieszkańców wsi wzrosła o 2 proc. Niby niewiele, ale pokazuje zupełnie nowy trend, którego nikt się nie spodziewał. Kiedy w ubiegłym roku CBOS postanowił wziąć pod lupę polskich wieśniaków, okazało się, że niemal co 12. pochodzi z miasta. – Ten wynik był dla socjologów zaskoczeniem – przyznaje prof. Marek Szczepański, socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Przecież żyjemy w dobie urbanizacji, panowało przekonanie, że ze wsi należy się wyrwać do wielkiego miasta. A tu nagle się okazało, że jest odwrotnie – mówi.

Z licznych badań, jakie są prowadzone pod jego opieką, wynika jednak, że tych miastowych wieśniaków nie da się wrzucić do jednego worka. Powody, dla których rzucają wielkomiejski hałas, są bardzo różne. Jedni, tak jak małżeństwo Bednarków, uważają, że w erze internetu mogą połączyć pracę w „miejskim” zawodzie z bliskością natury. Drudzy to wyznawcy ekologicznego trybu życia. – Chcą uciec od szarpaniny, zgiełku. Potrzeba im do szczęścia wody czystej i trawy zielonej – mówi prof. Szczepański. Są jeszcze tacy, którzy w nowym miejscu chcą po prostu zacząć wszystko od nowa. – To często ludzie, którym rozpadły się związki albo zmarł ktoś bliski. Przeprowadzka na wieś oznacza zmianę otoczenia na takie, gdzie nic nie będzie przypominało dawnego życia – tłumaczy.

Dla wielu mieszczuchów, którzy chcą rozpocząć nowe życie w jakimś spokojnym zakątku, ikoną jest Lawendowa Asia, czyli Joanna Posoch z Nowego Kawkowa na Warmii. Kiedyś zestresowana brokerka, dziś słynie z gospodarstwa agroturystycznego i plantacji lawendy. Potrafi postawić gliniany piec i zrobić własnoręcznie krem do twarzy z naturalnych produktów. Właśnie wydała książkę „Lawendowe pole, czyli jak opuścić miasto na dobre”, a na Facebooku założyła stronę „Jak zostać wieśniakiem”. Daje szczegółowe instrukcje, jak rozpalić w piecu ogień, tłumaczy, dlaczego warto mieć kilka solidnych brzozowych mioteł, krok po kroku instruuje, jak zbudować drewniany budynek gospodarczy. I przestrzega, aby dziesięć razy pomyśleć, zanim rzucimy się do zmian w naszej nowej wiejskiej przestrzeni. Bo na przykład lipa, którą chcemy wyciąć, może się za chwilę okazać wymarzonym miejscem na domek do zabawy dla dzieci.

Joanna oswaja słowo „wieśniak”. W języku polskim raczej kojarzone pejoratywnie, to określenie kogoś niezbyt rozgarniętego, nieobytego, grubiańskiego. – Jeśli jest coś takiego jak moda na wieś, to ja się bardzo z tego cieszę – mówi. – Po wojnie polska wieś postanowiła źle się kojarzyć. Teraz to powoli się zmienia. Nawet w postrzeganiu tej wsi przez ludzi, którzy tam mieszkają od urodzenia. Kiedy przyjeżdża ktoś z miasta i zachwyca się tym miejscem, oni sami zaczynają wierzyć, że jest naprawdę wartościowe – mówi.

Joanna Posoch śmieje się na wspomnienie tego, jak uczyła się funkcjonowania w nowej przestrzeni. – Kiedy przyjechałam, w jedwabnej sukience pobiegłam na łąkę. Sukienka była do wyrzucenia, tak się pozaciągała – opowiada. Dziś już umie tu funkcjonować, zresztą teraz nie wyobraża sobie innego życia. Rozpoczynania dnia inaczej niż z kubkiem ulubionej kawy na ławeczce przed domem. Ma pełne ręce roboty, ale nie ma jej dosyć, tak jak pracy warszawskiej. Niebawem w Nowym Kawkowie ruszy Lawendowe Muzeum Żywe, gdzie będą się odbywały warsztaty suszenia kwiatów, robienia wonnych olejków, a wszystko będzie się toczyło wokół lawendy.

Nowi kontra starzy

Nowa polska wieś zasiedlana przez miastowych to jednak nie tylko odludne osady na wschodniej ścianie Polski. To także wsie położone w pobliżu wielkich miast. Ucieczka na taką bliską wieś jest mniej radykalnym krokiem, bo przecież miasto jest pod ręką. Na wszelki wypadek. Takim przykładem jest Chrząstawa Mała pod Wrocławiem. Stąd do centrum stolicy Dolnego Śląska jest zaledwie 25 km. Problem miastowych został nawet poruszony na wiejskim forum internetowym. „Potrafi takiemu lalusiowi czy jego żoneczce przeszkadzać, że koguty pieją albo że sąsiad świnie hoduje i zapachy są nieprzyjemne. […] Zastanawia mnie, po co się tutaj sprowadzali. Wiedzieli, że to wieś z gospodarzami. Jak im się nie podoba, to powinni wracać, skąd przyszli” – pisze jeden z mieszkańców, któremu towarzystwo przyjezdnych nie do końca odpowiada. Inny internauta dorzuca: „Wystarczy spojrzeć na festyn, mamy miastowe trzymały się raczej z daleko od mam tutejszych. To przykre... To, że ktoś nie skończył studiów czy nawet nie ma matury, nie znaczy, że nie można z nim pogadać”.

Sołtys Chrząstawy Małej Stanisław Pawlik mieszka tu od urodzenia. Na własne oczy widzi, jak zmienia się jego wioska. – Wcześniej było tu ledwie 600 mieszkańców. Teraz jest ok. 1000 – mówi. Zauważył na przykład, że miastowi dziwią się zawsze na początku, że tu każdy każdemu mówi „dzień dobry”. Nowych dzieli na dwie kategorie: tych, którzy w Chrząstawie tylko nocują i niekoniecznie chcą mieć cokolwiek wspólnego z rodowitymi mieszkańcami, i tych, którzy angażują się w życie społeczności. – Jedna osoba z nowego osiedla jest już nawet w radzie sołeckiej, a kiedy ostatnio montowaliśmy w czynie społecznym plac grillowy, to nowi też przyszli pomagać – podkreśla.

Joanna Posoch zaznacza, że wpisanie się w społeczność lokalną nie dzieje się od razu. Na wsi życie toczy się innym rytmem, obowiązuje odrębny system wartości. Tu na przykład człowiek z czarną ziemią za paznokciami nie będzie uważany za brudasa. Bo przecież ziemia to nie brud. Lawendowa Asia wspomina, że na początku miejscowi o takich jak ona mówili „alianci”. Ale kiedy wielu „aliantom” porodziły się dzieci, sytuacja się zmieniła. Dzieci przyjezdnych są już stąd. Bawią się z dziećmi tych, co mieszkali tu wcześniej. I nie czują się gorsi od rodziny, która została w mieście. ■

Okładka tygodnika WPROST: 21/2014
Więcej możesz przeczytać w 21/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0