Lumpeks z ekonomistami

Lumpeks z ekonomistami

Polska ekonomia to światowa trzecia liga
Polscy ekonomiści liczą się tylko w polskim zaścianku - taki wniosek można wyciągnąć, czytając międzynarodowe raporty. W ostatnim rankingu tysiąca najczęściej cytowanych ekonomistów na świecie, przeprowadzonym na zlecenie Europejskiego Towarzystwa Ekonomicznego, nie ma ani jednego Polaka. Podobnie jak w czwartym, ostatnim, wydaniu zbioru "Kto jest kim w światowej ekonomii".
Czerwone latarnie
Dlaczego nikogo nie interesują publikacje polskich ekonomistów? - Większość z nich zajmuje się transformacją ustrojową, bo w tej dziedzinie jest mała konkurencja. Na świecie mało kogo to dziś jednak obchodzi - komentuje prof. Andrzej Koźmiński, rektor Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania. Polskie uczelnie są zdominowane przez naukowców wychowanych w poprzedniej epoce, którzy tytuły naukowe zawdzięczają dowodzeniu wyższości socjalistycznej gospodarki nad kapitalistyczną. Jak zauważył prof. Andrzej Blikle, prawa ekonomii traktuje się w Polsce jak podglądy polityczne. - Przekładając tę sytuację na matematykę: jedni twierdzą, że kąt prosty ma 75 stopni, a inni, że 110 - zauważa prof. Blikle.
W rankingu European Business Schools z 2006 r., opublikowanym przez "Financial Times", najlepsza szkoła ekonomiczna w Polsce - Szkoła Główna Handlowa w Warszawie - zajęła ostatnie, 55. miejsce. Została wyprzedzona nawet przez Corvinius University z Węgier (49. miejsce). W rankingu "Financial Timesa" z 2006 r. Masters in Management SGH także zajęła ostatnie, tym razem 35. miejsce (oceniono kierunek Bankowość i Finanse). W drugim zestawieniu brano pod uwagę m.in. stopień satysfakcji studentów z nauki, stosunek wysokości czesnego do tego, co można za te pieniądze otrzymać, wysokość pierwszej pensji, odsetek osób, które miały praktykę w czasie studiów. Skoro najlepsza polska uczelnia ekonomiczna nie dorasta do pięt światowej czołówce, to jak wygląda sytuacja innych szkół wyższych?

Jan Winiecki w latach 70. prognozował wzrost interwencji państwa w gospodarce Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, czy będą rządzić demokraci, czy republikanie

Leszek Balcerowicz uchodzi w Polsce za skrajnego liberała, chociaż dał się poznać jako zwolennik sterowania gospodarką przez państwo

Marek Belka
zawdzięcza tytuły naukowe miażdżącej krytyce poglądów ojca współczesnego liberalizmu- Miltona Friedmana

Grzegorz Kołodko opowiadał się za rozwiązaniem rezerwy rewaluacyjnej. Gdyby dopiął swego, NBP musiałby dodrukowywać pieniądze

Adam Glapiński na początku lat 80. sławił poglądy Marksa i Engelsa, na które wielu ekonomistów miało "spoglądać zazdrośnie"
Ekonomiści socjaliści
Nawet pobieżna analiza twórczości naszych najbardziej znanych ekonomistów szokuje. Przedstawiany w mediach jako autorytet ekonomiczny prof. Marek Belka (były minister finansów i premier) tytuły naukowe zawdzięcza m.in. miażdżącej krytyce poglądów prof. Miltona Friedmana, uważanego za ojca współczesnego liberalizmu. Belka w 1985 r. dowodził, że Friedman - zwolennik zmniejszania obecności państwa w gospodarce - to demagog i publicysta, a nie uczony. Ubolewał, że poglądy Friedmana, traktowane z pobłażliwą ironią w latach 40. i 50., stały się jednymi z ważniejszych we współczesnej ekonomii. Na początku lat 90. Belka bezlitośnie krytykował reaganomikę (politykę obniżki podatków, realizowaną przez prezydenta USA Ronalda Reagana), twierdząc przy okazji, że zasada tzw. krzywej Laffera (założenie, że od pewnego momentu podnoszenie podatków staje się nieopłacalne dla fiskusa, gdyż ludzie przestają legalnie pracować i je płacić) się skompromitowała.
Prof. Grzegorz Kołodko, inny tytan myśli ekonomicznej, jeszcze w 2004 r. w dziele "O naprawie naszych finansów" przekonywał, że tzw. rezerwę rewaluacyjną (czyli zapis księgowy, pokazujący różnicę między ceną zakupu waluty a jej aktualnym kursem) należy rozwiązać, gdyż jest "mało prawdopodobne", by kurs dolara spadł do 3 zł, czyli spowodował wyparowanie wirtualnych zysków. Gdyby Kołodko dopiął swego, oznaczałoby to dodrukowanie pieniędzy, bo dziś kurs dolara wynosi 2,76 zł. Adam Glapiński, uchodzący za szarą eminencję w PiS (profesor SGH), od niedawna szef rady nadzorczej KGHM Polska Miedź, na początku w 1982 r. rozsławiał poglądy Marksa i Engelsa, na które wielu ekonomistów miało "spoglądać zazdrośnie".
Prof. Jan Winiecki, założyciel Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (w latach 1986-1995 był najchętniej cytowanym za granicą polskim ekonomistą), w 1975 r. prognozował wzrost interwencjonizmu państwowego w USA, niezależnie od tego, czy przy władzy będą demokraci, czy republikanie. Dywagował też, czy ogromne, bo "aż" 5,5-procentowe bezrobocie (głównie wśród Latynosów i czarnoskórych) spowoduje wybuch społeczny. - W tych czasach już nie trzeba było tak pisać - komentuje jeden z wykładowców SGH. To, że pisanie bzdur w tamtych czasach nie było konieczne, pokazuje przykład prof. Wacława Wilczyńskiego, który z obroną doktoratu musiał czekać na odwilż w PRL.
Polska ekonomia zdominowana jest przez różne odcienie zwolenników państwowego interwencjonizmu. Dlatego Leszek Balcerowicz, który dał się poznać jako zwolennik sterowania gospodarką przez państwo, uchodzi za skrajnego liberała, chociaż jego poglądy o ręcznym schładzaniu gospodarki bliskie są keynesistom.

Pokonani przez rynek
Ukryta niechęć do wolnego rynku może wynikać z faktu, że nawet najbardziej znani polscy ekonomiści nie są w stanie znaleźć nabywców dla swoich publikacji. Amazon.com, największa na świecie księgarnia internetowa, pozwala sprawdzić, na którym miejscu w rankingu najlepiej sprzedawanych książek znajduje się każda pozycja. "Instytucjonalne bariery dla ekonomicznego rozwoju - Niedokończona transformacja Polski" - książka pod redakcją prof. Winieckiego, w której zawarł większość swoich tekstów, jest na 5 303 477. miejscu (informacja z 8 maja 2007 r.) w tym zestawieniu. O tym, co sądzą o niej czytelnicy, świadczy także fakt, że choć sprzedawana jest po aż 155 USD, to można ją kupić z drugiej ręki już za 21 USD.
Także Leszek Balcerowicz nie ma zbyt wielu czytelników. Jego książka "Postkomunistyczna transformacja. Trochę lekcji" jest na 3 850 680. miejscu. Stosunkowo najlepszy wynik osiągnął Grzegorz W. Kołodko. Jego książka "Od szoku do terapii" znalazła się na 1 291 513. pozycji. Oczywiście, nie wymagamy od profesorów ekonomii, aby konkurowali o miejsce na listach bestsellerów z Harrym Potterem, ale warto dla porównania sprawdzić, na którym miejscu w rankingu sprzedaży są na przykład książki prof. Miltona Friedmana. Jego najpopularniejsza praca "Kapitalizm i wolność" jest wśród dwóch tysięcy najchętniej kupowanych książek za pośrednictwem Amazon.com. Nawet najtrudniejsza dla przyswojenia dla osoby bez wykształcenia ekonomicznego książka "Teoria cen" jest na 146 098. miejscu, co oznacza, że od książki Winieckiego dzieli ją ponad 5 mln pozycji.
Polscy ekonomiści o konkurencji lubią czytać tylko w teorii, natomiast perspektywa poddania ich pracy naukowej niezależnemu osądowi ich przeraża. Czy aby nie dlatego, że by przeczytać pracę doktorską obronioną na SGH, potrzeba zgody rektora? Na uczelniach ekonomicznych Europy i Stanów Zjednoczonych takie prace są dostępne w Internecie. Polscy ekonomiści są także zwyczajnie leniwi. Prof. Stanisław Rudolf, wiceprezes zarządu Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, zauważył ostatnio, że prawie w ogóle nie biorą oni udziału w seminariach Europejskiego Stowarzyszenia Ekonomicznego (European Economic Association), choć konkurencja jest tam o wiele mniejsza niż w USA (akceptowane jest 30 proc. referatów zgłoszonych do prezentacji).

Amerykański patent
Brak zmian w ciągu ostatnich 17 lat w polskiej ekonomii wynika z fatalnego systemu kształcenia, który sprzyja tworzeniu się akademickich sitw i układów. Promotorzy współpracują ze swoimi podopiecznymi, tworząc zwartą grupę broniącą dostępu do tytułów i stanowisk ludziom myślącym niezgodnie z ich przekonaniami. W USA stworzono system, który eliminuje takie patologie. Po obronieniu doktoratu doktorantowi nie wolno zostać na tej samej uczelni. Musi odejść i poddać swoje kwalifikacje weryfikacji na wolnym rynku. Wysyła podania do innych uczelni, które zapraszają go na pierwszą rozmowę na tzw. targach doktorów. - Po obronie doktoratu na Northwestern University w Chicago musiałem chodzić od jednego pokoju hotelowego (targi doktorów odbywały się w hotelu w Chicago) do drugiego i przekonywać przedstawicieli uniwersytetów, że warto mnie zatrudnić. Miałem na to pół godziny - mówi Marcin Pęski z Wydziału Ekonomicznego University of Chicago (jeden z trzech najlepszych w USA). Po wstępnym zaakceptowaniu na targach kandydat na pracownika
naukowego jedzie na uniwersytet, gdzie na forum publicznym prezentuje swoją pracę doktorską (już obronioną) i kolejny raz poddaje się ocenie pracowników kolejnego już uniwersytetu. Jeżeli zostanie zaakceptowany, dostaje pracę na uczelni. Awanse także są uzależnione od oceny rynku. - Na mojej uczelni jedyną możliwością dostania podwyżki jest otrzymanie oferty pracy od konkurencyjnego uniwersytetu - mówi Pęski.
- Do polskich ekonomistów można odnieść słowa Jamesa M. Buchanana, który mawiał, iż ekonomista ze szkoły Miltona Friedmana tym różni się od innych ekonomistów, że uczy, jak funkcjonuje gospodarka, a nie - jak nią sterować - podsumowuje Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha.


Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 20/2007
Więcej możesz przeczytać w 20/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 20/2007 (1273)


ZKDP - Nakład kontrolowany