(Nie)winna lekcja

(Nie)winna lekcja

Włoskie sześciolatki będą się uczyć o roli wina w historii swego kraju. Senatorzy w Rzymie pochylili się właśnie nad nowym programem edukacyjnym.

Nie chodzi nam o to, by uczyć dzieci pić wino. Choć nawet gdyby, to nie byłoby to najgorsze rozwiązanie – twierdzi Dario Stefąno, senator koalicji Lewica, Ekologia, Wolność. – To, że uczymy dzieciaki w szkole muzyki, nie oznacza, że oczekujemy, iż zostaną muzykami – dodaje polityk, który pod koniec marca złożył projekt winnych lekcji w parlamencie. Przedmiot ma się nazywać „Historia i cywilizacja wina”, a zgłębiać go będą już najmłodsze dzieciaki – między 6. a 13. rokiem życia.


Winiarskie dziedzictwo

Projekt lewicowej koalicji musi przejść jeszcze długą drogę legislacyjną. Jeśli wejdzie w życie, włoscy uczniowie będą zgłębiali tajniki winiarstwa i kultury wina przez godzinę w tygodniu. W takim samym wymiarze uczą się teraz muzyki i religii. – We Włoszech mamy więcej winnic niż kościołów – zauważa przy tym senator. Jeśli nie przejdą osobne lekcje „z wina”, alternatywą może być włączenie elementów nauki o winiarskim dziedzictwie Italii do takich przedmiotów jak historia, biologia czy geografia. Stefąno przypomina, że Włochy są dziś największym producentem wina na świecie (48,9 mln hl w 2015 r.; w tym samym roku we Francji wyprodukowano 47,4 mln hl wina), a nauka o nim to po części przyswajanie wiedzy o narodowym dziedzictwie. Warto wreszcie pamiętać, że wino daje we Włoszech 1,25 mln miejsc pracy, a zatem to nie tylko „historia i cywilizacja”, ale też ważna część gospodarki na Półwyspie Apenińskim.

Niestety (bądź na szczęście) nauka degustacji wina nie będzie częścią planowanych zajęć. Pomysłodawcy zakładają natomiast, że lekcje przyczynią się do tego, iż w przyszłości ich absolwenci będą spożywać alkohol w sposób umiarkowany. Takiego zdania jest między innymi wspierający projekt profesor Uniwersytetu Mediolańskiego Attilio Scienza – utrzymuje on, że ktoś, kto się zna na winie, pije ten trunek mniej zachłannie. Projekt poparli też sami winiarze. Prezydent Włoskiej Unii Winiarskiej (UIV) Paolo Castelletti podkreślał podczas wystąpienia w parlamencie, że zgłębiając wiedzę o regionach winiarskich Italii, uczniowie nauczą się geografii kraju. W istocie winorośl uprawia się we wszystkich regionach administracyjnych i zakątkach Italii – od alpejskiej Doliny Aosty pod granicą szwajcarską po maleńką wyspę Pantelleria oddaloną mniej niż 40 mil morskich od wybrzeży Tunezji.

Zwolennicy programu przypominają także, że nauczanie o winie może pchnąć więcej młodzieży w stronę zawodów związanych nawet nie tyle z winiarstwem, co z gastronomią, która jest w Italii siłą napędową przemysłu turystycznego. Ten zaś przyniósł w zeszłym roku 35 mld euro. Podobny projekt był już realizowany w lombardzkiej Brescii, w północnych Włoszech. Pilotażowy program według założeń Stefąno ma być wprowadzony w Apulii, na „obcasie” włoskiego buta, oraz w Wenecji Euganejskiej. Wielu Włochów uczyło się już w szkole o winie, choć nigdy nie były to dopięte na ostatni guzik programy. Blogerka Annalisa Merelli wspomina, jak w wieku siedmiu lat robili w czasie szkolnych zajęć wino z białych i czerwonych winogron. Wyszedł im wprawdzie… ocet, ale jak wspomina Merelli, to także była nauka.

Zajęcia w winnicach

To zresztą nie pierwsza taka inicjatywa w Europie. O lekcjach winiarstwa mówili już ponad dekadę temu francuscy deputowani. W 2012 r. z inicjatywy organizacji winiarskiej w Bordeaux powstał zaś program „Zielona Żyronda”, którego celem jest ochrona dziedzictwa regionu, promocja i zrozumienie kultury wina. W praktyce dzieci między 6. a 11. rokiem życia jeździły do winnic i winiarni na spotkania z producentami. Wyposażone w „Mon Cahier des Vignes” („Mój dziennik winnicy”) przyglądały się pracy w winnicach i piwnicach w różnych porach roku, rozmawiały z winiarzami, a zamiast pić wino, jeździły między rzędami winorośli traktorami. Program nie był obowiązkowy, w dodatku winiarze nie mogli go promować – to same szkoły musiały się zgłosić do organizacji.

Ta zaś płaciła za materiały (osobne dla dzieci, osobne dla nauczycieli i samych producentów) i za autobus do winnicy. Dla wszystkich na szczęście było jasne, że w „Zielonej Żyrondzie” nie chodzi o rozpijanie młodzieży, ale o zwrócenie uwagi dzieci na to, że wino jest częścią tradycji ich kraju, a zwłaszcza regionu, w którym mieszkają (pamiętajmy, że Bordeaux to jeden z największych regionów winiarskich na świecie zajmujący 120 tys. ha i produkujący średnio 700 mln butelek rocznie; w przemyśle winiarskim zatrudnionych jest tu kilkadziesiąt tysięcy ludzi na półtora miliona wszystkich mieszkańców departamentu Żyronda). Wbrew naszym wyobrażeniom teoretyczna wiedza o winie mieszkańców najważniejszych krajów winiarskich Europy jest bardzo niewielka.

Dowcipy o Francuzach, którzy z trudem akceptują fakt istnienia winnic w sąsiedniej wiosce, nie przyjmują zaś w ogóle do wiadomości tego, że wino robi się także w innych niż ich własny regionach, są już dziś może nieco przesadzone, ale zawierają sporo prawdy. Nie tak dawno zaskoczyłem w czasie degustacji w jednej z piwnic w Chablis francuskiego miłośnika wina informacją o tym, że jego ulubiony napój robi się także w Austrii. Co innego, gdy idzie o praktykę. Ten sam Francuz po spróbowaniu łyka vaudesir z rozmarzonym wzrokiem wymyślił od ręki idealnie pasującą do niego potrawę.

Na liście UNESCO

W Europie kwestia wina już dawno wykroczyła na szczęście poza granice talerza i kieliszka. Muzea wina, świetnie oznaczone szlaki, centra edukacyjne wpisały się na stałe w krajobraz regionów winiarskich, stając się ważnym elementem turystyki. Nawet w Polsce dorobiliśmy się podobnego miejsca. Pod Zieloną Górą, przy zrekonstruowanej 35-hektarowej winnicy między Łazem a Zaborem, powstało samorządowe Lubuskie Centrum Winiarskie – otwarte dla przyjezdnych miejsce, w którym można wziąć udział w degustacji, zwiedzić poświęcone miejscowemu winiarstwu wystawy, a w sezonie także przyjrzeć się winobraniu i przeróbce owoców.

Coraz więcej miejsc, ale i niematerialnych praktyk winiarskich, trafia na listę światowego dziedzictwa UNESCO. I tak znalazły się na niej krajobraz, winiarnie i piwnice Szampanii; tzw. climats, czyli winnice o starym rodowodzie w Burgundii; tysiącletnie tradycje winiarskie węgierskiego Tokaju; winnice i zamki w Dolinie Loary; tarasowe winnice w dolinie rzeki Douro w Portugalii; winiarski krajobraz Langhe, Roero i Monferrato (w tym słynne apelacje Barolo i Barbaresco) we włoskim Piemoncie; Mittelrhein, czyli malowniczy odcinek Renu między Bingen a Koblencją, ze słynną skałą Loreley, ale i stromymi, porośniętymi krzewami rieslinga winnicami w Niemczech; gruzińskie kvevri, czyli gliniane amfory, w których tradycyjnie wytwarza się wino.

Każdego roku na listę wpisywane są kolejne regiony i praktyki winiarskie. Na szczęście nikt w UNESCO nie ma poczucia, że promuje w ten sposób pijaństwo. Kilka lat temu na prowadzony przeze mnie kurs podstaw wiedzy o winie, mężczyzna w średnim wieku przyprowadził długowłosego nastolatka w ramonesce i T--shircie z logo heavymetalowego zespołu. Po degustacji przyznał, że kurs był prezentem na 19. urodziny syna. – Mam nadzieję, że jeśli pokażę mu, jak smakują dobre wina, straci ochotę na siarę z kolegami – przyznał zapobiegliwy ojciec. Bez wątpienia częścią polskiego dziedzictwa i narodowej tradycji jest wódka. Można się spierać, czy poświęcanie gorzałce godziny tygodniowo w szkolnym programie sześcio- siedmiolatków jest słuszne. Ale przynajmniej jedne zajęcia w programie liceum, choćby w ramach lekcji historii, miałyby sens. A z pewnością cieszyłyby się powodzeniem. ■

Autor jEST REDAKTOREM NACZELNym „MAGAZynu WINO”

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 15/2016
Więcej możesz przeczytać w 15/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • karolek   IP
    Elbanowska w ciązy . Mamy najdzieje że tym razem będzie mądre dziecko i będzie mogło pójść do szkoły jak wszystkie inne dzieci. A tak na marginesie wokalbym mieć dzieci ze wsciekła krową niż wpuścić do łózka Elbanową