We wtorek prezydent Iraku Ghazi al-Jawer zaapelował do ONZ, aby zastanowiła się, czy wybory do zgromadzenia narodowego powinny nastąpić 30 stycznia mimo fali przemocy, która może odstraszyć wyborców od udziału w głosowaniu.
W podobnym duchu wypowiedział się w poniedziałek iracki minister obrony Hazim Szalan.
Ich wystąpienia przyjęto jako znak, że w obliczu narastającego terroru tymczasowe władze irackie zaczynają się wahać i myśleć o przełożeniu głosowania.
Odłożenia wyborów o kilka miesięcy chcą wszystkie główne partie arabskiej mniejszości sunnickiej, która stanowi 15-20 procent ludności kraju, ale za Saddama Husajna i także wcześniej dominowała we władzach kraju.
Partyzantka szerzy się obecnie prawie wyłącznie na terenach sunnickich i partie te obawiają się, że frekwencja będzie tam słabsza niż gdzie indziej. Może to sprawić, że arabscy sunnici zdobędą w 275-miejscowym parlamencie nie więcej niż 5-10 procent mandatów i znajdą się na marginesie irackiej polityki.
Do wyborów prą szyici, stanowiący 60 procent ludności Iraku, do zeszłego roku dyskryminowani. Obecnie piastują oni największą część stanowisk w tymczasowych władzach kraju i widzą w wyborach klucz do utrwalenia swej przewagi.
Zwolennicy odłożenia wyborów argumentują, że głosowanie bez udziału sunnitów wyłoni parlament mało reprezentatywny, co zagrozi zaostrzeniem się konfliktu między sunnitami i szyitami.
Za utrzymaniem terminu wyborów są przywódcy szyitów, w tym ich najwyższy autorytet duchowy, wielki ajatollah Ali al-Sistani, a także premier Alawi, Iracka Niezależna Komisja Wyborcza i Stany Zjednoczone. Wszyscy oni argumentują, że odłożenie wyborów byłoby zwycięstwem partyzantów i terrorystów. Ośmieleni sukcesem, wzmogliby jeszcze bardziej swe ataki, wskutek czego za kilka miesięcy przeprowadzenie wyborów mogłoby okazać się równie trudne, jeśli nie trudniejsze niż obecnie.
Rząd iracki miał nadzieję, że podjęty w listopadzie zeszłego roku szturm wojsk amerykańskich na Faludżę, główny bastion partyzantki sunnickiej, osłabi rebeliantów i zapewni względny spokój przed wyborami.
Jednak część partyzantów przeniosła się do innych miast pasa sunnickiego, między innymi do Mosulu, i wzmogła tam terror. Nie ma dnia bez zamachów, w których giną funkcjonariusze irackich sił bezpieczeństwa.
Prezydent Jawer powiedział we wtorek Reuterowi, że część członków rządu irackiego jest za odłożeniem głosowania, ale obawia się wystąpić z propozycją w tej sprawie, aby nie narazić się na zarzut, iż rząd tymczasowy chce jak najdłużej pozostać u władzy bez mandatu od wyborców. Dlatego prezydent sugeruje, aby z inicjatywą w tej sprawie wystąpiła ONZ.
Reagując na wypowiedź Jawera, rzeczniczka ONZ oświadczyła, że decyzja o terminie wyborów leży w gestii Irackiej Niezależnej Komisji Wyborczej. Dodała, że ONZ nie otrzymała od Jawera żadnej oficjalnej prośby.
Waszyngton potwierdził, że chce wyborów 30 stycznia. "W znacznej części kraju sytuacja jest wystarczająco bezpieczna, by można było przeprowadzić głosowanie - powiedział rzecznik Białego Domu Scott McClellan. - W kilku miejscach staramy się poprawić stan bezpieczeństwa, tak by uczestnictwo w głosowaniu było tam możliwie największe".