Szata czyni bohatera

Szata czyni bohatera

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wymyślamy nie odzienie wierzchnie, tylko bohaterów – mówi „Wprost” Sandy Powell, autorka kostiumów m.in. do „Zakochanego Szekspira” i „Gangów Nowego Jorku”.

Ocenia pani ludzi, patrząc na ubrania?

W pozornie prostej decyzji, co na siebie założyć, odbijają się nasze uwarunkowania społeczne, charakter, podejście do świata, kondycja materialna. Widzę, czy ktoś ma świeżo wypastowane lakierki, czy stare adidasy, czy jest schludny, czy za wszelką cenę chce się rzucać w oczy. Ale nie oceniam. I zawsze liczę, że ktoś mnie jednak zaskoczy. Bo wtedy robi się ciekawie.

Jednak chyba nie przepada pani za dzisiejszymi czasami. Pracowała pani głównie przy filmach historycznych.

Kocham współczesne ubrania. Ale praca nad opowieściami o przeszłości daje mi większą satysfakcję. Lubię budować rzeczywistość od zera, projektować, kupować materiały. Dorastałam w niezbyt zamożnej rodzinie. Nie było nas stać na kreacje ze sklepów, więc matka szyła mi sukienki, a potem sama nauczyłam się robić ubrania dla siebie i lalek. Odczuwam trochę nostalgię za czasami, gdy stroje były bardziej osobiste. Bo jeśli można było sobie pozwolić na trzy, cztery sukienki, wybierano je z większym sercem. Dziś dzieciaki wchodzą do marketu i zgarniają wszystko, co zobaczą na manekinach. Masowa moda sprawiła, że poświęcamy mniej uwagi własnemu stylowi. We współczesnych filmach też więcej kupuje się gotowych ciuchów, niż tworzy.

Mogłaby pani projektować kreacje...

Zwykle w zawodzie kostiumografa mniej ważne jest samo projektowanie, a bardziej podejmowanie decyzji. Nie chciałam zostać kreatorką mody, bo tam chodzi wyłącznie o ubrania, które wiesza się na anonimowym ciele modelki. My wymyślamy nie odzienie wierzchnie, tylko bohaterów. To zbiorowy proces, w którym swoje role odgrywają reżyser, operator, aktor. W mojej pracy przede wszystkim muszę rozumieć ludzi. Wyczuć bohatera, ale i aktora – z jego słabościami, kompleksami. Odkryć, w czym będzie się czuł naturalnie, komfortowo, bezpiecznie. Dodać mu pewności siebie. Albo odebrać, jeśli tego sobie życzy reżyser. Każdy detal może mieć znaczenie.

I mówi to osoba, która zaprojektowała pantofelek Kopciuszka?

Okej, tu rzeczywiście musiałam mnóstwo wymyślać. Wielki studyjny film, temat wielokrotnie przerabiany. Sam szklany but też był wyzwaniem. Chciałam, by naprawdę błyszczał. Wykonał go dla nas Swarovski. Ale mówię o procesie. Niezależnie, czy zajmuję się sukniami z baśniowego balu, czy garniturami „Wilka z Wall Street”, podchodzę do pracy podobnie.

Oglądając gotowy film, myśli pani czasem: „Cholera, co tu robi ta chustka?”.

Zdarza się, że dostrzegam na ekranie swoje błędne decyzje. Ale widzowie nie wiedzą, jaka była alternatywa. Zresztą kostiumograf nie robi swojej rewii. Nie może odciągać uwagi od świata filmu. To byłby błąd, gdyby widz obserwował wzory na koszulach, nie słuchając, co mówi postać.

Drażnił panią wystylizowany „Samotny mężczyzna” wyreżyserowany przez projektanta Toma Forda?

Odwrotnie. Rozumiałam, że taki jest styl tego filmu. Że to film również o ubraniach, kreowaniu za ich pomocą siebie, swojego stylu. Szczęśliwie nie każdy obraz taki jest, więc ten jeden obejrzałam z przyjemnością.

Co czyni dobrego kostiumografa?

Wiele osób myśli, że jest to robota polegająca na narysowaniu kilku obrazków sukienek. Tymczasem zawsze mam na głowie cholernie trudne zadania organizacyjne. Trzeba umieć stać na czele zespołu, organizować ludzi, nadzorować budżet, szybko rozwiązywać problemy i podejmować decyzje. Potrzebna jest też umiejętność rozmowy i radzenia sobie z ludźmi.

Lubi pani wracać do tych samych twórców. Odpowiada pani za kolejne filmy Todda Haynesa czy Martina Scorsesego.

To dobra komunikacja sprawia, że projekt się udaje. Gdy ludzie dają z siebie wszystko, to te puzzle się układają. Jeśli spotykam reżysera, którego polubię, próbuję kontynuować współpracę. Po kilku wspólnych filmach wiadomo, co do niego trafia wizualnie, estetycznie. Mimo że zabiera mnie w różne strony i epoki.

Derek Jarman, Scorsese, Haynes, Neil Jordan. Pracują podobnie?

Skąd! Choćby Martin: zawsze daje mi listę filmów dłuższą niż moja lista zakupów na rok, które uważa za referencje. A Derek Jarman to zupełnie inna planeta niż ktokolwiek inny. U niego wszyscy byli zaangażowani w każdy etap procesu twórczego. Tworzyliśmy wspólnotę artystów. Przy „Caravaggiu” wszyscy byliśmy młodzi. Włożyliśmy w ten film strasznie dużo pasji.

Znajduje pani dzisiaj podobną energię?

Jarman był wyjątkowy i nie da się go z nikim porównać. Ale moja sytuacja też się zmieniła. Kiedyś pracowałam przy mniejszych filmach, miałam mniej czasu, mniej pieniędzy, przygotowania trwały kilka tygodni, jeszcze w czasie zdjęć szyliśmy ubrania. Dzisiaj zdarza się, jak przy „Kopciuszku”, że poświęcam projektowi rok. Nad wszystkim czuwa studio, które ma swoje wyobrażenie, gotowe formuły i oczekiwania. Kobiety muszą wyglądać seksownie, mężczyźni męsko. Dlatego pewnie wolę odpłynąć w inne rejony kina, choćby z Toddem Haynesem.

Ma pani ulubione epoki?

Nie. Nawet jeśli na początku wydaje mi się, że jakaś epoka mniej mnie interesuje, gdy kończę pracę to się zmienia. Bo uczę się czegoś i więcej rozumiem. Uwielbiam przygotowania, czytam, co działo się wówczas w polityce i historii. I odkrywam, skąd wzięły się pewne zmiany w stylu. W latach 40. XX w. sukienki w Wielkiej Brytanii nie skróciły się z powodu rewolucji seksualnej. Ludzie po prostu nie mogli pozwolić sobie na zużywanie tylu metrów materiału. Tak samo było z męskimi spodniami: stały się prostsze, co pozwoliło na oszczędność.

Jest pani wyczulona na szczegóły?

Na tym polegają moje kompetencje zawodowe, by odróżniać gorset wiktoriański od elżbietańskiego. Robię, co mogę, aby być wierna czasom. Ale zawsze istnieje licentia poetica. Bo przecież fabryki i materiały są dziś trochę inne. I inne jest nasze spojrzenie na modę. Nie tworzymy muzeum, tylko rozrywkę, będzie nas oglądał współczesny widz. Dlatego zawsze patrzę na współczesną modę i jej zabawy z tradycją.

A jak pani widzi dzisiejszą modę? Zachodzą chyba duże zmiany w stylu. Nawet James Bond ma w sobie coś z abnegata.

Perfekcyjnie uszyty, pięknie skrojony garnitur nigdy nie wyjdzie z mody. Ale myślę, że podobną wagę przykładano do wyglądu Seana Connery’ego, co Daniela Craiga. Bond w latach 60. był stylowym, modnym mężczyzną tamtych czasów. Craig dzisiejszy też jest modnym, stylowym facetem, tylko że naszych czasów. Dzisiaj nosimy się nieco bardziej nonszalancko. Bawiłam się tymi przemianami w „Wilku z Wall Street”. Razem z atmosferą w świecie bankowców, przemianami ekonomicznymi i dochodzeniem bohaterów do pieniędzy zmieniał się sposób ubierania. Od nuworyszowskiego, w którym chodzi o pokazanie się, aż do delikatniejszego, wyrafinowanego. Ale prawdziwy duch epoki widoczny jest po dekadach, więc o naszej epoce będzie można coś powiedzieć za 30 lat. Kto wie, może uda mi się jeszcze przenieść ją na ekran? �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Więcej możesz przeczytać w 51/2015 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także