Powrót króla. Boleśnie szczery Kendrick Lamar z nową płytą

Powrót króla. Boleśnie szczery Kendrick Lamar z nową płytą

Okładka płyty Kendricka Lamara „Mr. Morale & the Big Steppers”
Okładka płyty Kendricka Lamara „Mr. Morale & the Big Steppers” / Źródło: Oklama.com
Denzel Curry w wywiadzie dla XXL stwierdził, że jest obecnie najlepszym raperem na świecie i choć bardzo cieszy mnie jego – usprawiedliwiona – pewność siebie, to na palmę pierwszeństwa musi jeszcze poczekać. Kendrick Lamar gra w niedostępnej dla innych lidze, czego dowodem jest jego najnowsza płyta „Mr. Morale & the Big Steppers”.

Ostrzeżenie przychodzi już w pierwszych wersach, otwierającego dwupłytowe wydawnictwo, utworu „United in Grief”. Lamar tłumaczy, że miał ważne sprawy i przez 1855 dni dojrzewał do tego, by podzielić się ze światem nowym materiałem. Raper mówi wprost „bójcie się”, po czym serwuje słuchaczom ponad godzinę bolesnej szczerości.

Kendrick Lamar otwiera drzwi do sypialni

O albumach Lamara trudno mówić w oderwaniu od wszystkiego tego, co towarzyszy jego muzyce. Już sama okładka płyty wysyła bardzo czytelny komunikat, że artysta zamierza podzielić się ze słuchaczami bardzo intymnymi szczegółami swojego życia. Na zdjęciu, widać rodzinę Lamara w sypialni. Jego narzeczona karmi piersią młodsze z dzieci, a on trzyma na rękach dwuletnią córkę. Ten rodzinny obrazek przełamują niepokojące elementy w postaci korony cierniowej i wetkniętej za pas Lamara broni.

Raper nie zamierza niczego ukrywać, pokaże fanom swój świat i wszystkie – również trudne do przyswojenia – jego odcienie.

„Mr. Morale” to także surowy rachunek sumienia artysty. Lamar rozlicza się z grzechami przeszłości. Wytyka sobie wybujałe ego, homofobię, uprzedzenia rasowe, zbyt łatwe uleganie pokusom, a nawet konflikty z innymi raperami. Podkreśla, że zakończenie wieloletniego konfliktu Kanye’ego Westa i Drake’a, wydawało mu się nieszczere i mówiąc o tym popisał się brakiem dojrzałości. Opowiada również o swojej wewnętrznej transformacji, długotrwałej psychoterapii i przejściu od nieradzenia sobie z trudną relacją z ojcem do swojego własnego ojcostwa.

Czytaj też:
Kendrick Lamar z nowym singlem i teledyskiem

Lamar nie boi się żadnego tematu i z pełną otwartością opowiada między innymi o rozterkach, z jakimi zmagał się w związku z transseksualnością członka swojej rodziny. „Moja ciotka jest teraz mężczyzną, chyba jestem dziś wystarczająco dorosły, by to pojąć” rapuje w „Auntie Diaries”. W „Mother I Sober” opowiada z kolei o wykorzystywaniu seksualnym dzieci i traumie, która zostaje z ofiarami na całe życie.

Zdobywca Pulitzera zwraca uwagę, że zarówno nacechowany nienawiścią i uprzedzeniami język, jak i czysto fizyczne akty mogą mieć tragiczne konsekwencje dla ludzkiej psychiki.

Najtrudniejszym, choć jednocześnie robiącym największe wrażenie, momentem albumu jest utwór „We Cry Together”. To kłótnia między kobietą i mężczyzną tworzącymi toksyczny związek. Naszpikowany wulgaryzmami, inwektywami i zarzutami tekst, wykrzykiwany przez Lamara i towarzyszącą mu w nagraniu aktorkę Taylour Paige, rozdziera serce. Przysłuchiwanie się temu koszmarowi może być bardzo niekomfortowe, głównie dlatego, że nietrudno wyobrazić sobie podobne dramaty rozgrywające się za zamkniętymi drzwiami wielu domów. Choć konflikt kończy się pojednawczym seksem, to trudno uznać to za happy end, bo to przecież tylko kolejny odcinek dłuższej historii.

Kendrick Lamar wymaga i nagradza

Na „Mr. Morale” nie ma chwytliwych hitów, jak „D.N.A” i „Humble”, dzięki którym poprzednia płyta „DAMN” biła rekordy popularności. Nie oznacza to, oczywiście, że płyta jest muzycznie słaba. Wręcz przeciwnie, otrzymujemy mieszkankę stylów, liczne zmiany tempa, puszczone od tyłu sample i bogate instrumentarium (w „Father time” i „Savior – Intelrude” przygrywa Lamarowi kwartet smyczkowy). Jazz, funk, klasyka, pop, soul – ta wielogatunkowa mikstura sprawdza się tu doskonale, tym bardziej, że świetnie koresponduje z tekstami. Lamar opowiada wielowymiarowe historie, traktujące o wielu problemach, których zrozumienie jest niemożliwe bez wnikliwej analizy i spojrzenia na nie z różnych perspektyw.

Czytaj też:
Arcade Fire nagrali piękną płytę. W październiku zagrają w Polsce

Do udziału w nagraniach raper zaprosił licznych przedstawicieli sceny muzycznej. Są tu raperzy m.in. Ghostface Killah i Baby Keem, są także wokalistki Summer Walker i – co chyba najbardziej zaskakujące – Beth Gibbons z Portishead, jest nawet autor książek o duchowości Eckhart Tolle. Poza tym, nad utworami Lamara procował oddział utalentowanych producentów. Wśród nich znaleźli się m.in. Pharrell Williams, Duval Timothy, the Alchemist, Beach Noise, Boi-1da, Sounwave, Dahi i FNZ.

Ta armia pod dowództwem rapera stworzyła album niezwykle eklektyczny i wymagający, ale jednocześnie spójny, przemyślany i wynagradzający słuchacza.

Od czasów wydania „DAMN” zmieniły się zarówno Stany Zjednoczone, jak i reszta świata. Kiedy przed pięcioma laty bujaliśmy się do "Humble" na letnich festiwalach, nikomu nie przechodziło przez myśl, że pandemia pozbawi nas podobnych wydarzeń na ponad dwa lata. Poprzedni album wydany został w początkach prezydentury Donalda Trumpa, która uwydatniła głębokie podziały amerykańskiego społeczeństwa i zanim doszło do fali protestów „Black Live Matter” po śmierci George'a Floyda. Ten ogrom zdarzeń nie pozostał bez wpływu na muzyczną warstwę płyty. Kompozycje składają się na zwierciadło tej szalonej i trudnej do ogarnięcia rzeczywistości.

Kendrick Lamar stawia na siebie

Tym, co różni „Mr. Morale” od nagrodzonego Pulitzerem albumu „DAMN”, jest pozycja, jaką Lamar obiera względem omawianych tematów. Choć poprzednie płyty rapera były bardzo introspektywne, to dotychczas artysta komentował jednak szerokie problemy z perspektywy członka większej społeczności. Tym razem Kung-fu Kenny stawia na siebie, co wprost oznajmia w zamykającym dwupłytowe wydawnictwo utworze „Mirror”.

Przez ostatnie pięć lat w życiu Lamara zaszły potężne zmiany. Został ojcem dwójki dzieci i zmagał się z problemami psychicznymi, które – jak sam przyznaje – sprawiły, że na dwa lata popadł w artystyczną niemoc. Nic więc dziwnego, że zaszła w nim przemiana i postanowił skupić się na pracy nad sobą. „I choose me, I’m sorry” powtarza w refrenie „Mirror”, ale przecież za nic nie musi przepraszać. Mimo zmian i wszystkich napotkanych po drodze trudności, wydał przecież kolejny album, będący potwierdzeniem jego statusu.

„Mr. Morale & the Big Steppers” to powrót króla, który nikomu nie musi mówić, że jest najlepszy w branży. Wszyscy to wiedzą.

Czytaj też:
Są na szczycie, na koncerty przychodzą tłumy. „Mówimy, co nam się w Polsce nie podoba”

 0

Czytaj także