Jako jeden z pierwszych udział w eurowyborach wziął głosujący w Pradze były prezydent Vaclav Havel. Już wcześniej, w wypowiedziach dla mediów, udzielił poparcia kandydatom kilku mniejszych partii, uzasadniając to potrzebą przełamania stereotypów politycznych.
Jego następca na stanowisku głowy państwa, znany z eurosceptycyzmu Vaclav Klaus, zamierza głosować w sobotę, po powrocie ze Stanów Zjednoczonych, gdzie bierze udział w pogrzebie byłego prezydenta Ronalda Reagana.
Głosujący w Pradze przewodniczący Senatu Petr Pithart z koalicyjnej partii ludowców wyraził obawę, że wielu wyborców głosując kieruje się swym stosunkiem do obecnego rządu. Jego zdaniem, we wszystkich państwach UE uczestnicy eurowyborów wystawiają rachunek swojemu rządowi. Część winy ponosi za to sama Unia, gdyż - jak dodał - do tej pory nie umiała znaleźć ani sposobu, ani języka, by zbliżyć się do zwykłych ludzi.
"Nie będę głosować w eurowyborach, bo w referendum byłem przeciwny wejściu do Unii Europejskiej. Członkostwo w UE mnie osobiście nie daje nic, poza zwiększonymi podatkami. Z dobrodziejstw wolności poruszania się po świecie korzystaliśmy już wcześniej. Dziś musimy tylko płacić. Myślę, że niska frekwencja będzie najlepszym świadectwem tego, co większość Czechów naprawdę sądzi o UE" - powiedział PAP Milan Jansky, właściciel jednego z praskich antykwariatów.
"Będę głosować, nie tylko dlatego, że w referendum byłem za wejściem do UE, ale także dlatego, że wierzę w europejską demokrację. Jeśli w tych wyborach sympatie głosujących kierują się w stronę partii opozycyjnych, to jest to najlepszy dowód na to, że polityka europejska nie jest zwykłym ludziom obojętna, a stosunek do niej wyrażają w każdy dostępny sposób. To właśnie jest demokracja" - uważa student Uniwersytetu Karola w Pradze, Jan Cziżek.
Bardzo zróżnicowane prognozy frekwencji wyborczej w Czechach publikowały agencje badania opinii publicznej. Zdaniem ekspertów, oczekiwania, że do urn przyjdzie 60 proc. wyborców, są mocno przesadzone. "Realny jest wynik 27-30 proc." - powiedział PAP pragnący zachować anonimowość pracownik kancelarii prezydenckiej.
***
Ci Estończycy, którzy nie zamierzają wziąć udziału w niedzielnych wyborach do Parlamentu Europejskiego, są przekonani, że nic nie zależy od ich głosów.
Około 64 procent z nich jest zdania, że nie ma żadnego znaczenia, czy pójdą do urn wyborczych, czy nie - wynika z przeprowadzonego w ostatnich dniach badania instytutu Gallupa. Dokładnie połowa respondentów oznajmiła, że nie interesuje się wyborami do PE, a 49 procent wyraziło opinię, że członkowie europarlamentu niewystarczająco bronią ich interesów.
40 procent badanych Estończyków nie wie, co to jest europarlament i czym się zajmuje.
Według ostatnich sondaży, w Estonii 13 czerwca zamierza pójść do urn 26 procent z 887 tysięcy uprawnionych.
sg, pap