Polska z własną bronią jądrową? Ekspert: W grę wchodzi „strategia hedgingu”

Polska z własną bronią jądrową? Ekspert: W grę wchodzi „strategia hedgingu”

Zdjęcie poglądowe. Wybuch radzieckiej „Car-bomby”, największej zdetonowanej bomby nuklearnej w dziejach ludzkości. Do eksplozji doszło 30 października 1961 r.
Zdjęcie poglądowe. Wybuch radzieckiej „Car-bomby”, największej zdetonowanej bomby nuklearnej w dziejach ludzkości. Do eksplozji doszło 30 października 1961 r. Źródło: Newspix.pl
Polska mogłaby kiedyś stać się państwem progowym, ale potrzebny byłby bardzo szeroki konsensus polityczny, ponieważ rozpoczęcie programu nuklearnego jest możliwe tylko wtedy, gdy wszystkie kluczowe ośrodki władzy w państwie są w tej sprawie zgodne – mówi Albert Świdziński, dyrektor analiz w Strategy & Future, autor książki „Nasza bomba. Czy Polska potrzebuje strategii jądrowej?”

Marta Roels: Emmanuel Macron zapowiedział, że jego kraj zwiększy liczbę swoich głowic nuklearnych. Poinformował też, że osiem krajów – w tym Polska – zgodziło się wziąć udział w zaproponowanym przez Francję zaawansowanym odstraszaniu nuklearnym. Czy po czterech latach wojny na Ukrainie Europa obudziła się ze snu o końcu historii i zaczęła poważnie traktować swoje bezpieczeństwo, czy to tylko kolejne zapowiedzi bez pokrycia?

Albert Świdziński: Kluczowe w tym programie jest słowo „dzielić się”. Francuski prezydent w rzeczywistości zaproponował doprecyzowanie francuskiej doktryny nuklearnej, a konkretnie definicji tzw. interesów egzystencjalnych Francji, w obronie których mogłaby użyć broni jądrowej. Macron zasugerował jedynie jej bardziej „zeuropeizowaną” wersję. Nie ma jednak mowy o dzieleniu się głowicami nuklearnymi. Prezydent nie zaproponował żadnej poważnej rewizji w tej kwestii. Podtrzymał podstawowe zasady, czyli wyłączność decyzji po stronie prezydenta Francji, użycie broni wyłącznie w realizacji francuskiego interesu oraz brak współplanowania czy współdzielenia arsenału z innymi państwami.

Powiedział jedynie, że francuski parasol nuklearny może obejmować państwa europejskie, ale jednocześnie nie zdefiniował dokładnie, czym są francuskie interesy egzystencjalne. Zostawił to celowo niejednoznaczne. Macron podkreślił natomiast gotowość do organizowania wspólnych ćwiczeń z państwami, które miałyby zostać objęte programem. Wspomniał też o możliwości rozmieszczenia francuskich samolotów na ich terytorium. Nie sprecyzował jednak, czy chodziłoby o maszyny uzbrojone w broń jądrową, czy jedynie zdolne do jej przenoszenia.

Druga kwestia, o której warto pamiętać, dotyczy samej sytuacji politycznej we Francji. Emmanuel Macron formalnie wciąż jest prezydentem, ale jego pozycja polityczna jest dziś bardzo słaba. Cieszy się niezwykle niskim poparciem społecznym i musi zmieniać premierów jak rękawiczki. Jeden z nich utrzymał się na stanowisku zaledwie kilka tygodni. We Francji – podobnie jak w wielu innych krajach europejskich – establishmentowe siły polityczne tracą znaczenie w bardzo szybkim tempie. Dotyczy to Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, a w pewnym stopniu także Holandii. Dlatego jego następca może pochodzić spoza dotychczasowego mainstreamu politycznego. Może to być Jordan Bardella, Marine Le Pen czy Jean-Luc Mélenchon, a takie ugrupowania mogą zupełnie inaczej definiować francuskie interesy egzystencjalne.

Jeśli chodzi o „budzenie się Europy”, to mam poważne wątpliwości, bo trudno mi uwierzyć w coś takiego jak Europa rozumiana jako jednolity podmiot polityczny.

Nie widzę monolitu, który w taki sam sposób postrzegałby zagrożenia i interesy – niezależnie od tego, czy patrzy się z Warszawy, Madrytu czy Berlina. Ideą organizującą pozostają państwa narodowe. Widać to choćby na przykładzie licznych projektów obronnych, które rozpadają się z powodu sprzecznych interesów. Wystarczy wspomnieć francusko-niemiecki program budowy nowego samolotu bojowego.

Nie widzę oznak przebudzenia także na wschodniej flance NATO – w tym w Polsce – gdzie dyskusja o bezpieczeństwie bardzo często sprowadza się do pytania, komu moglibyśmy outsourcować nasze bezpieczeństwo. Z kolei Zachód Europy podejmuje bezradne, a czasem wręcz groteskowe próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Dlatego mam wrażenie, że Europa nadal znajduje się w stanie strategicznej bezradności.

Symboliczną postacią tej sytuacji jest dla mnie Ursula von der Leyen. Pochodzi z niemieckiej arystokracji – można powiedzieć, że odziedziczyła tytuł i być może dobre maniery przy stole, ale poza tym trudno dostrzec tam głębszą wizję polityczną.

Jednym z dotychczasowych sukcesów amerykańskiego prezydenta było zmuszenie Europy do zwiększenia wydatków na obronność. Czy rozszerzenie nuklearnego odstraszania można uznać za kolejny krok w tym kierunku?

Źródło: Wprost