Dzień Niepodległości

Dzień Niepodległości

Dodano:   /  Zmieniono: 3
„Dzień niepodległości” / „Independence Day” (1996)
„Dzień niepodległości” / „Independence Day” (1996) / Źródło: Imperial - Cinepix
Do kin wchodzi kontynuacja przeboju lat 90. – „Dzień Niepodległości: Odrodzenie”. To dobry moment, by przypomnieć sobie część pierwszą oraz artykuł na jej temat, który ukazał się na łamach „Filmu” 20 lat temu (nr 10/1996).

Ogromne wojenne promy kosmiczne zawisają nad ziemskimi miastami. Przez jakiś czas pozostają nieme i głuche. A potem się zaczyna...

Apokaliptyczne wizje końca świata głoszone przez fałszywych proroków w różnych punktach naszego globu natrafiają ostatnio na podatny grunt. Działa magia schyłku stulecia i tysiąclecia, gromadzą się zagrożenia – ekologiczne, etniczne, związane z przeludnieniem, wyczerpaniem surowców, upadkiem kultury. Powszechne odczucie, że coś się kończy, znajduje również swój wyraz w kinie, gdzie trwa karnawał przemocy i ponurych antyutopii. Prędzej czy później musieli też nadejść przybysze z kosmosu, bardzo chętnie przyjmujący na siebie rolę uosobienia zbiorowych lęków ludzi, bądź – zależnie od okoliczności – ich tęsknot i pragnień.

Cała seria amerykańskich filmów o najeźdźcach z kosmosu (m.in. „Wojna światów”) w latach 50. zrodziła się z klimatu „zimnej wojny”, a ekspansywni kosmici wyobrażali zagrożenie komunizmem. Koniec lat 70. i lata 80. przyniosły wizerunek łagodnego, szlachetnego i mądrego ufoludka, jak E.T., czy Gwiezdny Przybysz, wskazującego nam drogę rozwoju, na którą niepewnie wkroczyliśmy w dobie rozbrojeń i pokojowych rokowań.

Ale oto przyszedł koniec lat 90. i znów wokół naszej planety czai się zło. W „Dniu Niepodległości” objawia się ono na ekranie pod postacią przerażająco wielkich (550 km średnicy) wojennych promów kosmicznych. Początkowo zawisają one nad największymi miastami na świecie i trwają bez ruchu. Próby porozumienia się ludzi z obcymi nie przynoszą żadnych efektów. Czarne obiekty pozostają nieme i głuche. Za to na Ziemi rozpoczyna się popłoch i panika. Większość mieszkańców Nowego Jorku, Waszyngtonu i Los Angeles, nad którymi ustawiły się statki, próbuje chaotycznej ucieczki z miasta. Są też entuzjaści, witający przybyszów jak zbawców.

W Białym Domu prezydent Thomas J. Whitmore (Bill Pullman) nie wierzy we wrogie zamiary kosmitów, nie myśli też o ucieczce. Jedynym człowiekiem, który dzięki analizie zakłóceń fal radiowych domyśla się, że wkrótce nastąpi atak, jest David Levinson (Jeff Goldblum). Dzięki jego interwencji prezydent wraz z najbliższym otoczeniem ewakuuje się z Waszyngtonu tuż przed całkowitym zniszczeniem miasta. Mimo zadawnionych urazów tych dwóch musi sobie zaufać: Whitmore – nieprzeciętnemu intelektowi Levinsona, zaś Levinson – uczciwości prezydenta i jego umiejętności podejmowania słusznych decyzji. Wkrótce pojawia się trzeci sojusznik – najmłodszy z nich, najbardziej żywiołowy i radosny, superas amerykańskich sił powietrznych, czarnoskóry kapitan Steven Hiller (Will Smith). I choć zniszczenia są kolosalne, a ofiary w ludziach milionowe, mieszkańcy Ziemi w zetknięciu z ostatecznym zagrożeniem potrafią zmobilizować do walki z wrogiem wszystko to, co mają najcenniejszego. I jak się okazuje, nie są to osiągnięcia cywilizacyjne (bo w tej dziedzinie przeciwnik odbiegł daleko do przodu), lecz przyrodzone człowiekowi najszlachetniejsze przymioty rozumu, duszy i serca.

Sam „Dzień Niepodległości” nakierowany został na dwie, wydawałoby się sprzeczne, a mimo to idące ze sobą w parze, cechy ludzkiego charakteru: niepohamowaną żądzę destrukcji i nieuleczalną potrzebę nadziei. Jeśli nawet nie wszyscy swoje niszczycielskie skłonności wcielamy na co dzień w życie, to obrazy totalnej rujnacji robią na nas jako widzach zazwyczaj duże wrażenie. A w „Dniu Niepodległości” jest takich scen, zrealizowanych zresztą z podziwu godną sugestywnością, bardzo wiele. Przez ulice wielkich miast przetacza się fala ognia, pozostawiając za sobą tylko zgliszcza. W bezwzględnych bojach powietrznych jeden po drugim eksplodują samoloty trafione przez nieporównanie sprawniejsze myśliwce wroga. Ziemianie, zdawać by się mogło, nie mają żadnych szans. I tu wkracza druga niepokonana siła (potrzebna zarówno ekranowym bohaterom, jak i widzom) – siła nadziei. Ten schemat sprawdzał się już w kinie wielokrotnie i bynajmniej nie w filmach o najeźdźcach z kosmosu, ale w gatunku katastroficznym. Dean Devlin (współscenarzysta i producent) oraz Roland Emmerich (współscenarzysta i reżyser) powołują się na takie tytuły, jak „Płonący wieżowiec”, „Tragedia Posejdona” czy „Trzęsienie ziemi”, filmy produkowane w latach 70. przez Irwina Allena. Nasz film jest bardzo podobny do filmów Allena – mówi Dean Devlin. – Skupiliśmy się na zróżnicowanej grupie ludzi, którzy potrafią się zjednoczyć w obliczu wielkiej katastrofy.

Dwaj twórcy współpracujący już ze sobą przy „Universal Soldier” i „Gwiezdnych wrotach” wpadli na pomysł opowieści o wrogiej, otwartej inwazji z kosmosu od razu po zrealizowaniu „Gwiezdnych wrót”. Dziennikarze zarzucali ich pytaniami, czy wierzą w istnienie pozaziemskich cywilizacji. Emmerich zdecydowanie zaprzeczał, Devlin przyznawał się do ostrożnej wiary. Kiedy po raz piętnasty usłyszałem to samo pytanie – opowiada reżyser – zacząłem się zastanawiać nad tym, co z mojego punktu widzenia byłoby w takim pomyśle najbardziej fascynujące. Co byśmy zrobili, gdybyśmy pewnego ranka po przebudzeniu usłyszeli len huk i zobaczyli „to” na niebie? I pomyślałem sobie wówczas: o rany, dlaczego nikt na to nie wpadł? Dlaczego zawsze opowiada się o sekretnych najściach przybyszów z kosmosu, ukrywających się pod jakimiś innymi postaciami, skoro mogliby mieć technologię zdolną zdmuchnąć nas wszystkich z powierzchni Ziemi? Dlaczego ktoś nie zrobi nowej „Wojny światów”? Dwa dni później postanowiłem zrobić to sam.

Realizacja tego przedsięwzięcia zajęła sto dni zdjęciowych ekipie głównej i około dziesięć miesięcy zdjęć ekipie pomocniczej. Wykorzystano również 500 ujęć generowanych komputerowo. Ale twórcy „Dnia Niepodległości”, podobnie jak jego bohaterowie, nic opierali się bynajmniej na najnowocześniejszych technikach filmowych. Woleli polegać na swojej pomysłowości. Technologia digitalowa, zwłaszcza jeśli chodzi o animację komputerową, jest fantastycznym narzędziem, ale nie zastąpi wszystkiego – mówi na ten temat Devlin. – Ludzie lubią zbytnio przywiązywać się do każdej nowo wymyślonej zabawki, ale czasami lepiej sięgnąć po staroświecki model na sznurkach.

Tego typu myślenie bardzo spodobało się Billowi Pullmanowi, grającemu jednego z trzech głównych bohaterów. Opowiada on, jakie wrażenie zrobił na nim efekt „ściany ognia”, uzyskany w bardzo prosty i pomysłowy sposób. Kto by się spodziewał, że był to model ulicy długości dziesięciu stóp postawiony pionowo i podpalony od dołu z kamerą przymocowaną ugory? Jeśli potem przyśpieszy się zdjęcia, to widz ma wrażenie ściany ognia sunącej w jego stronę. Z taką pomysłowością można uzyskać nieprawdopodobne efekty za pomocą kartonu i papier-mâché.

Czy właśnie w ten sposób – sposób pomysłowego McGyvera – ludzkość poradzi sobie z wielkimi zagrożeniami przyszłości? Cóż, zawsze pozostaje nam nadzieja.

Kasia Noel

Czytaj także

 3
  • Robokopo IP
    Tyle słów na temat takiego prymitywnego gówna.
    • Fabio IP
      Kolejny amerykański gniot !
      • malkontent IP
        Pakt Jaruzelski-Rockefeller / nauka i polityka raka 1-9 / germanska.pl