Śmigłowiec wystartował z Wrocławia, mimo iż warunki meteorologiczne były poniżej dopuszczalnych norm - zbyt niska była bowiem podstawa chmur. Ponadto drugi pilot nie miał pełnych kwalifikacji do lotu śmigłowcem w trudnych warunkach - informuje dziennik. Według "GW", wojskowi lotnicy nie przestrzegają cywilnych przepisów o ruchu powietrznym.
Z tą oceną nie zgadza się płk Ryszard Michałowski, szef komisji badającej przyczyny tego wypadku. Przyznał, że załoga nie odpoczywała tyle, ile powinna zgodnie z regulaminem, jednak przed feralnym lotem, trzecim owego dnia, miała 4 godziny odpoczynku. "Dowódca miał prawo zdecydować, czy on poleci, czy poleci inna załoga, i zdecydował. Komisja uważa, że problem wypoczynku nie miał wpływu na przyczynę awarii" - podkreślił Michałowski.
Przeciwko zarzutom dotyczącym szkolenia pilotów w 36. specjalnym pułku lotniczym protestuje major Waldemar Targalski, p.o. zastępcy dowódcy tej jednostki. Zarzut niewystarczających kwalifikacji pilota i niewłaściwego szkolenia w pułku uznał on za "całkowitą nieprawdę". "Na każdym etapie szkolony pilot musi spędzić odpowiednią liczbę godzin w powietrzu. Nie ma precedensów, by ktoś wykonywał loty niezgodnie z programami szkolenia i regulaminem lotów" - zapewnił.
Według dowódcy Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej gen. broni Ryszarda Olszewskiego, warunki meteorologiczne we Wrocławiu pozwalały na start, komisja nie miała też zastrzeżeń do wyszkolenia pilota. Odnosząc się do innego stwierdzenia gazety - że na 2 minuty przed zgaśnięciem pierwszego silnika przyrządy pokazywały wzrost jego temperatury, dowódca WLOP odparł, że nie ma urządzenia, które zapisywałoby ten parametr lotu. Dodał, że to może wiedzieć dowódca załogi, major Marek Miłosz, który jednak nie pamięta temperatury silnika. "Skoro nie ma obiektywnych materiałów i ktoś wyciąga taką konkluzję, to albo nie jest kompetentnym członkiem tej komisji, albo miał jakieś intencje wprowadzenia czytelników w błąd" - powiedział gen. Olszewski.
Twierdził, że chciał zaprosić Miłosza na konferencję prasową, ten jednak odmówił, tłumacząc to zmęczeniem pytaniami prasy. "Chce się zrelaksować, wrócić do latania" - wyjaśnił szef WLOP.
Nawiązując do warunków pogodowych w dniu feralnego lotu, gen. Olszewski powiedział, że załoga nie miała informacji, iż "śmigłowiec znajduje się w warunkach oblodzenia", nie zadziałał bowiem system ostrzegania. Zdaniem Michałowskiego, niezwykle silna inwersja (wzrost temperatury wraz z wysokością) mogły spowodować, że załoga mogła nie wierzyć komunikatom meteorologicznym.
4 grudnia ub. roku, pilotowany przez mjr. Marka Miłosza rządowy śmigłowiec Mi-8 po awarii obu silników spadł z wysokości ok. 700 m, nieopodal Góry Kalwarii pod Warszawą. W wypadku zostali ranni premier Leszek Miller, szefowa jego gabinetu politycznego Aleksandra Jakubowska, dwoje pracowników Centrum Informacyjnego Rządu, lekarz, pięciu oficerów Biura Ochrony Rządu, trzech pilotów i stewardesa.
W styczniu komisja badająca przyczyny wypadku uznała, że załoga śmigłowca popełniła niezawiniony błąd, gdy wchodząc w chmury w czasie lotu nie włączyła ręcznego trybu ogrzewania wlotów powietrza do silnika. Nie miała ona jednak danych meteorologicznych wskazujących na możliwość oblodzenia. Major Miłosz przyznał, że nie włączając ogrzewania wlotów silników popełnił błąd. W marcu prokuratura zarzuciła mu umyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy oraz nieumyślne spowodowanie wypadku.
oj, em, pap