"Na Białorusi głodują i zamarzają tysiące ludzi. Kraj jest pełen obozów i więzień"

"Na Białorusi głodują i zamarzają tysiące ludzi. Kraj jest pełen obozów i więzień"

Dodano:   /  Zmieniono: 
Andrej Sannikau (fot. EPA/TATYANA ZENKOVICH/PAP) 
Były opozycyjny kandydat na prezydenta Białorusi Andrej Sannikau, zwolniony 14 kwietnia z kolonii karnej, nie odpowiedział czy będzie kontynuować działalność polityczną.

- Zastanawiam się w ogóle, jak dalej żyć. To straszne, co zrobili z  moją rodziną. Muszę spróbować wrócić do życia - odparł, zapytany, czy  myśli o kontynuowaniu działalności politycznej. Sannikau ma 5-letniego syna Danika, który nie widział ojca przez ostatni rok i 4 miesiące. Żona opozycjonisty Iryna Chalip została skazana na 2 lata w zawieszeniu za udział w opozycyjnej demonstracji po  wyborach prezydenckich 2010 r. i nie może m.in. opuszczać domu po godz. 22.

Bojkot lepszy niż wybory

Opozycjonista wyraził jednak pogląd na temat strategii przed jesiennymi wyborami do niższej izby białoruskiego parlamentu, Izby Reprezentantów. - Nie sądzę, by można było mówić o udziale w wyborach na  obecnych warunkach. Uważam, że logiczny byłby bojkot, podczas którego można przekazać ludziom informację o tym, co trzeba zrobić w kraju –  oznajmił.

Kategorycznie opowiedział się też za uwolnieniem pozostałych więźniów politycznych. - Były kandydat na prezydenta Mikoła Statkiewicz i inni więźniowie polityczni powinni zostać uwolnieni. Domagamy się tego –  podkreślił.

"Groziła mi fizyczna likwidacja"

Sannikau powiedział, że 20 listopada 2011 r. podpisał prośbę o  ułaskawienie do prezydenta, aby zatrzymać prowokacje i naciski, jakim był poddawany w kolonii karnej. - Mogły się ze mną zdarzyć poważne rzeczy, z fizyczną likwidacją włącznie – zaznaczył. Odmówił jednak wchodzenia w szczegóły.

Jak podkreśla, po podpisaniu prośby robił wszystko, żeby informacja o  tym przedostała się na zewnątrz, był jednak przetrzymywany w całkowitej izolacji. Nie pozwolono mu nawet powiadomić adwokata. Innych więźniów wzywano zaś według jego słów do administracji kolonii karnej, jeśli choćby się z nim przywitali. Ostatecznie informacja o podpisaniu prośby o  ułaskawienie dotarła do jego żony pod koniec stycznia.

"Myślałem o samobójstwie"

W konferencji prasowej uczestniczył także współpracownik Sannikaua Źmicier Bandarenka, który został zwolniony z kolonii karnej 15 kwietnia. Jak powiedział, dopuszczał do siebie myśli o samobójstwie, jeśli sytuacja stanie się nie do zniesienia. - Bardzo ciężko jest znosić długotrwały ból fizyczny. Czasem wydawało mi się, że może lepiej byłoby, gdyby mnie rozstrzelali – powiedział Bandarenka, który jeszcze przed skierowaniem na odbywanie wyroku znalazł się w szpitalu więziennym z powodu poważnych problemów z kręgosłupem, a  w więzieniu przeszedł operację kręgosłupa. Pod koniec stycznia zaostrzono mu warunki odbywania kary, m.in. poprzez odebranie laski, a  także zakaz leżenia w ciągu dnia i noszenia ortopedycznego obuwia. Jego żona uznała to za tortury.

"Na Białorusi tysiące osób zamarza i głoduje"

Obaj opozycjoniści podkreślali, że widzieli w koloniach karnych wielu ludzi, którzy w ogóle nie powinni się tam znaleźć. - Białoruś jest dzisiaj pokryta siatką obozów i więzień. To straszny widok dla XXI wieku. Tysiące ludzi zmarzniętych i głodnych. Podczas mojego pobytu na  oddziale medycznym zmarło 12 osób – zaznaczył Bandarenka.

Sannikau dostał w połowie maja 2011 roku wyrok pięciu lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze w związku z opozycyjną demonstracją w  Mińsku w wieczór po wyborach prezydenckich 19 grudnia 2010 roku. Sąd uznał go za winnego organizacji masowych zamieszek. Bandarenka pod koniec kwietnia 2011 został skazany na dwa lata kolonii karnej roku za udział w protestach w grudniu 2010 roku.

Unia Europejska z zadowoleniem przyjęła decyzję władz białoruskich o  ich uwolnieniu, ale podkreśliła, że za tym krokiem powinny nastąpić kolejne - zwolnienie wszystkich więźniów politycznych.

ja, PAP