Ruda tańczy ze Słowianami

Ruda tańczy ze Słowianami

Za kilka dni w sopockiej Operze Leśnej na nowym Polsat SuperHit Festival wystąpią obok siebie największe gwiazdy polskiego popu i muzyczne gwiazdy internetu. To dowód, że i u nas sieć zaczyna dyktować reguły gry w muzyce.

Znacie Czadomana i jego parodię disco polo „Ruda tańczy jak szalona”? Albo raperów K2 i Buka? Jeśli nie, to nie wiecie, czego naprawdę słuchają dziś ludzie w Polsce. Bo to, co z nielicznymi wyjątkami oferują tradycyjne media, mija się ze zbiorowym gustem. Kiedy Międzynarodowa Federacja Przemysłu Fonograficznego (IFPI) ogłosiła raport sprzedaży muzyki na świecie w 2014 r., internet zalała fala plotek. Fataliści zaczęli snuć swoje ponure wizje – oto koniec płyty CD i muzyki sprzedawanej w tradycyjny sposób. Rok 2014 był pierwszym w historii, gdy sprzedaż cyfrowa wygenerowała zarobki większe od tradycyjnej – 6,85 mld dolarów (wobec 6,82 mld dolarów). Różnica jest niewielka, ale trzeba wziąć pod uwagę fakt, że jeszcze dekadę temu szefowie wielkich wytwórni płytowych twierdzili, że muzyka sprzedawana online to przejściowa moda.

Polska nie wyłamuje się z trendu. Co prawda wciąż daleko nam do pozycji lidera sprzedaży cyfrowej, ale według danych Związku Producentów Audio-Video zysk ze sprzedaży muzyki przez sieć wyniósł 69 mln zł. To 20 proc. wartości całego rynku. I jest to w porównaniu z ubiegłym rokiem skok gigantyczny, bo aż o ponad 30 proc. Oczywiście wciąż dominuje u nas sprzedaż tradycyjna (dzięki czemu możemy się nazwać drugą Japonią, bo w Kraju Kwitnącej Wiśni klasyczne nośniki to aż 78 proc. rynku), ale tendencja wzrostowa jest wyraźna. Oczywiście, gigantyczny wpływ na nią ma dostępność nowych technologii. Jeszcze w 2012 r. smartfony posiadało w Polsce raptem 25 proc. abonentów, a w tym roku prognozuje się, że będzie to 60 proc. rynku. Smartfon to urządzenie, które daje właściwie nieograniczone możliwości korzystania z muzyki, a co za tym idzie – ten rok branża muzyczna zakończy z kolejnym skokiem wzrostu pobrań muzyki cyfrowej. Po pierwsze jest to wygodne, po drugie szybkie. Posiadacz smartfona nie musi już czekać na powrót do domu, aby posłuchać piosenki, która właśnie zagrała nam w myślach. Dzieli nas od niej kilka kliknięć w ekran. Wszak dziś mamy dostęp do niemal wszystkich sklepów z muzyką online na świecie.

Do wyboru są WIMP, Spotify, Deezer, Muzo, no i, oczywiście, polskie, takie jak Muzodajnia… I tu pojawiają się pytania zasadnicze. Czy wieszczona od dawna śmierć tradycyjnej muzyki to rzecz, której nie da się uniknąć? Czy wraz z nią czeka nas rewolucja? Pojawienie się nowych artystów, którzy nie mieli szans przebić się w wytwórniach?


PRZEPIS NA PRZEBÓJ

Dane ZPAV pokazujące, jakie były najpopularniejsze piosenki ściągane oficjalnie przez internautów w Polsce, nie są rewolucyjne. Na listach sprzedaży cyfrowej dominują rozpoznawalni artyści, tworzący w stylistyce, która nie zaskakuje. Lubimy przede wszystkim te piosenki, które znamy, niczym inżynier Mamoń, dlatego na miejscu szóstym w pierwszej dziesiątce uplasowało się „Last Christmas” grupy Wham. Otaczają je piosenki z list przebojów, czyli Kesha, Pitbull, Katy Perry, Shakira, zaś podium obstawili Donatan z Cleo i „My, Słowianie” oraz Piersi z „Bałkanicą”. Mamy zatem to, co już osiągnęło wielką popularność, plus idealny zestaw na zabawę, tak zwane piosenki pod nóżkę.

Tu jednak pewne zastrzeżenie. Dziś wymienione wyżej polskie hity wszyscy znają na pamięć, ale warto przypomnieć, że ich wielka kariera zaczęła się w sieci. To w internecie Polacy odkryli Donatana i Cleo oraz największy hit dawnego zespołu Pawła Kukiza. Co jest w nich charakterystycznego poza mocnym rytmem i ludycznym entourage’em? Poczucie humoru. W obu przypadkach, a już zwłaszcza gdy chodzi o utwory Donatana, dużo jest w teledyskach żartu. Czasem jest to żart nieco przaśny, jak ubijanie przez kobiety masła w „My, Słowianie”, ale dowcipu raperowi (i zdolnemu producentowi) odmówić nie sposób. Nie inaczej jest na polskiej liście hitów z YouTube. Kto wystąpi na festiwalowej scenie Polsatu? Np. Czadoman z hitem „Ruda tańczy jak szalona”. Piosenka brzmi jak disco polo i prawdopodobnie takich ma odbiorców, choć uważny widz dopatrzy się, że to pastisz. Teledysk parodiuje konwencję klipów, w których zgrabne, skąpo ubrane dziewczyny gną się w tańcu. Tu mamy to samo, tyle że twórcy uczynili bohaterkę zwolenniczką stylistyki sado-maso, z typowymi akcesoriami w rodzaju pejcza czy więzów. Najzabawniejszy jest tu kontrast między skoczną, wesolutką muzyką a obrazem przypominającym jakiś mroczny thriller erotyczny. Efekt? 27 mln odsłon.

ODGRZEWANY ŻART

Tyle że znaczna część teledysków i utworów z topu cyfrowego opiera się na jakimś żarcie. Choćby wykonywana przez Karolinę Czarnecką „Hera koka hasz LSD”, czyli polska wersja przeboju zespołu Tiger Lillies (w wersji z wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej, gdzie wykonano ją po raz pierwszy). Tu całkiem poważna treść, bo rzecz traktuje o dzieciach biorących narkotyki, opowiedziana jest w sposób pozornie infantylny. Artystka śpiewa utwór jak przedszkolną wyliczankę i do tego wykonuje ruchy charakterystyczne dla zajęć z uczniowskiej gimnastyki. A w tekście słuchamy o dyrektorze, który zganił małego Jimmy’ego, że nie podzielił się narkotykami (czyli tytułowymi „heroiną, kokainą, haszyszem i LSD”) z kolegami. Czy trzeba dodawać, że kolejna z listy piosenek „Brać” autorstwa duetu Donatan i Cleo (nr 2 na liście najchętniej oglądanych), która oczywiście zabrzmi na festiwalu Polsatu, też jest pastiszowa? Już sam kadr, od którego się zaczyna, mówi wszystko: popularny producent stoi z kartką „Traktuj to z uśmiechem, będziesz zdrowszy”, a po chwili napis zmienia się w „Aha, i odgrzewam kotleta”. Ten odgrzewany kotlet to nawiązanie do „My, Słowianie”. Nie jest to do końca prawda, bo muzycznie rzecz brzmi zupełnie inaczej, ale jeśli chodzi o obraz, podobieństwa są duże. Co prawda hoże dziewoje nie ubijają tu masła, ale myją traktor. Rzecz dzieje się, oczywiście, na wsi, gdzie odbywa się wesoła stypa z udziałem zespołu Enej. Jest jednak i druga różnica pomiędzy topem cyfrowym a tym znanym z mediów tradycyjnych. A widzimy to po numerze 1 listy (33 mln odsłon) najchętniej oglądanych klipów ostatniego roku. To piosenka młodych raperów K2 i Buka „1 moment”, która zabrzmi w Sopocie. Nie jest wesoła, wprost odwrotnie. Opowiada o tym, jak to może być współczesnemu młodemu Polakowi ciężko w życiu, pojawia się w niej wątek emigracji i braku perspektyw. Można chyba nazwać ten utwór protest songiem, w klimacie bliski jest utworom punkowym, czy może szerzej, rockowym z lat 80., kiedy znikąd nie było widać nadziei. Tu nadzieja przychodzi tylko od bliskiej osoby, tak zatem można też powiedzieć, że to w jakimś stopniu utwór miłosny. Oczywiście muzycznie rzecz jest w 100 proc. rapowa, choć jednak dość melodyjna. Warto też dodać, że podobną w charakterze i niewiele mniej popularną piosenkę „Zbyt wiele”, nagrali raperzy KaeN, Cheeba i Wdowa.

O czym to świadczy? Ano o tym, że nastolatki potrzebują swoich protest songów i swoich piosenek miłosnych, i że jest to wielki potencjał rynkowy. Trzeba koniecznie dodać, że popularność klipów pastiszowych to również zasługa gimnazjalistów i licealistów. To oni szukają w sieci tzw. beki, czyli dowcipów, i błyskawicznie wymieniają się informacjami na temat najlepszych żartów. Również tych muzycznych. Mają najwięcej czasu, a z badań wynika, że najchętniej spędzają go na surfowaniu w sieci. Nie wydają jeszcze zbyt wielkich pieniędzy na cyfrową muzykę, bo rodzice rzadko dają im korzystać ze swoich kart kredytowych (choć dane ZPAV wskazują, że robią to coraz częściej), zadaniem przemysłu muzycznego jest więc wychować ich jako przyszłych klientów. Bo na samych odsłonach jeszcze nie zarabia się wiele. Zarobić można za to na popularności. W ślad za sukcesem w sieci idą bowiem propozycje koncertowe. A dziś występy to najważniejsze źródło dochodów artystów.

GLOBALNE GWIAZDY

Czy można zatem powiedzieć, że popularność cyfrowej formy dystrybucji zrewolucjonizował hierarchie i gusty? Na to jest jeszcze za wcześnie. 30 lat temu, gdy weszło nowe medium, telewizja muzyczna, wszystko się zmieniło. Gdyby nie MTV, historia muzyki potoczyłaby się inaczej. Nowe trendy, takie jak grunge i hip-hop, nie osiągnęłyby takiej popularności, a Beastie Boys czy Nirvana nie stałyby się globalnymi gwiazdami. YouTube i legalnie ściągana muzyka cyfrowa na razie takiej siły rażenia nie ma. I to pomimo przystępniejszej formuły (widz decyduje o ramówce) i teoretycznym braku jakichkolwiek ograniczeń (dostępne jest niemal wszystko, co w muzyce powstało). Na razie dystrybucja cyfrowa obraca się w kręgu brzmień dość dobrze znanych. Co z socjologicznego punktu widzenia jest absolutnie zrozumiałe. W momencie kiedy nikt nie narzuca nam swoich wyborów i swojego gustu (jak to było w przypadku szefów MTV), zostawiony sam sobie odbiorca wyszukuje dla siebie te piosenki, które już zna.

Oczywiście stwierdzenie „Nikt nie narzuca gustu” też nie jest do końca prawdziwe. Skąd bowiem na listach najchętniej pobieranych piosenek aż osiem tytułów należących do wielkich wytwórni muzycznych? Ano stąd, że najwięksi producenci mogą uruchomić gigantyczną machinę marketingową. Dzięki temu odbiorca trafia w sieci dokładnie na te piosenki, na które ma trafić, bo one są wszędzie. To, oczywiście, dotyczy rynku globalnego, bo na naszym lokalnym nikt nie dysponuje odpowiednimi funduszami. Dzięki temu przebijają się młodzi, ambitni raperzy i pastisze. I to nas korzystnie odróżnia od reszty świata zachodniego, gdzie na cyfrowym topie rządzą ci sami gracze, co na całym rynku. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 22/2015
Więcej możesz przeczytać w 22/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0