Śmiertelne błędy bez kary

Śmiertelne błędy bez kary

Zdarza im się pomylić białaczkę z ząbkowaniem, a nowotwór złośliwy z anemią. Śmieją się z przerażonych rodziców. Wskutek błędów pediatrów umierają dzieci.

Bolek niedawno skończył rok. Tego dnia wstał osowiały. Nie chciał jeść, mazał się. Pierwsza wizyta u pediatry – rozpoznanie ząbkowania. Błahostka. Lekarz na wszelki wypadek wypisuje skierowanie do szpitala. Rodzice są podejrzliwi, więc jadą do Uniwersyteckiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Białymstoku. Tam lekarz uspokaja – nie ma powodów do hospitalizacji. Dwa dni później Bolek przelewa się przez ręce, gorączkuje. Znowu pediatra, znów szpital. Dziecko nie może ruszać ręką. Lekarze pakują rękę w gips i odsyłają rodzinę do domu. Nie badają chłopca, nie zlecają nawet morfologii, choć rodzice nalegają. W końcu badania krwi wykonują w prywatnej klinice. Wynik jak wyrok – ostra białaczka szpikowa, niedowład ręki jest wynikiem udaru krwotocznego. Pędzą do szpitala. Lekarz na izbie przyjęć działa opieszale, choć chłopcu już sinieją usta. Ojcu Bolka puszczają nerwy – przeklina, krzyczy. Na to lekarz wzywa policję. Inny zajmuje się dzieckiem, ale jest za późno. Mózg Bolka już nie pracuje. Chłopiec jest w śpiączce, dwa tygodnie później umiera.

CHAOS I NIECHLUJSTWO

To stało się dwa lata temu, ale dopiero w zeszłym tygodniu do sądu trafił akt oskarżenia wobec dwójki lekarzy, którym Prokuratura Okręgowa w Białymstoku zarzuca nieumyślne narażenie życia dziecka wskutek zaniechania działań zmierzających do rozpoznania choroby, a następnie jej leczenia. Lekarzom grozi kara pozbawienia wolności do roku.

W Polsce nikt nie prowadzi statystyk niepożądanych zdarzeń medycznych czy błędów w sztuce lekarskiej. Nie wiadomo, ilu pacjentów padło ofiarą lekarskiej pomyłki lub zaniechania. Wiadomo tylko, że do rzecznika praw pacjenta w zeszłym roku trafiło 200 skarg (w tym zaledwie 12 dotyczyło pacjentów małoletnich. Według Ministerstwa Sprawiedliwości w latach 2011-2013 do sądów rejonowych i okręgowych wpłynęło 2800 spraw cywilnych o odszkodowania za szkody wyrządzone przez podmiot udzielający świadczeń zdrowotnych. Ilu pacjentów wygrało proces? Na jakie zarzuty odpowiadali lekarze? Nie wiadomo. Nie wiadomo też, ilu lekarzy odpowiada w procesach karnych. W zeszłym roku przed sądami lekarskimi stanęło 129 lekarzy. To 200 razy mniej niż w USA, kilkadziesiąt razy mniej niż w krajach zachodnich. Dlatego mówi się, że w Polsce ukrywamy od 50 do 96 proc. lekarskich pomyłek. W USA co roku z powodu błędów medyków umiera 100 tys. osób, to piąta przyczyna zgonów. Kolejne 200 tys. zostaje niepełnosprawnymi (raport Harvard School of Public Health). Porównując amerykańskie wyniki do kraju wielkości Polski, można obliczyć, że co roku z powodu błędnego leczenia może u nas umierać 15 tys. osób, a 30 tys. doznawać uszkodzeń ciała. Nikt nie wie, ile z tego dotyczy noworodków, dzieci i nieletnich. Ale według szacunków Stowarzyszenia Pacjentów „Primum Non Nocere” największa liczba skarg, prawie 40 proc., dotyczy błędów w czynnościach okołoporodowych, głównie zaniechania bądź zwłoki w decyzji o wykonaniu cesarskiego cięcia.

– Konieczne jest stworzenie szczegółowego rejestru błędów w sztuce lekarskiej, ale też niepożądanych zdarzeń medycznych w regionach i zdarzeń niebezpiecznych w poszczególnych jednostkach – postuluje Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. I kolejny raz apeluje do ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza o stworzenie takiego systemu. – Wówczas można by monitorować, jakie błędy i gdzie zostały popełnione, czy zawinił lekarz, czy może organizacja, sprzęt. Na tej podstawie można by prewencyjnie zapobiegać, interweniować. Tymczasem nie wiemy dokładnie, jak to wygląda w szpitalach, w województwach, w kraju. W organizacji służby zdrowia panuje chaos – zżyma się prezes NRL. Ale na razie ministerstwo nie ma takich planów.

SZKODA ZDROWIA

Wielu rodziców, których dotknęła tragedia, milczy, więc o tych przypadkach błędów lekarskich media nie mówią. Marta, mama dwuletniej dziewczynki, która kilka miesięcy temu trafiła do szpitala w stanie agonalnym, nie wini lekarzy, tylko siebie, za to, że im zaufała. Córka zmarła na białaczkę w ciągu 10 godzin od momentu rozpoznania. A przecież zaczęło się od kilku krwotoków z nosa, które kolejni pediatrzy bagatelizowali, uznając za wynik upadków i upałów. Nie zalecili badań, podali tylko witaminy, aby zagęścić krew. Marta pozwoliła lekarzom uśpić swoją czujność. Nie chce z nami rozmawiać. Po rozpaczliwym wyznaniu, że sama nie chce już żyć, rzuca słuchawką. Dwuletniemu Tytusowi się udało. Przeżył. Wyzdrowiał. Choć śmierć zdawała się być nieuchronna. – Pewnego razu po prostu dostał gorączki, 41 stopni – opisuje zmaganie z chorobą Kasia, mama chłopca. Temperatura nie ustępowała przez kolejne tygodnie. Pierwszy pediatra rejonowy zbagatelizował sprawę. Szukali innych specjalistów. Przez trzy miesiące Tytus odwiedził sześciu pediatrów. Wciąż gorączkował, przelewał się przez ręce, szybko chudł. Jedni lekarze diagnozowali ząbkowanie, inni niegroźną infekcję. Wypisywali kolejne leki na zbicie temperatury. Żaden nie zalecił szczegółowych badań. – Ślęczeliśmy w internecie i medycznych książkach. Podejrzewaliśmy mononukleozę, boreliozę, ale na nasze podejrzenia kolejni lekarze tylko się drwiąco zaśmiewali – opowiada Kasia. Na własną rękę zaczęli zlecać badania. Najpierw morfologia, mocz, posiewy, wymazy. Wyniki nie spodobały się pediatrze z prywatnej kliniki. W e-mailu polecił wizytę w szpitalu.

Ale pediatra rejonowa nie chciała wypisać skierowania. Oburzyła się, że histeryczny rodzic nie będzie uczył jej zawodu. Łzy i prośby nie działały. Podziałała w końcu groźba i awantura. Zapalenie płuc – wpisała na skierowaniu cokolwiek. W warszawskim szpitalu dziecięcym lekarz dyżurny orzekł, że to nie wygląda na płuca, a gorączka to na pewno objaw ząbkowania. Kolejny raz do szpitala trafili kilka dni później. Znowu wymuszone skierowanie, tym razem pediatra wpisała zapalenie opon mózgowych, bo Tytus nie zginał już karku. Ale na izbie przyjęć lekarz orzekł, że dziecko nie wygląda na oponowca. Za to w morfologii odkrył anemię. Zamiast specjalistycznych badań zalecił rodzicom posadzenie w doniczkach pietruszki, aby natkę dodawać do każdego posiłku, i odesłał do domu. Tyle że Tytus już prawie nic nie jadł. Wymęczony gorączką przestał się śmiać, bawić, w końcu też chodzić i mówić.

– Gdy było krytycznie, pojechaliśmy jeszcze raz. Bez skierowania. Błagałam, żeby nas przyjęto, tak mocno, jak tylko człowiek może błagać o życie. Bo czułam, że to nie zwykła gorączka, ale właśnie sprawa życia lub śmierci – wspomina Kasia. Niestety jej przeczucia się sprawdziły. Lekarze szybko wykryli 10-centymetrowego guza w brzuszku chłopca. Tykająca bomba. Nowotwór złośliwy trzeciego stopnia na pograniczu z czwartym, czyli ostatnim. A dokładnie neuroblastoma, guz lity prawego nadnercza. Zaatakowana prawa nerka i przerzut na oba nadnercza i węzły chłonne. – Dopiero tu trafiliśmy na wspaniałych lekarzy onkologów. Lekarz cudotwórca uratował obie nerki – wzrusza się matka.

Dziś można już mówić, że Tytus jest zdrowy, choć przed nim jeszcze szereg badań i co najmniej pięć lat pod opieką specjalistów. Rodzice Tytusa nie będą skarżyć lekarzy. – Wiem, że powinni ponieść karę, choćby po to, aby nie krzywdzili kolejnych dzieci. Ale wiem też, że polski system i wymiar sprawiedliwości ich nie ukarzą, a nam odbiorą długie lata zdrowia i nerwy– kwituje. Właśnie dlatego nie chce podawać nazwiska, prosi o zmianę imienia syna. Nie chce robić z choroby medialnej sensacji, narażając syna w przyszłości na nieprzychylność lekarzy.

– Lekarz, który nie zbada dokładnie pacjenta, lub szpital, który choćby bez skierowania nie wykona choremu podstawowych badań, w moim mniemaniu już jest winny – mówi prezes NRL Hamankiewicz. I radzi rodzicom Tytusa złożenie skargi. Obiecuje, że izba lekarska sprawę dokładnie zbada. – Samorząd lekarski nie chce zamiatać jakichkolwiek przewinień pod dywan. W naszym wspólnym interesie jest sprawę zbadać i jeśli lekarz jest winny, to go ukarać, ale przede wszystkim jak najszybciej pomóc choremu lub jego rodzinie – twierdzi.

Zdaniem Hamankiewicza potrzebny jest sprawny system ubezpieczeń od zdarzeń medycznych. Wówczas pokrzywdzony pacjent mógłby szybko liczyć na odszkodowanie i zadośćuczynienie bez konieczności udowadniania winy lekarzom w długotrwałych procesach sądowych. To nie znaczy, że lekarz miałby uciec przed odpowiedzialnością. Ale tym zajęto by się w drugiej kolejności. Priorytetem byłby pacjent i pomoc, jaką powinien dostać na dalsze leczenie, rehabilitację, utrzymanie. W Polsce działa od niedawna karykatura takiego systemu. A właściwie nie działa.

ARMIA SZPITALNYCH ŻOŁNIERZY

Od kilku lat działają też specjalne komisje lekarskie orzekające o błędach lekarskich. Wydają rocznie nie więcej niż 15 orzeczeń, które są podstawą do roszczeń. W Skandynawii podobne komisje, tylko że niezależne od resortu zdrowia, wystawiają w ciągu roku takich orzeczeń około 200. Aby dostać odszkodowanie czy zadośćuczynienie, rodzice muszą się zdecydować na konfrontację z lekarzem na sali sądowej. – Rodzic zderza się z potężną machiną, armią żołnierzy szpitala. Lekarze bronią się jak lwy, mając za plecami kolegów po fachu, którzy występują w roli biegłych sądowych. A wiadomo, że biegłemu, nawet niezależnemu w myśleniu, na ogół po prostu nie opłaca się iść pod prąd – twierdzi mecenas Jolanta Budzowska, radca prawny, pełnomocnik poszkodowanych w sprawie błędów medycznych. I dodaje: – Pacjent ma coraz trudniej. Stąd malejąca liczba tych, którzy decydują się na dochodzenie swoich praw na drodze sądowej. Boją się, że wieloletni proces zakończy się fiaskiem, a oni sami zostaną obciążeni wysokimi kosztami postępowania – tłumaczy. Może dlatego na początku wieku do sądów trafiało nawet 20 tys. pozwów przeciw lekarzom rocznie, podczas gdy dziś jest ich niespełna 2 tys.

W dodatku prawnicy nie są w stanie przypomnieć sobie przypadku, gdy jakiś lekarz dostał wyrok bezwzględnej kary pozbawienia wolności i trafił do więzienia. – Zakaz wykonywania zawodu to prawdziwa rzadkość. Na ogół kończy się na grzywnie lub kilku miesiącach w zawieszeniu – kwituje Budzowska. W całym kraju zawieszonych w prawach wykonywania zawodu na stałe lub tymczasowo jest 88 lekarzy i ośmiu dentystów. Lwią część takich wyroków stanowią orzeczenia sądów lekarskich.

Jak niechętnie sądy powszechne pozbawiają lekarza możliwości pracy, pokazuje uzasadnienie wyroku wobec pewnego pediatry, który w szpitalu w małej miejscowości odebrał poród wcześniaka i dając mu jeden stopień Apgar, ocenił go jako niezdolnego do życia, w związku z tym nie podjął żadnych działań reanimacyjnych. Rodzicom dziecka oznajmił, że niemowlę nie żyje, kobietę poinstruował, jak zażywać tabletki hamujące laktację. Dodał też, że w związku ze śmiercią dziecka nie przysługuje jej urlop macierzyński w pełnym wymiarze. Kilka godzin później kolejny zespół medyczny znalazł niemowlę, które wciąż żyło. Reanimacja powiodła się, a dziś kilkuletnie już dziecko jest oczkiem w głowie rodziców. Lekarz został skazany na sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, choć oskarżyciele nalegali na wyrok czasowego odebrania prawa wykonywania zawodu. Sąd w uzasadnieniu tłumaczył, że pediatra nie jest człowiekiem młodym i wcześniej nie wszedł w konflikt z prawem, i samo to rokuje pozytywną prognozę kryminologiczną dla oskarżonego.

O tym, jak trudno wygrać z lekarzem, wie też pani Anna Salomon. Udało jej się w tym roku, po dziewięciu latach procesów. Gdy na sali rozpraw słuchała zeznań lekarza, uszom nie wierzyła, że można tak łgać. Zrzucać swoją odpowiedzialność na rodziców, za wszelką cenę broniąc siebie. Lekarz z Katowic nieprawidłowo wykonał operację stopy końsko-szpotawej u jej syna Oskara, który urodził się z taką wadą obu stóp. – To miał być rutynowy zabieg, bez ryzyka. A po operacji paluszki Oskara były sine, potem spod gipsu wyciekał płyn, palce były ciemne, całe w bąblach. Dziecko żyło w bólu. Lekarz jak mantrę powtarzał, że wszystko jest w porządku – wspomina matka Oskara. Mimo próśb i gróźb lekarz nie zdjął gipsu, nie zbadał nogi. Gdy w końcu inny lekarz kazał natychmiast gips zdjąć, stopa niemal rozlatywała się, była jak galareta, wypadały z niej kości. Ale lekarze ratowali już nie stopę, ale zagrożone życie chłopca. W końcu amputowano chłopcu całą stopę. – A przecież gdyby lekarz nie był tak butny, przekonany o swej nieomylności, Oskar miałby dziś obie sprawne stopy – mówi Anna Salomon. Po dziewięciu latach sąd skazał lekarza na rok i cztery miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu i zakaz wykonywania zawodu przez rok.

LEKARZ NACISKANY

Lekarze rzadko przyznają się do błędu. Raczej uciekają od odpowiedzialności, milczą, a nawet zatajają dokumenty medyczne. Liczą, że sprawa nie wypłynie. – Najgorzej, gdy mylną diagnozę postawi medyczny autorytet. Wówczas nikt się nie sprzeciwi. Wśród lekarzy panuje niezachwiana wiara we włas ną nieomylność. A jak noga się powinie, to koledzy uratują. Bo każde środowisko działa we własnym interesie, ale skandalem jest, że władza publiczna to toleruje – zżyma się dr Adam Sandauer, od lat działający w obronie praw skrzywdzonych pacjentów.

– Żeby móc rozwiązać problem hermetycznego środowiska lekarskiego, źle pojmowanej lojalności zawodowej, która sprzyja postawom chronienia winnego błędu, trzeba przekonać środowisko, że ujawnianie pomyłek ma służyć naprawie i oczyszczeniu sytuacji, a nie pogłębieniu zawodowego ostracyzmu – tłumaczy Tomasz Szelągowski, dyrektor Federacji Praw Pacjenta. Jego zdaniem lekarz powinien wiedzieć, że w razie pomyłki ma się do kogo zgłosić po radę. Że mimo błędu, który każdemu może się przytrafić, nie przypną mu łaty konowała, nie odsuną od razu od operacyjnego stołu. Bo własne błędy mogą go wiele nauczyć, a także nauczyć innych. Ale żeby tak się stało, one muszą być jawne. Omówione przez lekarskie konsylium, a nawet podane za przykład przez grono profesorskie na uniwersytetach medycznych. – Lekarze po prostu boją się ostracyzmu. Dlatego wolą milczeć lub kłamać, zamiast przyznać się i spróbować błąd naprawić. Nie ma systemu, który pozwoliłby pacjentom, ale też samym lekarzom, zgłaszać zdarzenia lekarskie i błędy w sztuce. Taki system działa w krajach skandynawskich. Dzięki niemu lekarz ma szansę uzyskać pomoc, wsparcie, może się wytłumaczyć, sam obronić, a inni uczą się na tych błędach – mówi dyrektor FPP.

Lekarze w Polsce nie tylko nie czują wsparcia ze strony systemu, ale w dodatku system wymusza na nich pośpieszną, niechlujną i jak najtańszą pracę. W anonimowej ankiecie, którą przeprowadziła Naczelna Izba Lekarska we współpracy z PAN, 40 proc. lekarzy przyznało, że w 2012 r. spotkało się z naciskami, aby wykonywać swój zawód niezgodnie z zasadami etycznymi lub niezgodnie z przepisami. Dominowały naciski administracyjne i ekonomiczne (64 proc.) oraz naciski ze strony NFZ, jak konieczność przepisywania tanich leków, straszenie kontrolą i karami oraz konieczność stosowania szkodliwych procedur. Takich jak obowiązek ograniczenia wizyty pacjenta do 10 minut lub odmowa przeprowadzenia potrzebnych badań w celu redukcji kosztów ponoszonych przez placówkę.

– A cóż można orzec o pacjencie w ciągu 10 minut, na dodatek bez wyników koniecznych badań? – pyta retorycznie dyrektor Szelągowski. I podkreśla, że aby mogło być lepiej, rząd i ministerstwo muszą rozpocząć pracę nad poprawą jakości w służbie zdrowia. Tyle że konieczne są działania długofalowe, przemyślane, a nie przedwyborcze, chaotyczne i pozorne łatanie dziur.

Okładka tygodnika WPROST: 38/2014
Więcej możesz przeczytać w 38/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0