Zwierzę też człowiek

Zwierzę też człowiek

Jak daleko można pójść w uczłowieczaniu zwierząt? Dyskusje Polaków wokół wpisu Justyny Kowalczyk o „stracie Dzieciątka” pokazują, że granicy w zasadzie nie ma.

Zdjęcie jakichś wydruków, przytulonego do dłoni szczeniaka i podpis: „Okropny dzień. Rok temu straciłam moje Dzieciątko. Dziś Marian, doktorat, olimpijskie złoto. Czas nie leczy ran...”. W ciągu kilku dni ten facebookowy wpis Justyny Kowalczyk skomentowało ponad tysiąc osób. Początkowo wszyscy uznali, że mistrzyni poroniła. Później serwisy plotkarskie, podobnie jak część fanów, orzekły, że miała na myśli śmierć psa. Czy rzeczywiście? Kowalczyk na moje pytanie w tej kwestii odpowiada lakonicznie: „W sprawie zwierzątek jestem nowicjuszką. Maltańczyk Marian jest moim pierwszym i poznałam Go cztery dni temu”. To wyjaśnienie jeszcze bardziej zaciemnia sprawę. Niezależnie od tego, jak z kontrowersyjnym wpisem jest naprawdę, dyskusja, którą wywołał, pokazuje, że w sprawie zwierząt Polacy są podzieleni. Z jednej strony są osoby, które swoje psy i koty nazywają synkami i córeczkami, a z drugiej ci, którzy uważają, że to przesada, wręcz profanacja macierzyństwa.

Mam psa, więc jestem

Hinata Chan Janka w internecie pisze: „Moje psy zawsze były członkiem rodziny i w pełni rozumiem smutek pani Justyny. Rozumiem też, dlaczego nazwała swojego ZMARŁEGO psa dzieckiem”. Gosia Krycha A: „Bardzo współczuję straty zwierzaka. Dla mnie moje kociaki też są najważniejsze”. Prunus Serotina: „Znam ten ból, do tej pory nie mogę się otrząsnąć po stracie Pimpka”. Grażyna Buczyńska: „Jakiś czas temu straciłam mojego ukochanego Taysonka rasy amstaf. Teraz leży na cmentarzu dla zwierząt, mogę Go odwiedzać i z nim pogadać, chociaż są ludzie, którzy pukają się w czoło. Ale myślę, że to są ludzie bez serca”. Dawid Malinowski: „Niedawno straciłem sunię, na którą mówiłem córa, i nikt ani nic tego nie zmieni”. Takich komentarzy są setki. Bycie opiekunem psa stało się ważnym elementem tożsamości wielu osób – twierdzą socjolog dr Michał Piotr Pęgowski i badaczka kultury dr Justyna Włodarczyk. Ukazała się właśnie książka „Pies też człowiek? Relacje psów i ludzi we współczesnej Polsce” pod ich redakcją. Za cezurę zmian kulturowych i społecznych w tej dziedzinie przyjmują rok 1989. Dziś psiarze i kociarze nie widzą nic niestosownego w traktowaniu swoich zwierząt jak dzieci. Kiedy spotykają się z krytyką, bronią się, mówiąc, że przecież nikogo nie krzywdzą i nikt nie ma prawa oceniać ich uczuć. Trend wyraźnie widać zwłaszcza w dużych miastach, gdzie nikogo już nie dziwią restauracje, do których można wejść z psem, a nawet takie, w których prócz ludzkiego jest także psie menu. W krajobraz Polski na stałe wpisały się salony psiej piękności. Media chętnie informują o psach i kotach celebrytów czy polityków. Cała Polska przeżywała śmierć kota Jarosława Kaczyńskiego, a potem żywo komentowała przygarnięcie przez niego nowej kotki. Kiedy wybierany jest nowy prezydent, tak jak w USA, natychmiast się dowiadujemy, jakie zwierzęta posiada.

„Gender to pryszcz”

Psycholożka Aleksandra Sarna z katowickiej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej od małego wychowywała się z psami. Mimo to nie ma wątpliwości: jeśli ktoś uważa, że pies jest jego dzieckiem, to prawdopodobnie ma z sobą poważny problem. – Różne są tego przyczyny – mówi. – Dla części osób, które nie mogą mieć własnego potomstwa, pies staje się dzieckiem zastępczym. Ale dużo osób angażuje się w miłość do psa z powodu lęku przed angażowaniem się w relację z człowiekiem – uważa. I nazywa taką sytuację „relacją dla leniuchów”. – Pies nie odtrąci. Możemy mu od pierwszej chwili okazać pełną miłość bez obawy, że zostanie to źle odebrane, bez starań i całej otoczki z tym związanej, które towarzyszą budowaniu więzi z drugim człowiekiem. Psa nie pytamy, czy czegoś chce. Mamy ochotę okazać mu swoją miłość poprzez kupno nowego ubranka, które nam się podoba? Po prostu robimy to! A z człowiekiem tak się nie da – mówi Aleksandra Sarna. Efektem takiej szczególnej więzi z psem są cmentarze dla zwierząt. – To nic innego jak przedłużanie tej relacji. Właśnie w taki ludzki sposób – mówi. Najbardziej znanym i najstarszym w Polsce tego typu miejscem jest cmentarz Psi Los w Koniku Nowym pod Warszawą założony w 1991 r. – Na początku były góra dwa pochówki miesięcznie. Teraz kilkadziesiąt – mówi Witold Wojda, właściciel Psiego Losu. On sam pamięta jeszcze czasy, kiedy częste było porzucanie martwych zwierząt w lasach czy krzakach przy drodze, nawet bez ich zakopywania. – Teraz to się już raczej nie zdarza. Bardzo dużo się zmieniło w naszej mentalności – mówi.

– W dużych miastach jest wręcz moda na posiadanie psa, szczególnie takiego ze schroniska – mówi Anna Barcz z Instytutu Badań Literackich PAN, współorganizatorka niedawnej konferencji „Zwierzęta i ich ludzie. Zmierzch antropocentrycznego paradygmatu?”. Zjawisko traktowania psów i kotów niczym dzieci nazywa alternatywnym myśleniem o rodzinie. – Nie chcę oceniać, czy jest to dobre, czy złe. Faktem jest, że zwierzę może być ogromnie ważne, szczególnie dla osób samotnych. To pies staje się impulsem, żeby wyjść z domu, żeby coś zrobić, spotkać się z innymi ludźmi. Posiadanie psa czy kota jako ekwiwalentu dziecka jest też dość częste w związkach homoseksualnych, w których pary osób jednej płci nie zawsze mają szansę na wspólne wychowywanie dziecka – mówi. Jednak kiedy na początku roku PAN ogłosił tytuł konferencji, na organizatorów posypały się gromy ze strony środowisk konserwatywnych i katolickich, a Fronda straszyła, że przy animal studies „gender to pryszcz”.

Pies zdycha, pies umiera

Jolanta Antas, profesor na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i autorka książki „Rozmowy z psem, czyli komunikacja międzygatunkowa”, nie kryje, że uczłowieczanie zwierząt ją denerwuje. Zwraca jednak uwagę, że problem jest złożony. – W Polsce mamy dwie skrajności. Z jednej strony wiejską wizję psa, który jest tam „gadziną” i ma spełniać funkcję służalczą. I z drugiej strony tę związaną z antropomorfizacją, której efektem jest nadawanie psom godności na styl ludzki, okrzyknięcie ich synkami i córusiami, wystrojenie w ubranka, pomalowanie pazurków i tym podobne idiotyzmy. Jestem językoznawcą i wiem, że ludzie kochający psy muszą się jakoś językowo wyrazić. Jeśli ich język każe im mówić, że „ich pies zdechł”, a czują żałość i rozpacz po śmierci psiego przyjaciela, to pragną to jakoś wysłowić. Dlatego powiedzą: „Odszedł mój ukochany synek” – tłumaczy. Profesor Antas dodaje, że na przykład jej sąsiadka nazywa swojego golden retrievera „psim synkiem”. – Podkreślam słowo „psim”. Takie określenie mnie już nie razi. Dla mnie pies to przyjaciel, ale, mimo wszystko, przyjaciel innego gatunku.

Psycholożka Anita Janeczek-Romanowska, matka rocznej córeczki i opiekunka psa, uważa, że nadmierne uczłowieczanie zwierzęcia jest ryzykowne. – Nie ma tragedii w tym, że ktoś mówi o sobie „psia mamusia”. Problem zaczyna się, kiedy to mamusiowanie idzie dalej. Pies jest wiecznie na rękach, ma mnóstwo gadżetów, jest rozpieszczany do granic i w konsekwencji zagubiony, a często wręcz nieszczęśliwy. Podobnie jak w sytuacji, gdy np. jakaś para decyduje się na czworonoga jako próbę przed dzieckiem albo wręcz zamiast – mówi. Przyznaje, że zamieszanie wokół wpisu Justyny Kowalczyk wywołało w niej huśtawkę emocji. – W pierwszym momencie pomyślałam, że autorka wpisu jest mi bardzo bliska. Sama straciłam dziecko, wiem, jaki to ból. Tym bardziej uderzyła mnie informacja, że może chodzić o zwierzę. Czym innym jest nazywanie go dla żartów dzieckiem, a czym innym pisanie o jego odejściu tak jak o stracie człowieka. To drugie jest sytuacją na tyle skrajną, że nikt, kto jej doświadczył, nie byłby w stanie porównać jej do czegokolwiek – mówi.

Ludzie, którzy na co dzień zajmują się szkoleniem zwierząt, przekonują, że z patologicznie bliskiej relacji człowiek – pies zazwyczaj nic dobrego nie wynika. Ani dla ludzi, ani dla zwierzaka. Piotr Awencki z warszawskiego Centrum Edukacji Kynologicznej „Zuzik” nieraz spotyka się z ludźmi, dla których psy są jak dzieci. Uważa, że paradoksalnie, chcąc dobrze, robią oni swoim zwierzętom wielką krzywdę. – Rozpieszczają je, co skutkuje konfliktami z otoczeniem. Rozpuszczony czworonóg zazwyczaj jest szczekliwy, często agresywny. Bywa, że także do swoich opiekunów – wylicza. Bo jak we wszystkim, także w tej dziedzinie trzeba zachować zdrowy rozsądek. I nie zapominać, że pies nie potrzebuje rodzica, ale odpowiedzialnego właściciela, który zaspokoi jego potrzeby. Tylko tyle i aż tyle. ■

Okładka tygodnika WPROST: 22/2014
Więcej możesz przeczytać w 22/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0