Podatek z Loch Ness

Podatek z Loch Ness

Kataster to działo wymierzone w najbogatszych, które zniszczy biedniejszych
Premier Jarosław Kaczyński tak jak kilku jego poprzedników dementuje (choć mało przekonująco) informację o rychłym wprowadzeniu katastru. A wicepremier Zyta Gilowska na dźwięk tego słowa rzuca słuchawką. Hasło jednak padło, i to w bardzo ryzykownym kontekście: szukania pieniędzy na podwyżki w służbie zdrowia.
Podatek katastralny to coś w rodzaju potwora z Loch Ness. Teoretycznie powinien zasilać kasy gmin, a właściciele nieruchomości "odzyskiwaliby" go m.in. w postaci lepszej infrastruktury w swojej okolicy (finansowanej z tych dodatkowych dochodów). W Polsce można jednak założyć, że stałoby się zupełnie inaczej - tak jak Napoleon na początku XIX wieku wprowadził kataster, by zebrać fundusze na wojnę, tak nasi politycy wydaliby pieniądze z nowego podatku na gaszenie społecznych pożarów. Żeby zaspokoić roszczenia tysięcy czy nawet setek tysięcy osób, stracić musiałyby miliony Polaków. Na Zachodzie wysokość podatku katastralnego sięga 0,5-1,8 proc. wartości nieruchomości. Nawet przy dolnej granicy tych stawek za mieszkanie warte 500 tys. zł trzeba by płacić miesięcznie 208 zł podatku katastralnego.

Drogi kataster
Opodatkowanie tzw. realności, czyli majątku nieruchomego obywateli (podatek ad valorem), jest faktem od 1601 r., kiedy w Wielkiej Brytanii po uchwaleniu Poor Law Act wprowadzono taki podatek. Podatki ad valorem rozpowszechniły się szybko, bo mają dwie wielkie zalety. Są niełatwe do uniknięcia, gdyż znacznie trudniej jest ukryć nieruchomość niż dochód. A po drugie (zaleta ta stała się ważna w miarę upowszechniania idei socjalistycznych), można go reklamować jako "podatek sprawiedliwy", gdyż wymierzony w najbogatszych. Co prawda, złośliwi liberałowie twierdzą, że jest to podatek antyoszczędnościowy (jeśli przehulasz - nie zapłacisz, jeśli zbudujesz - będziesz płacić), który w miarę upowszechniania się własności dotyka coraz liczniejsze rzesze obywateli. Wiadomo jednak, że liberałów jest mniej niż socjalistów.
Aby cokolwiek opodatkować, trzeba znaleźć metodę ustalania podatku. W tym wypadku stosowane są dwie - powierzchniowa i katastralno-wartościowa. I wbrew temu, co się w Polsce twierdzi, obie mają zalety. Zaletą metody wartościowej jest "sprawiedliwość". Teoretycznie mamy do czynienia z bardzo dokładną wyceną nieruchomości, zarejestrowaną w wykazie nieruchomości, zwanym katastrem i precyzyjnym odwzorowaniem jej w stawce podatkowej. Tyle że aby coś takiego zrobić, trzeba ów szczegółowy i stale aktualizowany kataster mieć. W krajach, w których nie było wojen, rewolucji i tosunki własnościowe przez wieki były stabilne, jest to znacznie łatwiejsze. I tam jednak owa wycena nie jest precyzyjna. W praktyce dokonuje się przez ustalenie wzorcowej ceny nieruchomości dla danego regionu i oszacowaniu ("na oko" - innego sposobu nie ma), jak wartość konkretnej posiadłości ma się do owego wzorca. Mimo takiej bardzo przybliżonej procedury podatek katastralny jest najdroższym podatkiem świata i koszty jego poboru (oraz prowadzenia katastru) sięgają w niektórych krajach 10 proc. przychodu podatkowego. Dlatego Margaret Thatcher chciała go uprościć, zastępując w 1990 r. podatek katastralny (Council Tax) pogłównym. Jak pamiętamy, podczas ulicznych protestów polała się krew. Socjalizm zwyciężył i z tego elementu reform "żelazna dama" była zmuszona się wycofać. I tak dobrze, że udało jej się wprowadzić - wcale nie powszechną - stawkę degresywną, dzięki czemu właściciele droższych nieruchomości płacą niższy odsetek jej wartości.
Inną, tym razem dość powszechną formą łagodzenia uciążliwości podatku katastralnego jest przekazanie jego pobierania (a czasem także naliczania) samorządom lokalnym. Władze centralne ustalają na ogół jedynie górne stawki (ogólnokrajowe - Niemcy lub regionalne - Wielka Brytania), dając samorządom prawo stosowania stawek niższych oraz udzielania podmiotowych zwolnień podatkowych. Najdalej w tej "samorządyzacji" idzie Norwegia, która samą decyzję wprowadzenia podatku katastralnego pozostawia gminom.

Niegłupi podatek
Innym sposobem opodatkowania nieruchomości jest metoda powierzchniowa. Tu nikt nie bawi się w szczegółowe wyliczanki, tylko przyjmuje pewną umowną wartość metra kwadratowego gruntu lub budynku. Ta "niesprawiedliwa" metoda jest, jak wiadomo, stosowana w Polsce. Mniej już wiadomo o tym, że stosowana jest także we wszystkich krajach postsocjalistycznych, które - wskutek powszechnego przez pół wieku łamania praw własnościowych - nie mają solidnych katastrów. Niby wszyscy nad nimi pracują i zapowiadają zamianę podatku powierzchniowego na wartościowy, ale idzie im to jak po grudzie, a terminy "katastryzacji" są przekładane ad Kalendas Graecas. Dzieje się tak dlatego, że rzecz jest nie tyle w sposobie naliczania podatku, ile jego wysokości. We wszystkich krajach postsocjalistycznych jest to podatek niski i ledwo zauważalny. A wprowadzenie katastru jest kosztowne i musi oznaczać znaczącą podwyżkę podatku. Warto zauważyć, że - gdyby chodziło tylko o kwestię sprawiedliwości - wystarczyłaby drobna zmiana obecnej metody powierzchniowej. Można albo ustalić odgórnie wyższe maksymalne stawki dla gmin, w których ceny gruntów i domów są bardzo wysokie (niech w Konstancinie czy Sopocie płacą dziesięć albo i sto razy więcej niż w Kocku czy Włoszczowie), albo - co jeszcze prostsze - podnieść wielokrotnie maksymalne stawki podatku, zostawiając gminom prawo ustalania stawek efektywnych.

Zamach Warszawy na Pułtusk
Obecny podatek od nieruchomości jest podatkiem lokalnym, zasilającym kasę gmin. W zamyśle jego zamiany na podatek katastralny od początku, czyli od 1994 r., chodziło o to, aby zabrać go gminom i przekazać wpływy z tego tytułu do budżetu centralnego. Otwarcie mówił o tym ostatni admirator podatku katastralnego Grzegorz W. Kołodko, który twierdził, że trzeba go wprowadzić, bowiem w budżecie państwa jest dziura.
Zamach na samorządy i ich dochody okazał się jednak najlepszą barierą dla kontrowersyjnej reformy. Gdyby sporządzenie lokalnych katastrów zlecono gminom, te wynajęłyby do inwentaryzacji i wyceny prywatne firmy i takie wykazy istniałyby już od dawna (przypomnę, że "katastryzujemy" się już 14. rok). Tyle że gdyby gminy wyłożyły na to kasę, bardzo trudno byłoby odebrać im dochody. Dlatego kataster sporządzamy centralnie, a że dodatkowo ktoś czuwał i jego wykonanie przekazał państwowym służbom geodezyjnym (które w odróżnieniu od Ministerstwa Finansów nie mają w tym żadnego interesu), możemy być spokojni, że za życia naszych dzieci go nie będzie (choć wnuków szkoda).

Dziura i populizm
Hipoteza, że rząd rzuci się do błyskawicznego wprowadzenia podatku katastralnego (oczywiście, odbierając dochody z nieruchomości gminom), aby zapchać dziurę, która może powstać po spełnieniu żądań pracowników służby zdrowia, nie wydaje się prawdziwa. Takiej dziury zwiększeniem "podatków płaconych przez górne grupy dochodowe" czy podatkiem od nieruchomości zacerować się nie da (precyzyjnie wyliczyła to Platforma Obywatelska - potrzebny byłby PIT w wysokości 120 proc. dochodu). Jeżeli ktoś szuka 20 mld zł, to znaleźć je może jedynie przez powszechną podwyżkę podatku od dochodów lub podniesienie VAT. Z tego samego powodu jedynie za wychodzący naprzeciw populistycznym oczekiwaniom części wyborców straszak należy uznać inną, formalnie dość podobną, propozycję "podatku majątkowego". Obejmowałby on nie tylko wartość nieruchomości, ale cały majątek (czyli zawierałby w sobie kataster oraz wartość papierów wartościowych, udziałów, lokat bankowych itd.), przy czym nie byłby to podatek powszechny, ale adresowany wyłącznie do najbogatszych. I tu zaczynają się schody. Jak bowiem wykryć owych najbogatszych? Jedynym sposobem byłoby nałożenie na podatników obowiązku złożenia deklaracji majątkowych, co oznacza, że pracować nad nim można by najwcześniej od połowy przyszłego roku. Owe deklaracje trzeba by weryfikować (w odróżnieniu od katastru stosunkowo łatwo jest ukryć niektóre składniki majątkowe), co jeszcze opóźniłoby wprowadzenie podatku, generując jednocześnie bardzo wysokie koszty poboru. Zjadłyby one sporą część możliwego do osiągnięcia - przy akceptowalnych, niekomunistycznych stawkach - przychodu budżetu. Do kosztów należałoby doliczyć także wściekłość niezbyt licznej, ale wpływowej (i najbardziej aktywnej ekonomicznie) grupy obywateli IV RP.
Osoby powołujące się na przykład Francji, która przed kliku laty podobny podatek wprowadziła, powinny zwrócić uwagę na pewne jego uboczne skutki - emigrację najbogatszych i wyprowadzanie firm z Francji. A to ekonomicznie opłacalne nie jest. Dlatego przy podatku majątkowym lepiej nie majstrować i prace nad katastrem prowadzić w dotychczasowym tempie, choć oczywiście podatek od nieruchomości jako ważną część dochodów samorządów reformować można.


Nieruchomość opodatkowana
Maksymalne stawki podatku od nieruchomości w złotych (za metr kwadratowy w 2007 r.)
18,60
od budynków i ich części zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej

3,75
od budynków lub ich części zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej w zakresie udzielania świadczeń zdrowotnych

0,57
od budynków mieszkalnych lub ich części

6,23
od pozostałych budynków lub ich części

0,69
od gruntów związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, bez względu na sposób zakwalifikowania w ewidencji gruntów i budynków

0,34
od pozostałych gruntów, na przykład pod mieszkalnictwo

2%
od wartości budowli



Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 29/2007
Więcej możesz przeczytać w 29/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 29/2007 (1282)


ZKDP - Nakład kontrolowany