Romney atakuje Obamę. "Ameryka jest bezsilna!"

Romney atakuje Obamę. "Ameryka jest bezsilna!"

Dodano:   /  Zmieniono: 1
fot. EPA/PAP
Mimo potknięć Mitt Romney kontynuuje ofensywę przeciw polityce zagranicznej prezydenta Baracka Obamy, sugerując, że ataki na ambasady USA są objawem słabości i bezsilności Ameryki. Zdaniem komentatorów jednak w kampanii powinien skupić się raczej na gospodarce.

"Kiedy patrzymy dziś na świat, czasami wydaje się, że znajdujemy się na łasce wydarzeń, zamiast je kształtować" - powiedział kandydat Republikanów na piątkowym wiecu w Fairfax w Wirginii, na przedmieściu Waszyngtonu.

Zabójstwa ambasadora USA w Libii Christophera Stevensa i kilku innych Amerykanów we wtorek w wyniku burzliwych demonstracji islamistów w Bengazi, a także ataki na amerykańskie placówki dyplomatyczne w Egipcie i innych krajach arabskich stały się dla obozu Romneya pretekstem do frontalnego ataku na politykę międzynarodową Obamy.

Doradcy republikańskiego kandydata mówią mediom, że gdyby Romney był prezydentem, nie doszłoby do tak burzliwych protestów przeciw antyislamskiemu filmowi, gdyż muzułmanie mieliby większy respekt dla Ameryki.

"W Egipcie, Libii, Jemenie szacunek dla Ameryki się zmniejszył, nie ma tam poczucia, że jesteśmy stanowczy i zdecydowani chronić swoje budynki (ambasad - PAP) - powiedział "Washington Post" główny doradca Romneya ds. polityki zagranicznej Richard Williamson.

Ofensywę kandydata GOP wspierają życzliwe mu media.

"W Zatoce Perskiej, w krajach arabskich, USA postrzegane są jako mocarstwo schyłkowe. W miarę jak ta percepcja rośnie, wrogie siły nabierają pewności siebie, aby wypełnić próżnię. Amerykańskie interesy i aktywa będą coraz częściej celem ataku, jeżeli trend ten nie zostanie odwrócony" - napisał w czwartek "Wall Street Journal" w komentarzu redakcyjnym.

Zdaniem prawicy winny za taki stan rzeczy jest Obama i jego polityka - jak to określają jego krytycy - "przepraszania za Amerykę" i jej potęgę.

"Administracja Obamy mówi od czterech lat, że USA muszą ulegać życzeniom ONZ i innych krajów i świat to zauważył - jest teraz bardziej gotowy do ignorowania pragnień i interesów Ameryki" - czytamy w "WSJ".

Ofensywa Romneya rozwijała się z oporami, gdyż w kilka godzin po gwałtownych demonstracjach w Libii i Egipcie republikański kandydat ostro potępił oświadczenie ambasady USA w Trypolisie, w którym dopatrzył się "przepraszania" muzułmanów za antyislamski film, który wywołał ich protesty.

Romney został za to skrytykowany, w tym nawet przez niektórych konserwatywnych komentatorów, jak autorka przemówień prezydenta Ronalda Reagana (1981-1989) Peggy Noonan. Jego wystąpienie przeciw oświadczeniu ambasady - które było próbą uspokojenia nastrojów arabskiej ulicy - uznano za nietaktowną gafę w momencie tragedii.

Potknięcie Romneya zeszło jednak wkrótce na dalszy plan, ponieważ Obama też stał się obiektem krytyki. Za gafę uznano jego oświadczenie w czwartek, że Egipt "nie jest ani sojusznikiem, ani nieprzyjacielem" Ameryki.

Egipt ma od dawna status tzw. sojusznika USA nienależącego do NATO, podobnie jak np. Izrael, Australia, Japonia i Korea Południowa. Jest też największym po Izraelu odbiorcą pomocy amerykańskiej - otrzymuje co roku ok. 2 miliardów dolarów.

Biały Dom musiał wyjaśniać, że Obama miał rację "w kategoriach dyplomatycznych i prawnych", ponieważ termin "sojusznik" - jak tłumaczył rzecznik prezydenta, Jay Carney - formalnie odnosi się tylko do krajów, z którymi USA mają traktaty o współpracy wojskowej o randze NATO.

Niezręczność Obamy dostarczyła Republikanom kolejnej okazji do ataku.

Neokonserwatyści otaczający Romneya usiłują teraz stworzyć wrażenie, że fala przemocy przeciw Amerykanom w świecie muzułmańskim jest powrotem do sytuacji z 1979 roku, kiedy ekstremiści irańscy opanowali ambasadę USA w Teheranie i uwięzili jej dyplomatów jako zakładników.

W Białym Domu urzędował wtedy prezydent Jimmy Carter, szeroko oceniany w USA jako jeden z najgorszych prezydentów w XX wieku, za którego kadencji pozycja Ameryki na świecie zaczynała słabnąć. Republikanie od dawna przekonują, że Obama jest "drugim Carterem".

Według sondaży jednak większość Amerykanów znacznie bardziej ufa Obamie niż Romneyowi w dziedzinie polityki zagranicznej i obronnej. Na korzyść prezydenta działa zabicie Osamy bin Ladena i wycofanie wojsk z Iraku.

Media przypominają tymczasem stale o poprzednich potknięciach Romneya. Wypomina mu się m.in. krytykę organizacji olimpiady w Londynie w czasie wizyty w Wielkiej Brytanii i oświadczenie, że Rosja "jest największym geopolitycznym przeciwnikiem USA".

Nawet w Partii Republikańskiej wielu prominentnych polityków krytykuje wypowiedzi Romneya i jego doradców na tematy międzynarodowe. Ostatnio, w wywiadzie dla telewizji Fox News, zdystansował się od nich były kandydat na prezydenta, senator John McCain.

eb, pap

 1

Czytaj także