Hurtownicy

Hurtownicy

Bogaci, nieskuteczni, opętani chęcią zysku. Najwięksi polscy komornicy mogą za kilka lat sami zniszczyć swój zawód.

Sześć kilometrów od centrum, po praskiej stronie Wisły, mieści się największe centrum magazynowe w Warszawie. Potężne hale obłożone żółtą blachą, podjazdy dla ciężarówek, betonowe rampy. Na nich palety z towarem gotowym do wysyłki. To tutaj jeden z największych polskich producentów mięsa ma swoje centrum dystrybucji wędlin. Jest hurtownia drewna, mebli, sprzętu RTV. Firmy kurierskie wysyłają przesyłki po całym kraju.

Wśród tych wszystkich przedsiębiorstw zadomowił się również jeden z warszawskich komorników. I też wysyła. Nie paczki, ale tysiące listów adresowanych do dłużników z całej Polski. Budynek, w którym pracuje, w niczym nie przypomina zwykłej kancelarii komorniczej. Nie ma sekretariatu, kasy, poczekalni dla klientów. Pomieszczenie wygląda jak mała sala gimnastyczna. Ściany wysokie na cztery metry. Przez środek ciągną się szeregi regałów wypełnionych od podłogi po sufit szarymi segregatorami. Na każdym napis z datą i numerem postępowania. To już nie kancelaria, ale hurtownia komornicza, obsługująca rocznie setki tysięcy klientów. Od początku roku do połowy października Jacek Bogiel, komornik działający przy sądzie rejonowym dla Warszawy-Woli, zdążył obsłużyć już ponad 315 tys. spraw. Wyłączając dni wolne od pracy, dzień w dzień może wszczynać ponad 1200 postępowań egzekucyjnych. Przyjmując, że do każdej sprawy komornik musi średnio wydrukować sześć kartek A-4, w jego kancelarii codziennie drukuje się ponad 7 tys. stron!

Podobnych komorniczych kombinatów jest w Polsce kilkanaście. Wyrosły na ułomnej zmianie prawa obowiązującej od 2007 r. Przepisy, które w zamyśle miały rozruszać konkurencyjność między komornikami, powiększyły jedynie monopol komorniczych gigantów. Posłowie chcą to zmienić. Pracują nad nowelizacją ustawy, która ma ograniczyć wpływy największych polskich komorników. Problem w tym, że proponowane zmiany mogą okazać się najmniej szkodliwe tylko dla tych największych.

PARSZYWA ÓSEMKA

Jeżeli mecenas Bogiel utrzyma swoje rekordowe tempo, to do końca roku obsłuży ponad 400 tys. spraw. W zeszłym roku do wszystkich komorników w Polsce wpłynęło ich ok. 4,5 mln. W tym roku statystyka ma się utrzymać na podobnym poziomie. To oznacza, że chociaż w Polsce działa ok. 1,3 tys. komorników, co dziesiąta sprawa o odzyskanie długu wyląduje na biurku jednego mecenasa z Warszawy. Jak to możliwe? Jeszcze kilka lat temu wierzyciel musiał zwrócić się do komornika przypisanego do określonego regionu działania danego sądu apelacyjnego. Od końca maja 2007 r. weszła w życie nowelizacja artykułu ósmego ustawy o komornikach sądowych, zgodnie z którą wierzyciel może wybrać sobie dowolnego komornika w całej Polsce. I tak bank z siedzibą w Warszawie, który ściga dłużnika z Pomorza, nie musi już zgłaszać się z tą sprawą do komornika z Gdańska. Może wybrać sobie kancelarię z Warszawy, która hurtem obsłuży mu dziesiątki tysięcy spraw zadłużonych klientów od Bałtyku po Tatry. Dla banków, telekomów czy ubezpieczycieli to wygoda, bo nie muszą rozsyłać tysiąca pism do przeróżnych kancelarii z odpowiednich regionów. Wystarczy jedna, ale duża. Taka, której masowo można zlecić tysiące spraw, a ta przerobi je jak fabryka.

KOMORNIK CZY WINDYKATOR

,,Komornik Sądowy zatrudni na umowę o pracę w wymiarze pełnego etatu na stanowisku: PRACOWNIK CALL CEN- TER” – takie ogłoszenie można znaleźć na jednej ze stron internetowych. Podstawowe wymagania: ukończony co najmniej trzeci rok studiów oraz znajomość przepisów związanych z postępowaniem egzekucyjnym. Oferowana jest praca od poniedziałku do piątku, osiem godzin dziennie, wśród młodych ludzi.

Praca na słuchawce w kancelarii komorniczej może dziwić, ale wśród hurtowników komorniczych to już standard. Bardziej przypominają windykatorów niż funkcjonariuszy publicznych z polskim godłem w pieczęci. Żeby przemleć tak ogromną liczbę spraw, duże kancelarie stosują egzekucję zza biurka. Dłużnika zwykle zasypuje się listami i telefonami, w których powiadamia się o wszczęciu egzekucji. Komornik hurtownik z reguły nie jedzie do miejsca zamieszkania dłużnika, nie sprawdza, czy rzeczywiście mieszka pod wskazanym adresem, nie prowadzi żadnych działań terenowych. Ministerstwo Sprawiedliwości przyznaje, że jeden komornik, mający nawet do pomocy zatrudnionych w jego kancelarii asesorów i aplikantów komorniczych, nie jest w stanie skutecznie i sprawnie, w rozsądnym czasie, wyegzekwować należnego wierzycielowi świadczenia. „Tak znaczna koncentracja spraw prowadzi do nieprawidłowości wielu postępowań egzekucyjnych prowadzonych przez komorników funkcjonujących w największych kancelariach, z których prawie wszystkie współpracują z masowymi wierzycielami, a skuteczność w nich jest najniższa” – czytamy w wyjaśnieniach, jakie otrzymaliśmy z MS. Jaka to skuteczność? Według Krajowej Rady Komorniczej odzyskują dług w zaledwie co dziesiątej sprawie. To trzy razy gorzej od stawianych za wzór średnich kancelarii. Ale żeby było jeszcze zabawniej, nieskuteczni komornicy mogą być dla niektórych firm wręcz korzystni. – Niektórym firmom windykacyjnym nie opłaca się odzyskiwać długów. Windykator z wyrokiem sądowym idzie do komornika, żeby ten wszczął egzekucję. Komornik sprawdza w ZUS, czy dłużnik pracuje. Okazuje się, że jest bezrobotny. Sprawdza konto bankowe. Tam też pudło. Nie ma więc skąd ściągnąć pieniędzy. Sprawę umarza. Dług z kwitkiem o bezskutecznej egzekucji znowu trafia do firmy windykacyjnej, która odsprzedaje go spółce córce. Ta znowu zgłasza sprawę do komornika, który po raz kolejny stwierdza, że dłużnik pieniędzy nie ma. I tak bez końca. Rok w rok firma windykacyjna nieodzyskany dług może sobie wrzucać w koszty. Zmniejsza się jej dochód i podatek do zapłaty. Windykatorzy, zamiast odzyskać kilkaset złotych długu za pierwszym strzałem, wolą latami przeciągać sprawy, żeby wyrobić jak największe koszty – tłumaczy mi mechanizm działania jeden z pomorskich komorników sądowych.

WIELKIE WYSYSANIE DŁUGÓW

Proceder działa w obie strony, bo masowi wierzyciele są dla hurtowni komorniczych kopalnią złota. Żeby komornik zajął się pojedynczym dłużnikiem, należy wpłacić mu zaliczkę. Znalezienie numeru PESEL, zapytanie do Centralnej Ewidencji Kierowców i Pojazdów, kontakt z bankami, sprawdzenie miejsca pracy w ZUS, wyszukanie nieruchomości przez urzędy miasta – za każdą czynność wierzyciel uiszcza opłatę: od kilku do kilkudziesięciu złotych. W przypadku zwykłej kancelarii komornik rzeczywiście wydaje wszystko, co dostał od wierzyciela. Jeżeli uda mu się odzyskać należność, dłużnik zwraca mu koszty poszukiwania jego majątku.

Inaczej wygląda to w przypadku hurtowni komorniczych. Obsługując setki tysięcy spraw, mogą sporo zaoszczędzić, wysyłając hurtem zapytania do banków, urzędów skarbowych, ZUS i innych instytucji. – Działamy na tych samych zasadach, ale ja nie mogę zaoferować przeprowadzenia tańszej egzekucji. Hurtownicy są lepiej traktowani nawet przez Pocztę Polską, która daje im niższe stawki na wysyłkę korespondencji – żali się zwykły komornik z Podkarpacia. Zapytaliśmy o to Zbigniewa Baranowskiego, rzecznika prasowego Poczty Polskiej. Nie potwierdza tych informacji, zasłaniając się tajemnicą handlową. Podkarpacki komornik ma kolegów po fachu, którym co miesiąc hurtownicy z dużych miast zabierają połowę spraw z rewiru. Miesięcznie do małej kancelarii potrafi trafić kilkadziesiąt zawiadomień, że komornik z Warszawy, Łodzi czy Wrocławia przejął ich sprawy. Niektórzy giganci już nawet nie bawią się w zawiadamianie mniejszych kolegów, biorąc wszystko jak leci i łamiąc przy tym prawo.

– Hurtownie istnieją, bo w bardzo niskiej cenie są w stanie zaoferować przemielenie sprawy. Kolega z Warszawy miał rocznie około 250 tys. spraw i milion złotych dochodów. Statystycznie obsługa jednej sprawy kosztowała go więc kilka złotych. Zna pan prawnika, który oferuje swoje usługi w takiej cenie? – pyta mnie komornik z południowej Polski. – Ale jaka cena, taka jakość. Te sprawy w większości polegają wyłącznie na papierowej korespondencji i monitoringu telefonicznym. Gwarantuje to bowiem niezły zysk bez konieczności ponoszenia wysokich kosztów pracy ludzi w terenie i prowadzenia innych sposobów egzekucji – dodaje.

1 PROCENT NA ETYKĘ

Zdaniem dr. Pawła Skuczyńskiego, prezesa warszawskiego Instytutu Etyki Prawniczej, monopolizowanie spraw egzekucyjnych w kilkunastu kancelariach jest niezgodne z kodeksem etyki zawodowej komornika sądowego. – Kiedy komornik przesadził z liczbą egzekucji, jego działalność zaczyna upodabniać się do windykacji i to zaczyna być wątpliwe etycznie. Prowadząc działania wyłącznie zza biurka, zaniedbuje swoje obowiązki – mówi Skuczyński. Jego zdaniem komornik powinien wziąć na barki tyle spraw, ile jest rzeczywiście w stanie rzetelnie poprowadzić. Ma wyczerpać wszystkie dane mu przez państwo środki, zaspokajając wierzyciela. Przejmowanie spraw z rewirów innych komorników, byleby tylko zwiększyć obroty w swojej kancelarii, jest nielojalne wobec kolegów po fachu. Takie zachowanie też piętnuje kodeks etyki, bo prawo nie zmusza komornika do przyjmowania każdej sprawy, z którą przyjdzie do niego bankier, ubezpieczyciel czy windykator. Sprawę przedstawiliśmy Krajowej Radzie Komorniczej, ale ta, chociaż doskonale wie, że problem istnieje, rozkłada ręce. – Jak pan udowodni, że ten komornik łamie kodeks etyki? Nikt nikogo przecież za rękę nie złapał – mówi rzecznik KRK Michał Lewandowski. Pytamy więc, kiedy rada kontrolowała największe hurtownie. Według naszych informacji zdarza się, że hurtownik wręcz nie chce wpuścić na swój teren kontrolerów. Lewandowski nic nie wie o takich przypadkach i zapewnia, że samorząd systematycznie wizytuje także wielkie kancelarie. – To zaszło za daleko. Komornik nie jest przedsiębiorcą, który zarządza działami w swojej firmie. To funkcjonariusz publiczny. Jeżeli tak dalej pójdzie, w kraju pozostanie kilkanaście hurtowni komorniczych, a cała reszta zrezygnuje z zawodu – denerwuje się rzecznik KRK.

Niewiele osób wie, że każdy komornik musi co miesiąc przeznaczyć 1 proc. przychodów na działalność Krajowej Rady Komorniczej. Wiadomo, że hurtownicy przy milionowych dochodach są jej głównymi darczyńcami. Ile płacą? Nie wiadomo, bo KRK nie chce tego ujawnić. – Gdybym powiedział, jaki kto przekazał procent, od razu wiedziałby pan, ile zarabiają komornicy, a to są poufne informacje – zasłania się tajemnicą Lewandowski. Pytamy więc, ile jego zdaniem zarabiają ci najwięksi. – Tego też nie wiem, ale prowadzimy badania w tym zakresie – odpowiada. Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że komornik rekordzista, pracujący przy sądzie Warszawa-Mokotów, zarobił w 2012 r. prawie 11 mln zł.

PRAWO DŻUNGLI

Jacek Bogiel jest największym komornikiem w Polsce. Jego kancelaria przypomina sprawnie działające przedsiębiorstwo. Jest dział call center, dział wysyłki korespondencji, pakowania, archiwizowania, drukowania. Dzień w dzień na samym podpisywaniu tysiąca stron kolejnych postanowień spędza kilka godzin. Czasem aż boli nadgarstek. – Wiem, że mniejsi komornicy mają do mnie żal, że zabieram sprawy, ale dlaczego oni sami nie chcą powiększać swoich kancelarii? – pyta retorycznie. Opowiada, że zna dużych wierzycieli, którzy chętnie oddaliby hurtem kilka tysięcy spraw. Nie mają się do kogo zgłosić, więc idą do tych największych. Mówi, że większość spraw, które dostaje, to i tak śmieciowe długi, które były już u innych komorników, więc ciężej jest z nich odzyskać pieniądze. Do dłużników jeździć nie chce, bo to archaiczny sposób egzekucji. – Mamy XXI w., komputery, nowoczesne oprogramowania. Większość spraw jesteśmy w stanie załatwić zza biurka – tłumaczy. Nie chce być komornikiem, który chodzi po domach, wypytuje sąsiadów o dłużnika, urządza licytacje majątku. Dla niego takie metody to szykanowanie człowieka.

Nie wierzy w statystykę Krajowej Rady Komorniczej, która mówi, że największe kancelarie są najmniej skuteczne. Nie wierzy też, że firmom windykacyjnym odzyskiwanie długów się nie opłaca, bo mogą w ten sposób napompować dług i wrzucić sobie go w koszty. – To jakaś absurdalna historia. Nie znam wierzyciela, który nie oczekuje, że komornik będzie skuteczny – mówi. Chce, żeby w Polsce zostały tylko te najlepsze kancelarie. – Słabsi muszą odpaść – rzuca krótko. – Dlaczego więc nie podzieli pan się z nimi swoją pracą? Przecież nie ma pan obowiązku przyjmowania setek tysięcy spraw spoza swojego rewiru – pytamy. Odpowiada, że ma tylko jednego wierzyciela, który zleca mu akurat tyle postępowań.

WALKA O FORTUNĘ

Dzisiaj najwięksi komornicy rzucili się szturmem na Sejm, żeby zablokować zmiany, które mają ukrócić ich monopol. Telefony w biurze posłanki Ligii Zagórskiej z PO od kilku tygodni są rozgrzane do czerwoności. – Hurtownicy chcieli umawiać się ze mną na spotkanie przez biuro, przez sekretariat. Przyjeżdżali do Sejmu – opowiada. – Widać, jakimi samochodami parkują na Wiejskiej. To nie są biedni ludzie – mówi jeden z posłów pracujących nad nowelizacją. Jednak fortunę zgarnia zaledwie kilkunastu z ponad tysiąca komorników z całej Polski. Ci mniejsi walczą o przetrwanie, bo co miesiąc giganci wysysają z ich kancelarii nowe sprawy. Nowelizacja ma to zmienić. Projekt zakłada, że jeżeli kancelaria w poprzednim roku obsłużyła więcej niż 5 tys. spraw, żeby mogła wziąć kolejne, jej skuteczność nie może być niższa niż 40 proc. Kancelaria nie może mieć też dłuższej niż pół roku zaległości w załatwianiu spraw. W ten sposób rząd chce ograniczyć monopol hurtowników, stawiając przede wszystkim na małe i średnie kancelarie, które prowadzą najdokładniejszą egzekucję i mają najlepsze wyniki.

Problem w tym, czy nowo powstałe prawo nie jest po raz kolejny dziurawe. Już dzisiaj można z łatwością obejść przepis zabraniający przyjmowania kolejnych spraw, jeśli ma się półroczne zaległości. – Wystarczy sfałszować statystykę w komputerze. Komornik zaznacza sobie, że sprawę załatwił. Jaka kontrola będzie badała setki tysięcy spraw jedna po drugiej, czy tak rzeczywiście było? – mówi bez ogródek osoba ze środowiska prawniczego. Mniejsi komornicy obawiają się też, że nowelizacja może być przed głosowaniem modelowana pod presją hurtowniczego lobby. Gwarancji, że nowe prawo zwiększy skuteczność egzekucji i zmniejszy monopol hurtowników, nie dają ani posłowie, ani Krajowa Rada Komornicza. Wszyscy są jednak zgodni, że bez usunięcia obecnej patologii zawód komornika umrze, a obsługa milionów spraw trafi do rąk kilkunastu komorniczych milionerów. �

Więcej o sprawie czytaj w najnowszym wydaniu tygodnika „Wprost Biznes”. Wejdź na www.wprostbiznes.pl Kod dostępu: wprostbiznes131

Okładka tygodnika WPROST: 44/2014
Więcej możesz przeczytać w 44/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0