Przedmurze Europy

Przedmurze Europy

Unia Europejska zaakceptuje tylko Turcję laicką. Gorzej, że tej laickości pilnuje wojsko
Na początek dobra wiadomość: demokracja ma się dobrze. Teraz wiadomość gorsza: nie u nas" - tak turecki dziennik "Today's Zaman" skomentował kryzys, który rozgrywa się w tym kraju. Opozycja pod hasłami obrony demokracji i laickości państwa przed "zakusami islamskich fanatyków z rządu" wyprowadziła na ulice setki tysięcy ludzi. Ale to opozycja może się okazać największym wrogiem tureckiej demokracji. Jej ideologią jest bowiem fanatyczna świeckość przemieszana z nacjonalizmem. A na straży tych wartości stoi armia, ostatnio coraz mocniej zagrożona utratą politycznych wpływów.

Zadziwiająca laickość
Wizja tego, że islamski fundamentalizm mógłby się zadomowić w Turcji, musi przerażać. To państwo, dysponujące drugą co do wielkości armią w NATO, jest kluczowe dla przyszłości sojuszu. Przez terytorium Turcji biegną ważne szlaki przesyłu surowców naturalnych do Europy, co ogranicza imperialne zapędy Rosji. Jeśli negocjacje z UE zakończą się sukcesem, Turcja będzie państwem o największej populacji wśród członków wspólnoty. W dodatku kraj ten jest ważnym źródłem wody dla Bliskiego Wschodu. "Turcja to zadziwiający kraj" - pisze w ostatnim wydaniu tygodnik "The Economist". Podkreśla, że najbardziej zadziwiające jest to, że choć większość Turków wyznaje islam, to jednak praktykuje świecką demokrację. "To z kolei obala mit, że islam i demokracja nie mogą iść w parze" - zaznacza tygodnik.
Również ostatni kryzys - choć podobne nękają ten kraj regularnie, od kiedy Turcja stała się republiką w 1923 r. - można uznać za zadziwiający. Nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby na ulice wyszły tysiące zwolenników islamskich radykałów. Ostatnio rosną oni w siłę od Pakistanu, przez Iran, aż po północną i wschodnią Afrykę. Tylko że kiedy w Stambule na ulice dwa tygodnie wyszło ponad pół miliona ludzi, protestowali przeciw radykałom. Pozornie chodziło o wybranego przez parlament prezydenta. Rządząca islamska Partia Sprawiedliwości i Rozwoju chciała, by został nim wicepremier i szef dyplomacji Abdullah Gül. Opozycja podniosła raban, twierdząc, że choć pozuje on na prozachodniego polityka i negocjuje przystąpienie Turcji do UE, wciąż jest podszyty fundamentalizmem. Przypomniała, że karierę zaczął jako członek islamsko-nacjonalistycznego stowarzyszenia Milli Türk Talebe Birli?i, a pierwszy raz wybrano go do parlamentu z ramienia Refah Partisi, której działalność jest zakazana od prawie 10 lat jako godząca w fundamenty laickiego państwa.

Mężowie kobiet w chustach
Czy rzeczywiście problem tkwi w tym, że Gül jest lub może się okazać zbyt gorliwym wyznawcą proroka? Jego przeciwnicy podkreślają, że podobnie jak inni członkowie rządu żonę noszącą islamską chustę musi trzymać w domu. Tam może zasłaniać włosy, ale podczas uroczystości związanych z republiką to zakazane. Opozycja nie chce zauważyć, że "mężowie kobiet w chustach" władzę wygrali w wyborach, po czym stworzyli prawdopodobnie najlepszy rząd, jaki Turcja miała od pół wieku. Premier Recep Tayyip Erdogan, który jeszcze osiem lat temu odsiadywał wyrok za "publicznie wypowiadanie słów przywodzących na myśl wojenny islam", wprowadza reformy sądowe i konstytucyjne. W zmianach tych nie ma nawet cienia islamskich porządków. Korupcji, jednej z najcięższych chorób w kraju, rząd Erdogana wprawdzie nie wyplenił, ale wzrost gospodarczy utrzymuje się na stałym poziomie, inflacja jest pod kontrolą, a do kraju napływają zagraniczne inwestycje.
Gdyby prezydenta wybierano w wyborach powszechnych, Gül zdobyłby 70 proc. głosów. W Turcji prezydenta wybiera jednak parlament. I wybrał Güla. Wkrótce potem, 1 maja, na stronie internetowej armii pojawiło się oświadczenie, w którym generalicja zapowiedziała, że "nie zawaha się użyć siły, jeśli rząd pogwałci laickość państwa". Kilka godzin później Trybunał Konstytucyjny uznał, że głosowanie w parlamencie było nieważne, bo na sali nie było kworum. Tydzień później miało się odbyć kolejne głosowanie, ale opozycja znów je zbojkotowała. Wkrótce potem Gül zrezygnował z ubiegania się o urząd, a parlament zawiesił procedurę, bo innych kandydatów nie ma. Deputowani zaaprobowali poprawkę do konstytucji przewidującą bezpośrednie wybory prezydenckie. Zdaniem premiera Erdogana, jeśli zmiany zostaną zaaprobowane, wybory prezydenckie mogłyby się odbyć już 22 lipca razem z wyborami do parlamentu.

Powtórka z Weimaru?
Problem wcale nie leży w domniemanym religijnym fanatyzmie Güla czy jego partii. Od śmierci założyciela republiki, Mustafy Kemala Atatürka, eksperymenty z wybieraniem cywila na stanowisko prezydenta kończyły się katastrofami - zwykle armia sięgała po władzę pod pretekstem zapobieżenia rozlewowi krwi i obrony przez "zakusami islamskich fundamentalistów". Obecny prezydent Ahmet Necdet Sezer jest pierwszym cywilem, który ma szansę w spokoju dotrwać do końca kadencji.
Ostatnio turecka opozycja często podkreśla, że trzeba powstrzymać Erdogana i jego partię, by zapobiec scenariuszowi, jaki rozegrał się w 1933 r., gdy Adolf Hitler i jego naziści zdobyli pełnię władzy w wolnych wyborach. - To kompletnie różne sytuacje. Republika weimarska była słaba i łatwo było podkopać jej fundamenty - uważa pochodzący z Arabii Saudyjskiej Turki al-Hamad, wybitny analityk sytuacji w regionie. W Turcji świeckość zdążyła się zakorzenić i trudno byłoby pozbawić Turków tej zdobyczy. - Nie zgadzam się z islamistami i ich ideologią, ale to nie znaczy, że zakazałbym im prawa do istnienia, wyrażania opinii czy praktyk, dopóki nie oznacza to dyskryminacji innych - podkreśla Turki al-Hamad. Jego zdaniem, armia powinna być gwarantem, ale jedynie tego ostatniego: wolności mówienia rzeczy, nawet takich, które się jej nie podobają. Demokracja zaś sama się obroni, przynajmniej w Turcji.
Okładka tygodnika WPROST: 20/2007
Więcej możesz przeczytać w 20/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 20/2007 (1273)


ZKDP - Nakład kontrolowany