Lisia strategia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jarosław Kaczyński, który w walce o władzę i wpływy w państwie właśnie wykończył swoich dwóch niepotrzebnych mu już satelitów LPR i Samoobronę, teraz sięga po najtłustszy kąsek czyli PO, która zdobyła niewielką przewagę nad jego partią w wyborach do samorządów.
W drugiej turze Kaczyński nie chce przegrać większej stawki, więc nawołuje ugrupowania o niekomunistycznym rodowodzie do współpracy, choć i tak wszyscy wiedzą, że może to być tylko partia Tuska i Rokity. Lider PiS wie doskonale, że jeśli Donald Tusk połknie haczyk z tą przynętą, wówczas przegrany kandydat centrolewicy na prezydenta Warszawy Marek Borowski może zrezygnować z przekonywania swoich wyborców do oddania głosów na kandydatkę PO Hannę Gronkiewicz-Waltz, a to zwiększy szanse Kazimierza Marcinkiewicza do fotela prezydenckiego w stolicy. W podobny sposób Kaczyński chciałby też wyeliminować konkurencję w innych miastach, gdzie duże szanse w drugiej turze wyborów na prezydenta mają właśnie kandydaci PO.

Co się jednak stanie, jeśli PO nie nabierze się na lisią ofertę PiS-u, a drugą turę partia Kaczyńskich przegra? PiS przekonywał przecież, że dobra może być tylko Polska budowana przez nich. Aby zwyciężyć wroga wystarczy, że PiS mając sejmową większość zacznie majstrować przy ustawach ograniczających kompetencje samorządów. Tylko co z tą Polską?

Także w tych wyborach samorządowych zwycięzcy najwyraźniej zapomnieli, że tak naprawdę ci, którzy tym razem poszli do wyborów głosowali nie na partie polityczne a na ludzi, których dobrze znają. Takich, którzy autentycznie widzą potrzebę rozwiązywania problemów swoich społeczności i są gotowi bez reszty oddać się pracy na rzecz swoich małych ojczyzn. W wielu miejscowościach kandydaci, na wójtów, burmistrzów i radnych, którzy stratowali z list lokalnych komitetów, oraz stowarzyszeń obywatelskich nie dawali szans żadnym partyjnym przebierańcom.