Bogusławska: Social Media- I like it

Bogusławska: Social Media- I like it

Obecność polityków na portalach społecznościowych, częściej przynosi im więcej szkody niż pożytku - taką tezę postawiła w swojej pracy Anna Bogusławska, wyróżniona w konkursie dla młodych dziennikarzy organizowanym przez "Wprost" i ambasadę Stanów Zjednoczonych w Polsce.
Oto praca, która zapewniła Annie Bogusławskiej wyróżnienie:

Social Media- I like it

Bill Clinton powiedział, że kiedy obejmował urząd prezydenta, jedynie eksperci od fizyki słyszeli o terminie World Wide Web, a teraz nawet jego kot ma swoją stronę. Ciekawe czy ma również swój profil na Facebooku? Kto wie…

Dawno, dawno temu, no może nie aż tak dawno, bo w 2010 roku, w odległej krainie zwanej Polską, trwają wybory prezydenckie. Główni rywale, z tej samej, a jakże innej strony barykady, pojawiają się w telewizji, jeżdżą na spotkania z wyborcami, ściskają dłoń pielęgniarek, poklepują po plecach zwykłych ludzi. W końcu jeden z nich wygrywa. Nie wiedzą jednak o sekretnym przejściu. Przejściu, za którym kryło się morze potencjalnego elektoratu i wystarczył tylko jeden krok, aby się tam znaleźć…
Dwa lata wcześniej, w oddalonej od Polski o jakieś 9000 kilometrów krainie - Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, kandydatom udało się wykraść tajemnicę, znaną wcześniej tylko bogom. Poznali magiczne słowa, takie jak Facebook, Twitter, Flickr, MySpace czy YouTube. Nauczyli się ich używać. Poznali wreszcie zasady rządzące tym nowym, wspaniałym światem i natrafili na bogactwo, nieprzebrane źródło wyborców. Simple? Of course.

Sześć stopni…oddalenia
A wszystko zaczęło się od serwisu sixdegrees.com, który ewidentnie nawiązywał do teorii Stanleya Milgrama. Uczony ten twierdził, bowiem, że każdego człowieka na ziemi dzieli od innego najwyżej sześć osób. Nasz bezpośredni znajomy jest oddalony od nas o jeden stopień znajomości, natomiast znajomy tego znajomego – już o dwa stopnie. Innymi słowy, za pośrednictwem łańcucha przeciętnie sześciu znajomych, z których tylko pierwszy jest nam znany, możemy przekazać list dowolnemu, losowo wybranemu człowiekowi na kuli ziemskiej.

Za pomocą SixDegrees można było stworzyć profil, następnie listę przyjaciół, a potem już tylko wysyłać wiadomości do innych użytkowników. Mimo, że ludzie w tamtych czasach uciekali do internetu, większość z nich nie miała rozszerzonej sieci znajomych on-line. Warto jednocześnie podkreślić, że na tym etapie Social Media dopiero raczkowały i stawiały swoje pierwsze kroki. Wkrótce po tym pojawiały się kolejne serwisy, coraz bardziej złożone i zaawansowane.

On line = off line
Aktywność w serwisach społecznościowych przypomina obecnie wszystko, to, co znamy z tradycyjnych zbiorowości, tyle, że dzieje się to on-line. Mamy, więc listę przyjaciół, z którymi utrzymujemy kontakt, wymieniamy się poglądami na interesujące nas kwestie, dodajemy nowe zdjęcia, dzielimy się muzyką. Coraz częściej nawiązujemy internetowe znajomości, tworzymy grupy skupione wokół konkretnego tematu, serialu, programu telewizyjnego czy zespołu. W sieci zyskujemy nową tożsamość. Możemy decydować o tym, co zobaczą inni. Możemy kontrolować treści. Jesteśmy niejako panem własnego wizerunku.

Jeśli tworzenie nowego, wirtualnego życia zajmuje nam tak wiele czasu, to może warto by wykorzystać ten fakt, również do innych celów? Tak właśnie pomyślał Howard Dean, gubernator stanu Vermont, kandydat uczestniczący w prawyborach Partii Demokratów, a właściwie to szef jego kampanii Joe Trippi. Stwierdził on, bowiem, że skoro nie posiada dużych nakładów finansowych, ani armii ludzi, których może zaangażować w działania polityczne, to może warto zaufać technologii i internautom. Dzięki serwisowi meetup.com, który był zalążkiem obecnego portalu społecznościowego, Trippi zjednał ogromne rzesze zwolenników, a Howard Dean stał się tym samym, poważnym konkurentem w walce o zwycięstwo. Dean rzekł był mawiać - jedyną nadzieją na zwycięstwo jest zdecentralizowanie kampanii […] zaprzestanie kontrolowania rzeki. Należy otworzyć tamę i obserwować, gdzie prąd nas zaniesie. Jak powiedział, tak też zrobił.

Obama i wirtualni przyjaciele
Jednak prawdziwym ekspertem od kampanii w Social Media okazał się sam Barack Obama. Dostrzegł przewagę, jaką dają portale społecznościowe. Przewagę, którą jest bezpośredni kontakt on-line z kandydatem. Każdy, bowiem człowiek woli to, co ,,oswojone’’ i znajome, niż to, co odległe i obce. Barack Obama doskonale wykorzystał siły drzemiące w portalach społecznościowych, wyczuł właściwy moment. Na Facebooku powstało wiele grup wolontariuszy, którzy sami wykonywali za niego dużą część wirtualnej pracy. Dzięki temu jego wizyty w poszczególnych stanach, cieszyły się wielkim zainteresowaniem. Także YouTube okazał się niedocenianym narzędziem w walce o głosy wyborców. Angażował, bowiem ludzi spoza pokolenia najmłodszych użytkowników.

Obama zrobił to, co niegdyś Roosevelt w swoich przekazach radiowych, zrobił coś, co wydawało się wcześniej mało realne- otworzył nowy rozdział w dziejach kampanii prezydenckiej.

Za jej kłamstwa kulkę w głowę
Przechodząc na polskie podwórko warto powiedzieć, że obecność polityków na portalach społecznościowych, częściej przynosi im więcej szkody niż pożytku. Przykład- proszę bardzo. Wojciech Kasprzyk, radny PO z Bolesławca, na swoim profilu facebookowym umieścił kawał o murzynach. Jego partyjni koledzy nie byli jednak tym faktem zachwyceni. Polityk nie poszedł po rozum do głowy i w jednym z kolejnych wpisów umieścił wiadomość o matce Madzi z Sosnowca: Za jej kłamstwa kulkę w głowę.
Politycy partii rządzącej niestety nie mają szczęścia do Facebooka. Jarosław Gowin nie był zadowolony z protestów przeciwko jego pomysłowi o dopuszczeniu młodych adeptów prawa do występowania przed sądem. Traf chciał, że postanowił wyrazić swój żal w internecie. Słowa: protest przeciwko ustawie podpisały korporacje adwokackie z 23 krajów. Powołują się - a jakże - na prawa człowieka. Któryż to już raz wzniosła idea służy do przykrywania oszustwa i złodziejstwa, nie spodobały się środowisku prawniczemu i trudno się dziwić.

Konto na Facebooku bywa doskonałym sposobem na podzielenie się swoimi spostrzeżeniami. Może jednak czasem warto wygadać się przyjacielowi, przechodniowi na ulicy czy nawet pewne rzeczy zwyczajnie przemilczeń, bo o ile pamięć ludzka bywa krótka to już ta internetowa niekoniecznie.

ACTA a sprawa polska
Polacy mają to do siebie, że zbierają się w siłę, kiedy dzieje się coś złego, to chyba część naszej polskiej mentalności. Zwykle nie interesujemy się polityką, demokracja to słowo, które dawno wyszło z użycia, a jednak potrafimy się jednoczyć. Umowa o zwalczaniu obrotu towarami podrabianymi w internecie, w skrócie ACTA wywołała burze w szklance wody. Na portalach społecznościowych oburzyły się tłumy, które zjednoczyły się przeciwko rządowi. Internauci zakładali grupy ,,wsparcia’’ i informowali się o kolejnych manifestacjach. To, co nie udało się wcześniej żadnemu politykowi w kampanii wyborczej-, czyli zainteresowanie zwykłych obywateli za pomocą nowych mediów, udało się aktowi prawnemu, który nazwano zamachem na wolność.

Internet rewitalizuje rolę obywateli w polityce. W nieograniczony sposób wymieniają dziś oni między sobą idee i poglądy. To niesamowite wzmocnienie demokracji – stwierdził kiedyś Al. Gor? Niewykluczone, że słowa te okażą się prorocze.

Wyobraźmy sobie, że jest rok 2015. Trwa kampania prezydencka w Polsce. Każdy kandydat ma swój kanał na YouTubie, gdzie internauci mogą mu przesyłać nagrania video z pytaniami. Wyobraźmy sobie, że każdy z kandydatów ma swoje konto na Facebooku, na które wrzuca nie tylko suche informacje i fakty, ale prowokuje dyskusje na ważne tematy. Wyobraźmy sobie wreszcie, że sami ludzie zakładają grupy, aby pomóc kandydatom. Wydaje się niemożliwe? Może i tak, ale warto, chociaż spróbować. Bo jak głosi przysłowie rosyjskie: Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Anna Bogusławska

Czytaj także

 0

Czytaj także