Po-siedzieć i po-gapić się

Po-siedzieć i po-gapić się

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dni wolne. Najpierw gęsty lęk przed korkami, potem one same, kolejny znak, że dołączamy do Zachodu. Wyróżnia nas liczba wypadków samochodowych, rannych, zabitych i zatrzymanych z powodu jazdy po  alkoholu. Polacy uwielbiają być w czymś najlepsi. Takie czasy, że co złe, to temat, czasami nawet sukces. Idźmy dalej za ciosem...

Gdzie okiem sięgnąć, na dzikich polach naszej polityki zabici i ranni. PiS i  PO trzymają się za szlacheckie czuby, nie inaczej Miller i Palikot. A  rząd krwawi. Tego rządu to będzie nam żal, jak się zupełnie wykrwawi. Udało się naszym politykom stworzyć „lud smoleński". Światowa osobliwość. Jest się czym chwalić. Ja też jakoś osobliwie jestem dumny z  dziur na mojej ulicy.

Kto wymyślił określenie „lud smoleński"?, pyta mnie mój partner tenisowy, już pod prysznicem. Nie wiem, ja z  upodobaniem używam pojęcia „sekta smoleńska”. To bardziej trafne. Lud nie jest zwolniony z myślenia, członkowie sekty tak. Myśli za nich przywódca. Duch w sekcie stwarza pozory duchowego bogactwa, ale jest niezwykle ubogi, co też różni sektę od religii... Mój partner tenisowy, jak zawsze pod prysznicem, radykalizuje się. Mówi: „Już nie mam wielkich marzeń w życiu, jedno mam – strzygę uchem – aby ktoś ojca dyrektora kopnął w...”. Ja z kolei pod prysznicem łagodnieję. Mówię: „Ojciec dyrektor to nie ma tego... on tylko posiada serce, wszędzie serce, nawet tam, gdzie inni mają co innego. Nie kopie się duchownego w serce. Za to  on może kopać w serca Polaków, które stanęły, aby je ożywić. Tak ojciec dyrektor robi Polsce masaż serca. Ilekroć wpadnę na jego stację, to  serce zrywa mi się do galopu. Kibice z całej Europy będą sobie mogli popatrzeć na lud smoleński, na naszych nieszczęsnych Indian z  rezerwatów, pognębionych przez kolonistów z Brukseli. A na skrzydłach usiądą im celnicy i taksówkarze”.

*

Siedzę w kawiarni Peron w moim od kilku lat Międzylesiu. Ta miejscowość, już wessana przez Warszawę, nazywała się kiedyś Kaczy Dół. Na  Hafciarskiej, która wiedzie do naszego domu, takie doły, że po deszczu można w nich oglądać pływające kaczki. „Jak poeta może mieszkać na  Hafciarskiej" – ubolewała kiedyś w liście do mnie Szymborska. „Żeby to  była chociaż ulica Hafciarek”. A z ogródka nowej i pięknej kawiarni widzę przedwojenny peron i skrzydła nad nim. To, co było kiedyś poczekalnią, zabite dechami. Chciano całość wyburzyć, by wznieść coś nowego, na szczęście mieszkańcy nie pozwolili. Dwie stacje dalej Falenica, tam już większy dworzec przerobiony na kawiarnię z książkami i  na kino. Cudne i osobliwe miejsce, kelnerki uwijają się między stolikami podczas seansu. A mozaikowa stara podłoga wspomina stopy wielu pokoleń podróżnych. Wpadające na peron pociągi napełniają miejsce zapachem powitań i pożegnań, owiewają podmuchem podróży w krainę wyobraźni. Pociągi podmiejskie, które widzę teraz z kawiarni, bywają nowoczesne, ale połowa pamięta PRL. Tak to u nas wszystko się miesza, nawet z  perspektywy kawiarni. Polska jako sala wystawowa kilku epok. Nic tylko siedzieć i gapić się.

*

Rzadko chodzę do teatru, co w jakimś sensie wyklucza mnie z grona ludzi kulturalnych. Na co dzień za wiele mam teatru życia. Dwójka dzieci wystawia mi spektakl za dnia, wieczorem zmęczona, więc zagniewana żona układa ze mną dynamiczne dialogi. Po co mi udawany spektakl, kiedy prawdziwy wypełnia głowę po brzegi.

Dwie premiery, na których byłem ostatnio, wyszły spod ręki młodych, podobno obiecujących reżyserów. Obie na bazie słynnej literatury. Autorzy, których dzieła stały się pretekstem do spektaklu, od dawna nie żyją. Mają szczęście. Tak rzadko bywając na spektaklach, z całym impetem odczuwam zmianę w teatrze. Od  dawna trwa walka, by arcydzieła uwspółcześnić, dać im nowy wyraz, teraz jednak ten wysiłek jakby góruje nad sensem. Jak ktoś ma wybitny talent, to na bazie czyjegoś dzieła stworzy wybitne własne, jak genialny pasożyt. Przy talencie nieco mniejszym mamy katastrofę. Krystyna Janda niedawno skarżyła się, że w swoim prywatnym teatrze (który musi dbać o  widza, dla którego spektakl powinien być zrozumiały) wystawia sztuki zgodnie z oryginałem i jest ostro krytykowana, że „po bożemu", więc w  domyśle „ramota”. Ja na obu nowoczesnych spektaklach wytrzymałem heroicznie do końca, tylko kilka osób czmychnęło wcześniej zgiętych wpół... Większość wymęczyła się do finału. I nawet klaskano. Ciekawe, bo  takie niezrozumiałe i nowoczesne. Niejasność jako zaleta. I nie było dziecka, które by krzyknęło: król jest nagi! Zjawisko nie dotyczy tylko teatru, tam tylko więcej widać, gdyż jest scena. Takie czasy.

Autor jest poetą, prozaikiem, eseistą, reporterem i krytykiem literackim

Więcej możesz przeczytać w 19/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.