Waszczykowski: Sikorski dołącza do opcji niemieckiej

Waszczykowski: Sikorski dołącza do opcji niemieckiej

Dodano:   /  Zmieniono: 47
Witold Waszczykowski (fot. Tomasz Adamowicz/FORUM)
- Ingerowanie organów unijnych w politykę budżetową państw należących do UE będzie oznaczało koniec suwerenności tych ostatnich – mówi w rozmowie z Wprost.pl były wiceminister spraw zagranicznych i były szef BBN-u Witold Waszczykowski. Zdaniem Waszczykowskiego przedstawiane obecnie pomysły na pogłębienie integracji UE są wyrazem rywalizacji Francji i Niemiec o to, które z tych państw będzie wiodło prym w zjednoczonej Europie.
 Sikorski: więcej UE w UE. Państwa narodowe? Jak stany w USA

Maciej Walenta, Wprost.pl: Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski w rozmowie z „Rzeczpospolitą" stwierdził m.in. że „państwa członkowskie Unii powinny mieć co najmniej tyle autonomii, ile mają stany USA". Zaskoczyły pana te słowa?

Witold Waszczykowski: Ja jestem przede wszystkim zdziwiony faktem, że w chwili, gdy UE znajduje się na bardzo ostrym zakręcie – polskie władze w sprawach europejskich milczą, lub wypowiadają się dość enigmatycznie. A przecież ciągle sprawujemy prezydencję w Unii! Kilka dni temu wysłuchaliśmy exposé premiera – i nie usłyszeliśmy ani słowa na temat polityki zagranicznej. W tej sprawie milczy również Pałac Prezydencki – a przecież jeszcze niedawno prezydent miał swoje pomysły na prowadzenie przez nasz kraj polityki poza granicami Polski, proponował powrót do Trójkąta Weimarskiego, bardzo aktywny był prezydencki doradca prof. Roman Kuźniar.

W tej chwili o polityce zagranicznej wypowiedział się minister Sikorski, który dołączył do chóru euroentuzjastów lansujących hasło „Na problemy – jeszcze więcej Europy". To taki żargon europejski. Tylko co to naprawdę oznacza? Co nam da więcej Europy, federacji, integracji? To są hasła, które brzmią ładnie – proeuropejsko i nowocześnie, ale próżno w nich szukać odpowiedzi na konkretne problemy, przed którymi stoi Unia.

A te problemy to…?

W tej chwili najpoważniejszym problemem UE jest fakt, że kilkanaście lat temu wprowadzono wspólną walutę, która – jako pierwszy pieniądz w historii świata – została oderwana od suwerena politycznego. Dotychczas prawo bicia pieniędzy, a także prowadzenia polityki monetarnej i fiskalnej, zawsze przysługiwało władzy państwowej – niezależnie od tego czy władzę tę stanowił cesarz, król, czy organy demokratycznego państwa. Tymczasem UE stworzyła walutę pozbawioną związanego z nią ścisłego centrum politycznego. W rezultacie poszczególne kraje strefy euro zarządzały nią na swój sposób. 

Minister Sikorski mówiąc o głębszej integracji ma na myśli m.in. to, że euro znajdzie się pod ściślejszą kontrolą. We wspomnianym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" mówi, że „jeżeli instytucje wzajemnego miękkiego nadzorowania się, takie jak dobrowolny pakt stabilizacji, zawiodły, a ewidentnie zawiodły, to trzeba wprowadzić skuteczniejsze instrumenty".

Pytanie tylko przez kogo ta waluta będzie kontrolowana. Jest oczywiste, że aby euro się utrzymało, trzeba stworzyć centrum polityczne, które będzie zarządzało unijnym pieniądzem. Nie wierzę, że w 2000 roku, kiedy pojawiło się euro, politycy nie byli tego świadomi – myślę raczej, że uznano, iż w tamtym czasie nie było klimatu, aby przekazać kompetencje w tym zakresie jakiemuś „twardemu jądru europejskiemu", np. tandemowi francusko-niemieckiemu. Być może już wtedy zakładano, że w przyszłości dojdzie do kryzysu, jaki mamy dzisiaj i wtedy sam „unijny lud" zacznie się domagać, by „ktoś tym wreszcie zaczął zarządzać". Tylko kto i w jaki sposób? Musimy być bowiem świadomi, że zarządzanie walutą przez jakieś centrum unijne będzie oznaczało poważną utratę suwerenności państw należących do strefy euro.

Sugeruje pan, że to co się dziś dzieje w strefie euro i całej UE jest zgodne z planem twórców wspólnej waluty?

Zastanawiam się, czy można było po prostu zaniedbać fakt, iż wspólna waluta potrzebuje wspólnego centrum zarządzania. Trudno mi uwierzyć, by zakładano, że euro to będzie takie perpetuum mobile, które bez niczyjego udziału będzie w nieskończoność stymulować rozwój gospodarki. Każdy racjonalnie myślący człowiek musiał zakładać, że kiedyś może przyjść zła koniunktura. Więc może za tym wszystkim od początku stał pewien polityczny plan… Być może zresztą prawda leży gdzieś pośrodku. Może euroentuzjaści naiwnie przewidywali, że stworzenie tak dużego obszaru gospodarczego posługującego się jedną walutą, w połączeniu z postępującym rozszerzaniem się UE na wschód zapewni Unii dekady prosperity, a skutki ewentualnych wstrząsów gospodarczych będą rekompensowane dołączaniem do UE kolejnych krajów i dzięki temu cała Unia będzie się nieprzerwanie i harmonijnie rozwijała. A jednocześnie mogła istnieć grupa osób, która zdawała sobie sprawę, że kryzys prędzej czy później jest nieunikniony – a kiedy do takiego kryzysu dojdzie, to większość państw członkowskich zwróci się do przywódców największych i najsilniejszych gospodarczo państw UE, by przejęły stery Wspólnoty.

Dziś minister Sikorski mówi, że „możemy oddać federacji więcej kompetencji tam, gdzie to ma sens z punktu widzenia efektywności, siły oddziaływania i prestiżu Europy w globalnym świecie, tam gdzie to ewidentnie jest dla wszystkich użyteczne".

Sikorski dołącza obecnie do – nazwijmy to – opcji niemieckiej, której zwolennicy twierdzą, że na obecnych zasadach UE funkcjonować dłużej nie może. Oczywiście przy okazji mówi się o „sprawiedliwości gospodarczej" i o tym, że wspólną walutą powinni rządzić ci, którzy pieniędzmi rządzą się dobrze, nie są zadłużeni, a ich gospodarki są zdrowe. Przykład Grecji pokazuje jednak, że po tym jak poruszy się kwestie gospodarcze – natychmiast pojawiają się postulaty polityczne. Kiedy grecki premier zgodził się przyjąć na siebie krępujący gorset programu naprawczego stworzonego przez UE i MFW – ale przed jego wdrożeniem chciał w referendum zapytać o zdanie rodaków w tej sprawie usłyszał od europejskich polityków i bankierów z Frankfurtu (siedziba emitującego euro Europejskiego Banku Centralnego – red.), że nie może tego zrobić. Ten casus pokazuje, że oddanie kompetencji w dziedzinie polityki gospodarczej „tym, którzy dobrze rządzą się pieniędzmi" oznacza nieuchronnie pojawienie się żądań o charakterze czysto politycznym. A stąd już tylko jeden krok do tego, by „twarde jądro UE" decydowało, które partie w danym państwie są na tyle europejskie, by móc sprawować władzę, a kto władzy sprawować w żadnym wypadku nie powinien. Tu kryje się niebezpieczeństwo. 

Pierwszym krokiem do podporządkowania politycznego miałaby być więc kontrola nad polityką budżetową? Komisarz UE ds. podatkowych Algirdas Szemeta zapowiedział niedawno, że zgodnie z zarządzaniem gospodarczym w UE, Komisja Europejska będzie mogła wydawać krajom UE zalecenia w sprawie ich systemów podatkowych… 

Zapowiedzi tego typu ingerencji słychać ze wszystkich stron. A oznaczają one de facto utratę suwerenności. Wtrącenie się instytucji międzynarodowych do polityki budżetowej państwa, to koniec suwerenności tego ostatniego. Państwo traci w ten sposób możliwość kształtowania swojej polityki gospodarczej: przyspieszania, lub spowalniania rozwoju, w zależności od koniunktury. Ci, którzy mimo wszystko godzą się na takie uszczuplenie kompetencji państw, przekonują demagogicznie, że chodzi o wspólne dobro. To nieprawda. W Europie doszło w ostatnich latach do renacjonalizacji polityki zagranicznej i gospodarczej w wydaniu największych państw Wspólnoty. Tandem francusko-niemiecki nie walczy o wspólne dobro – te państwa rywalizują ze sobą, ponieważ każde chce narzucić drugiemu własny model integracji europejskiej. To kolejna odsłona tradycyjnej rywalizacji między Paryżem a Berlinem o to, które z tych państw będzie dominowało nad innymi krajami Europy.

+
 47

Czytaj także