W niedzielę zginęło kolejnych dwu żołnierzy USA, co oznacza, że liczba amerykańskich ofiar śmiertelnych irackiej operacji wzrosła do 275 żołnierzy. W tej liczbie 137 zginęło w ciągu ostatnich 117 dni - od 1 maja. Spośród nich 65 straciło życie w starciu z nieprzyjacielem.
Rzecznik dowództwa koalicji w Bagdadzie, mjr William Thurmond, przyznaje, iż jeszcze przez rozpoczęciem działań interwencyjnych Pentagon zdawał sobie sprawę, że ustabilizowanie sytuacji w Iraku będzie trudnym zadaniem i może pochłonąć wiele ofiar. "Sytuacja zmieniła się zasadniczo: w czasie wojny mieliśmy do czynienia z umundurowanym, zorganizowanym nieprzyjacielem, dziś wróg jest okrutniejszy i atakuje zza węgła" - powiedział Thurmond w rozmowie z dziennikarzem Associated Press. Średnio ataki następują co dwie godziny przez całą dobę w różnych punktach Iraku.
Sytuację żołnierzy komplikuje nowe zadanie: rola sił pokojowych, co oznacza, iż przede wszystkim muszą chronić życie irackich cywilów i nie mogą wykorzystywać swego całego potencjału bojowego. Gdy w czasie weekendu wzrastała liczba śmiertelnych ofiar wśród amerykańskich żołnierzy, prezydent Bush nasilił kampanię, której celem jest sprowadzenie do Iraku wojsk innych krajów. "Potrzebujemy dodatkowych oddziałów innych państw w Iraku. Zapewniam, że siły te znajdą się w Iraku" - powiedział Bush w czasie niedzielnego spotkania z dziennikarzami w Seattle. Nowe zagraniczne oddziały - dodał - miałyby strzec irackiej infrastruktury, co oznaczałoby uwolnienie od tego zadania amerykańskich "grup pościgowych".
Od 1 maja w Iraku zginęło także 48 Brytyjczyków, w tym jednak tylko dziesięciu w bezpośrednich starciach. Poniósł śmierć także jeden żołnierz z kontyngentu duńskiego.
sg, pap