Julia i lesbijka

Julia i lesbijka

„Tańcz, choćby płonął świat” to pani pierwsza płyta od 17 lat. Od  prawie dekady pani nie koncertuje. Co pani przez ten czas robiła? Żyłam. Miałam czas dla siebie. Wcześniej byłam beznadziejnie oddana swojej pracy, która odebrała mi wolność. Sądziłam, że już nigdy nie  wrócę do śpiewania, bo znam tę branżę i wiem, że albo jesteś w tym na  sto procent, albo cię w ogóle nie ma. Co sprawiło, że zmieniła pani zdanie? Fani? Oni czekali, pani album trafił nawet na listy płytowych bestsellerów. Romek Lipko przysłał mi piosenkę + tę, która dziś nosi tytuł „Tańcz, choćby płonął świat”. To było demo z lekko zaznaczoną aranżacją. Nie  mogłam się oderwać od tego utworu, aż w końcu uznałam, że chciałabym go  zaśpiewać. Tyle że nie umiałam. Jak to jest możliwe? Z pani głosem? 2,5 oktawy? Operowanie głosem, zwłaszcza w dużej skali, wymaga ćwiczeń, a ja w ogóle nie śpiewałam od ośmiu lat. Żeby wykonać tę piosenkę, potrzebowałam pięciu miesięcy ciężkiej pracy. A wielbiciele nie namawiali pani na powrót? W internecie ma pani fantastyczny kontakt ze swoją publicznością. Wcale nie miałam przekonania, że ktoś na moją płytę czeka. A Facebooka założyłam dlatego, że przed rokiem wydałam antologię. Udało się wskrzesić wszystkie moje płyty analogowe i przenieść je na cyfrę. To w  jakimś sensie przygotowało mój powrót. Było zresztą całkiem zabawne, bo  najpierw to administratorka odpowiadała na Facebooku na pytania fanów pod moim nazwiskiem. Ale oni wyczuli, że to nie ja. Twierdzili, że „pani Zdzisława tak by nie napisała”, że to nie mój język, bo ja nie mogę być taka infantylna. No i w końcu sama się w to zaangażowałam. I potem podczas pracy nad płytą czułam niesamowite wsparcie ze strony publiczności. Rozmowy z fanami to był prawdziwy oddech. To bardzo osobista płyta. Każda z tych dziesięciu piosenek ma swoją historię. I każda została napisana specjalnie dla mnie przez ludzi, którzy mnie dobrze znają, z którymi blisko współpracowałam. Jacek Cygan, Bogdan Olewicz, Andrzej Mogielnicki, z młodszych Luiza Staniec. I mimo że się ze sobą nie konsultowali, okazało się, że wspólnym tematem tych piosenek jest afirmacja życia. Paweł Mossakowski zaproponował mi coś, co w mojej wcześniejszej karierze nigdy się nie zdarzyło. Napisał pierwszą zwrotkę piosenki w czterech wersjach i zapytał, którą wybieram. A kiedy się zdecydowałam, powiedział OK, tą drogą idziemy dalej. To było naprawdę niezwykłe. „Jak się porówna wokal Madonny i Sośnickiej, to słychać, że Madonna może u Sośnickiej w chórku śpiewać. Ale Madonna się urodziła w USA, a  nie w Kaliszu”. Zna pani tę wypowiedź? Zbyszek Wodecki jest dla mnie niezwykle uprzejmy. Często to powtarza ą propos mojego wykonania piosenek z „Evity”. Bardzo cenię Madonnę. Była w  stanie wiele wycisnąć ze swojego wokalu, który nie jest przecież imponujący. Naprawdę wykonała gigantyczną pracę. Zaśpiewać cały musical to wielkie wyzwanie. A ona ma w sobie dużo pokory. Proszę sobie wyobrazić, że przyjechała na nagrania do Londynu, do Andrew Lloyda Webera, autora „Evity”, i zaśpiewała mu część utworów. On jej uprzejmie podziękował i powiedział, żeby jeszcze poćwiczyła ze dwa–trzy miesiące. I ona, chociaż mówi się o niej królowa pop, wróciła do ćwiczeń. Zaśpiewała dobrze. Wokalnie nie mam jej nic do zarzucenia. Na koncertach zamiast Madonny śpiewają wynajęte wokalistki. Ale przy takiej choreografii nie da rady inaczej. Albo się ruszasz, albo śpiewasz. A Madonna jest w świetnej formie, mimo że ma swoje lata. To  dobre włoskie geny. Zakończył się Międzynarodowy Konkurs Chopinowski. Gdy pani mieszkała w Kaliszu i planowała zostać pianistką, marzyła pani o zwycięstwie w tej imprezie? Miała pani przecież stypendium chopinowskie. Wracając do tego, co powiedział Zbyszek Wodecki, nie należy lekceważyć mojego rodzinnego Kalisza. Ma już swoje miejsce na muzycznej mapie świata. Płyta Włodka Pawlika i Randy’ego Bre ckera „Night in Calisia”, nawiązująca do tysiącletniej historii miasta, dostała przecież nagrodę Grammy. A jeśli chodzi o mnie, to może przez chwilę marzyłam o karierze pianistycznej, ale potem wciągnęły mnie inne rzeczy. Chciałam dyrygować, komponować, widziałam siebie w przyszłości w filharmonii. Ale życie jest nieprzewidywalne i w trakcie studiów zaangażowałam się w ruch studencki, współpracowałam z teatrem, zaczęłam jeździć na koncerty i wygrywać festiwale. No i marzenia o dyrygenturze prysły. Chociaż zdarzyło mi się parę razy dyrygować. Na przykład w rewii Friedrichstadtpalast w Berlinie. Prowadziłam też orkiestrę Henryka Debicha. Podczas mojego recitalu w Teatrze Wielkim w Łodzi grałam koncert Griega na fortepianie i jednocześnie dyrygowałam. Dziś widać, że PRL-owska rozrywka, taka jak piosenki Sośnickiej czy  Wodeckiego, którymi pokolenie zafascynowane boomem rockowym pogardzało, stała na wysokim poziomie. I wykonawczym, i muzycznym, i tekstowym. Ja też miałam w latach 80. i 90. poczucie, że to muzyka rockowa kształtuje gust młodych, że wyraża ich myśli i emocje. Sama wtedy mówiłam, że te nasze piosenki o ptaszkach i uczuciach nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Już wtedy chciałam się wycofać. Nie  nagrywałam płyt, rzadko koncertowałam. Ale dziś chyba te piosenki zostały znowu docenione. Może dlatego, że wtedy się dbało o dobre rzemiosło. Żaden reżyser nie wpuściłby na scenę w Opolu kogoś, kto nie  miałby przygotowanej piosenki, teksty pisali Osiecka i Młynarski, no i  nawet na płytach debiutantów grały orkiestry. Kogo by dziś było na to  stać? Poza tym polska piosenka jest w Polsce sekowana, poczynając od  tego, że nie chce jej grać radio, a skończywszy na tym, że oddziały wielkich zachodnich wytwórni mówią artystom: „nagrajcie płytę, a potem zobaczymy”. Skąd oni mają mieć pieniądze na taką inwestycję? A wytwórnie marginalizują polski katalog, bo mogą zarabiać na zachodnim, więc aż tak bardzo na krajowych wykonawcach im nie zależy. Myślałam, że wraz z  nadejściem wolności w latach 90. wreszcie będziemy mogli żyć z  nagrywania płyt i robić to na wysokim poziomie, ale okazało się, że nic z tego. Płyta to dziś luksusowy gadżet, więc tak jak w PRL artyści utrzymują się głównie z koncertów. Z tym że wtedy były stawki urzędowe i naprawdę trzeba było dużo grać, żeby wyżywić rodzinę. Jak pani odbiera to, że stała się gejowską ikoną? Jestem w dobrym towarzystwie, np. Barbry Streisand. Myślę, że wrażliwość gejów jest bliska mojej. Oni już w latach 70. do mnie pisali. Pamiętam, że w 1979 r. Bogdan Olewicz, inspirując się tymi zwierzeniami, napisał dla mnie teksty na płytę „Odcienie samotności”. W tych listach nic nie  było napisane wprost, bo to były inne czasy, ale można to było między wierszami wyczytać. No i z tego, co wiem, ta płyta należy do ulubionych albumów gejów. A pani wielki przebój „Julia i ja” jest opowieścią o lesbijkach? Bo  taki zarzut się w czasach PRL pojawił. Myślę, że to było jednak nieporozumienie. To opowieść o dwóch przyjaciółkach, które zawarły braterstwo krwi. Zresztą to nie jest aż  takie istotne, bo w tej piosence chodzi o klimat. Podobało się pani to, co raper Tede zrobił z pani piosenką? Początkowo nie, nie za bardzo rozumiałam, o czym śpiewa, bo to było dość niewyraźnie zarapowane. No, ale twierdził, że to demo. Trochę mi jednak zaimponował, bo wybrał utwór mało znany, a poza tym poprosił mnie o  zgodę, chociaż nie musiał. Wielu ludzi, którzy samplują moje utwory, w  ogóle mnie o tym nie informuje. No i Tede wziął piosenkę, którą sama skomponowałam, więc poczułam się doceniona jako autorka. Hip-hop to nie jest moja poetyka, ale generalnie rozumiem, jak to działa. No więc jak usłyszałam ostateczną wersję, to pomyślałam, że brzmi dokładnie jak to  demo. Ale chyba w końcu nie najgorzej wyszło. Szczerze mówiąc, najlepszy jest ten refren, który śpiewa pani. Zabawne, że ludzie byli przekonani, że myśmy to razem nagrali. I ciągle nas zapraszano razem do telewizji. Ale to nie miało żadnego sensu, bo to przecież piosenka Tedego. Tyle że dzięki niej usłyszało o mnie kolejne pokolenie i to z tego utworu znają mnie dzisiejsi 30-latkowie. A z kim chciałaby pani dziś zaśpiewać? Tak jak z Wodeckim w czasach „Z tobą chcę oglądać świat”? Nie zastanawiałam się nad tym. Ale bardzo chętnie zaśpiewałabym z Igorem Herbutem. Podoba mi się to, co robi Lemon.
Okładka tygodnika WPROST: 45/2015
Więcej możesz przeczytać w 45/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Lolana IP
    Sośnicka to wielka, polska gwiazda na światowym poziomie. Ma rację co do Madonny.