Polskę czeka kolejny kryzys migracyjny? „Wiemy, kogo mamy za sąsiada”

Polskę czeka kolejny kryzys migracyjny? „Wiemy, kogo mamy za sąsiada”

Anna Michalska
Anna Michalska Źródło: gov.pl/web/mswia
Budowa zapór wzdłuż granicy z Białorusią i Rosją nie oznacza, że sztucznie wywołany kryzys migracyjny można uznać za definitywnie zakończony. – Wiemy, kogo mamy za sąsiada. Wiemy, że możemy spodziewać się wszystkiego – kwituje por. Anna Michalska, rzecznik pograniczników. Ostrzega, że otwarcie nielegalnego szlaku przez Polskę stanowiłoby niedźwiedzią przysługą dla migrantów.

Przypomnijmy: pod koniec czerwca został zakończona budowa fizycznej zapory na granicy z Białorusią. Składa się ona z wysokich na 5 m stalowych przęseł, zwieńczonych zwojami drutu ostrzowego.

Bariera elektroniczna na granicy z Białorusią niemal gotowa

Ze względu na warunki terenowe, nie można było jej wybudować wzdłuż całej granicy polsko-białoruskiej. Ponad połowa tej granicy biegnie bowiem wzdłuż rzek lub na mokradłach.

Z tego powodu, wzdłuż granicy powstaje również zapora elektroniczna, czyli system kamer i czujników ruchu. Zgodnie z harmonogramem, ta część zapory powinna być gotowa w ciągu najbliższych tygodni.

Trudno pokusić się o prognozy ws. granicy z Białorusią

Już od czasu oddania do użytku fizycznej części zapory, liczba prób nielegalnego przedostania się do Polski drastycznie zmalała. Czy to oznacza, że sztucznie wywołany przez reżim Aleksandra Łukaszenki kryzys migracyjny można uznać za definitywnie zakończony? Niestety, nic na to nie wskazuje.

Najlepszym dowodem na to jest spreparowanie przez białoruskie służby fake newsa, jakoby polskie przejście graniczne w Kuźnicy Białostockiej zostało otwarte. To pierwsza sytuacja, gdy podszyto się bezpośrednio pod naszą Straż Graniczną. Pogranicznicy tłumaczą, że muszą być gotowi na każdy scenariusz, a sytuacja na granicy z Białorusią może ulec gwałtownej zmianie.

– Ostatnie dni pokazały – o czym zresztą mówimy od początku presji migracyjnej na granicy polsko-białoruskiej – że wszystko jest sterowane i zależy od tego, na jaki pomysł wpadną władze Białorusi. Tu nie ma mowy o żadnej naturalnej fali migrantów, jak na granicy z Ukrainą. Gdy np. zostaną wzmożone działania wojenne to wiemy, że więcej osób będzie przekraczać granicę. A gdy zbliżają się święta, to więcej osób wyjeżdża do swoich rodzin na Ukrainę. Tu zawsze możemy mówić o jakich prognozach. W drugim przypadku wszystko zależy od strony białoruskiej i od tego, ilu cudzoziemców z różnych państw na świecie uda im się zachęcić, żeby przyjechali – tłumaczy por. Anna Michalska, rzecznik prasowy Straży Granicznej.

„Oni nas dokładnie monitorują”

Podkreśla, że białoruskie służby bezustannie śledzą poczynania polskich pograniczników i starają się wykorzystać choćby chwilę nieuwagi. Najbardziej newralgicznymi odcinkami granicy polsko-białoruskiej są te, które przebiegają wzdłuż rzek. Z drugiej strony, nie ma obecnie informacji o tym, aby na Białorusi pojawiła się nagle większa liczba migrantów.

– Oni nas dokładnie monitorują. Wiedzą, kiedy mamy święta, więc teraz było trochę więcej prób nielegalnego przekroczenia granicy. Liczą po prostu na osłabioną czujność, choć w czasie wszystkich świąt pełnimy normalną służbę. Widzą, że tam, gdzie jest rzeka, że nie ma obecnie żadnej bariery, więc wysyłają tam najwięcej migrantów. W związku z tym, my kierujemy tam więcej patroli – tłumaczy por. Michalska.

Ruch na granicy z Rosją jest minimalny

W najbliższych tygodniach powinna również zakończyć się budowa tymczasowej zapory wzdłuż granicy z należącym do Rosji obwodem kaliningradzkim. Ma ona formę trzech rzędów drutu ostrzowego. Natomiast w marcu – podobnie jak wzdłuż granicy z Białorusią – rozpocznie się instalowanie bariery elektronicznej.

– W tej chwili granicy z obwodem kaliningradzkim sytuacja jest spokojna i stabilna. W ostatnich trzech miesiącach nie było żadnych, nielegalnych prób przedostania się do Polski. W tym roku było kilka prób, ale to było na poziomie porównywalnym z latami poprzednimi. Poza tym, na tej granicy jest wyjątkowo mały ruch na przejściach granicznych. Praktycznie nie ma żadnego ruchu turystycznego. Ten odcinek granicy przekraczają tylko te osoby, które jadą do pracy albo na studia. Zdarzają się osoby, które jadą w celach medycznych do szpitali. Innych przekroczeń tam nie ma. To nieporównywalnie mniejsze liczby, niż miało to miejsce przed pandemią COVID-19. W ubiegłym miesiącu było to aż dziesięć razy mniej – relacjonuje por. Michalska.

„Wiemy, kogo mamy za sąsiada”

W ostatnich miesiącach władze Rosji zgodziły się na uruchomienie połączeń lotniczych do Kaliningradu z kilku krajów Bliskiego Wschodu i Afryki.

Pojawiły się obawy, że to zapowiedź powtórzenia sztucznego kryzysu migracyjnego na granicy z obwodem kaliningradzkim. Na szczęście, dotychczas nic takiego nie nastąpiło. Straż Graniczna ostrzega jednak, że trzeba być gotowym na każdy scenariusz.

– To, dzięki czemu udało nam się zatamować tę pierwszą falę kryzysu, to pokazanie skuteczności naszych działań. Wiemy, kogo mamy za sąsiada, stąd bariera elektroniczna na pewno powstanie. Wiemy, że możemy spodziewać się wszystkiego. Nie ma razie niepokojących sygnałów, ale na granicy z Białorusią było niegdyś podobnie. Przez wiele lat ten odcinek był bardzo spokojny. Jeżeli coś się działo, to najwyżej kilka prób w ciągu roku. Najczęściej byli to grzybiarze, którzy się po prostu zgubili. Nikt wówczas nie przypuszczał, że może nadejść taka próba destabilizacji granicy, tj. przy użyciu migrantów – ostrzega por. Michalska.

„Te osoby trafiają potem do szarej strefy”

Nasza rozmówczyni przypomina, że większość migrantów, którym udaje się dostać na terytorium naszego kraju, nie jest zainteresowana złożeniem wniosku o przyznaniu ochrony międzynarodowej w Polsce.

Wbrew twierdzeniom części aktywistów, przytłaczająca większość cudzoziemców przyznaje pogranicznikom, że Polska jest tylko przystankiem na drodze do Niemiec. Rzecznik Straży Granicznej alarmuje, że ewentualne otwarcie szlaku migracyjnego przez Polskę mogłoby mieć opłakane skutki także dla samych migrantów.

– Kto będzie odpowiedzialny za te osoby, które nielegalnie dostały się do Europy Zachodniej? Te osoby trafiają potem do szarej strefy: są niezidentyfikowane, nie są nigdzie zarejestrowane. Nikt nie wie, co się dzieje z najmłodszymi. Te dzieci nie chodzą do szkół. To są potencjalne ofiary handlu dziećmi. Dorosłe osoby nie są ubezpieczone, pracują na czarno i są wykorzystywane. Kobiety mogą trafić do domów publicznych. Oto efekty nielegalnej migracji. To nie jest tak, że osoby te docierają do Niemiec, gdzie wiodą szczęśliwie życie – uzupełnia por. Michalska.

Czytaj też:
Syryjka zmarła przy granicy z Polską? SG odpowiada: Nie mieliśmy ojca z nastolatką