Kryminalny Wprost: Terrorysta na warszawskim Okęciu

Kryminalny Wprost: Terrorysta na warszawskim Okęciu

Dodano:   /  Zmieniono: 
fot. fot. Marcin Kalinski / Newspix.pl / Źródło: Newspix.pl
Żeby uwolnić zakładników przetrzymywanych w uprowadzonym autokarze, major Jerzy Dziewulski obiecał terroryście, że... pomoże mu porwać samolot. To nie scenariusz filmu sensacyjnego, ale historia, która rozegrała się na warszawskim Okęciu. W 1987 r. opisał ją tygodnik "Wprost".
Spokojny, cichy. Nawet skryty. Tak bym go scharakteryzował - Stefan Rachta, dyrektor Liceum Ogólnokształcącego w Bodzentynie waży słowa. Po twarzy widać, że tych najwłaściwszych nie znajduje. - Nie sprawiał kłopotów wychowawczych. Uczeń jak najbardziej przeciętny. Miał kłopoty z przedmiotami ścisłymi, lepiej radził sobie z historią. Nawet załapał się na olimpiadę historyczną, choć bez większych sukcesów. Ale na lekcjach historii błyszczał. Chyba... lubił błyszczeć. Oczytaniem, ogólną orientacją. 
- A u pana, na lekcjach polskiego?
- Miał kłopoty z ortografią. Ale to jak większość.

Dojeżdżali w okolice ulicy Wery Kostrzewy. Gdy przez okno autokaru było już widać Dworzec Centralny PKS w Warszawie, stanowczym głosem rozkazał babci dwudziestojednoletniego Marka Łosińskiego, by założyła wnukowi na szyję wiązkę granatów.
- To wybuchnie! - krzyknął. To wybuchnie, jeśli autobus stanie na dworcu. Jedziemy na Okęcie!
Kierowca autobusu, Stanisław Miller wziął początkowo groźbę za kiepski żart. Jednak już w chwilę później zorientował się, że metalowy obwarzanek na szyi pasażera nie jest zabawką, a krótko ostrzyżony chłopak, trzymający w ręku sznurek połączony z zawleczkami, nic wygląda na dowcipnisia.   
- Jedziemy na Okęcie! - terrorysta ponowił żądanie, krzykiem dodając sobie animuszu. Po drodze zezwolił jeszcze wysiąść szlochającej kobiecie z równie roztrzęsionym dzieckiem. Kilkunastu pasażerów uciekło, gdy autobus stawał na czerwonym świetle; reszta nie miała szans.   
Terrorysta był bezlitosny. Nie zważał na jakiekolwiek dalsze prośby, na płacz i błagania.

Więc był ułożony?
- Tak. Bardzo ułożony - potwierdza Zofia Kopeć. - Nawet mnie to dziwiło, że aż tak bardzo. Bo chłopcy w jego wieku, to wiadomo... Niewiele warci.
- Codziennie odjeżdżał z tego przystanku przed pani kioskiem?
- No, dojeżdżał do szkoły. Codziennie. I zawsze to dzień dobry, ukłonił się, jak starej sąsiadce, bo kiedyś byłam ich sąsiadką. Do czasu, aż się z Rzepina przeprowadziłam tu do Pawłowa. I od kiedy pracuję w kiosku.
- Kupował coś?
- Czasami. Gazetę kupił albo te broszury „Fakty i Fikcje", no i inne też. Ale to czasami.

Major Jerzy Dziewulski, szef brygady antyterrorystycznej na Okęciu, zaczął tego dnia pracę o ósmej rano. Przed jedenastą dostał od przyjaciela, który oczekiwał na lot do Frankfurtu zaproszenie na kawę. Samochodem pokonał płytę lotniska. Gdy w sali tranzytowej rozglądał się za znajomym. Usłyszał nagle głos spikerki:
- Pan Dziewulski proszony jest do komisariatu.
Kiedy przeciskał się przez tłum, dopadł go oficer Granicznej Placówki Kontroli WOP.
- Jurek - syknął mu na ucho, odciągając w możliwie ustronne miejsce. - Przed halą odlotów stoi pekaesowski autobus ze Staszowa, a w nim terrorysta i dwudziestu zakładników. Jeden ma na szyi wiązkę granatów.
- Nie! - jęknął major Dziewulski. 
- Daję ci słowo honoru! Jurek, zrób coś! Jerzy Dziewulski przedostał się do hali odlotów. Oficer WOP nie kłamał! Kilkadziesiąt metrów dalej stał autobus, a w nim kilkanaście, może dwadzieścia osób; głównie mężczyzn. Mimo że drzwi były otwarte, nikt nie wysiadał. No, tak, pomyślał major Dziewulski, muszę się tam dostać za wszelką cenę.
W kilka sekund później pędził już jak opętany w stronę autokaru, pozbywając się po drodze milicyjnej legitymacji. Wskoczył do auta i wyrzucił z siebie jednym tchem, zwracając się do zdenerwowanego kierowcy:
- Panie! Daję dwadzieścia pięć tysięcy tylko jedźmy do Kielc, co? Cholernie mi zależy. Za kilka godzin mam lot do Nowego Jorku, a zapomniałem zabrać dwa paszporty. Da się zrobić?- zrobił minę zrozpaczonego. - Na miejscu dorzucę drugie dwadzieścia pięć kawałków. Może być?
Stanisław Miller, kierowca, zmierzył go badawczo.
- Pojadę - wymamrotał - ale to nie ode mnie zależy. Niech pan zapyta tego gościa - wskazał na terrorystę.

- To dobry chłopiec, choć może trochę leniwy - podsumowuje Bożena Kochana, rusycystka. – Mogę to powiedzieć z całą pewnością, bo od trzech lat jestem wychowawczynią jego klasy.
- Miał kłopoty z nauką?
- Takie jak wielu. Pierwszą klasę ukończył ze średnią trzy przecinek dwa, drugą z trzy przecinek cztery. W trzeciej klasie miał trzy dwóje na półrocze - z fizyki, matematyki i francuskiego - ale z pewnością by się wyciągnął. W pierwszej klasie poprawił pięć ocen niedostatecznych.
- A zachowanie?
- Bez zarzutu. I był lubiany przez koleżanki oraz kolegów. Na początku tego roku wybrano go wiceprzewodniczącym samorządu klasowego. To też wiele mówi o jego pozycji w klasie, prawda?
- Zorganizował podobno jakieś ognisko dla całej klasy.
- Owszem. To było we wrześniu 1986 roku. Zaprosił wszystkich i znakomicie wszystko przygotował. Nocowaliśmy w stodole, w ich gospodarstwie, nad samą rzeką. Cieszył się, że mu wyszło.
- Skąd pani wie?
- Widziałam to po jego twarzy.

Terrorysta miał mocno zaciśnięte usta i wytężony wzrok. Jego twarz zdradzała napięcie. Zdawała się dociekać: o co tu chodzi? Kim jest ten facet? Wyobraźnia podpowiadała mu zgodnie z prawdą: może to glina?! Dlatego wrzasnął do majora Dziewulskiego:
- Spierdalaj stąd! Ale już! Wynoś się, słyszysz?!
Jerzy Dziewulski dalej grał rolę, którą sam sobie wybrał. Mówił ogromnie dużo i coraz ostrzej, przejmując metaforykę terrorysty.
- Zrozum, gówniarzu, mam do załatwienia interes w Kielcach!
- To spierdalaj po taksówkę!
- Zwariowałeś?! Taksiarz będzie chciał ze mnie zedrzeć z sześć dych! A ja mam dwadzieścia pięć... Pomożesz mi, ja pomogę tobie. Stoi?
No... - terrorysta zawahał się. - Chcę lecieć do Monachium. Potrzebuję samolot! - i jeszcze mocniej zacisnął dłoń na sznurku z zawleczkami.

- To, zdaniem pani, jakie miał zalety?
- Po pierwsze - Mirosława Pocheć odgina kciuka - nie palił. Po drugie - nie słyszałam, żeby pił. Po trzecie - jeździł na ryby, więc cierpliwy chłopak, nie w gorącej wodzie kąpany. Po czwarte - głupstw nie plótł. Po piąte - zawsze się w towarzystwie akuratnie potrafił zachować...
Wszystkie palce prawej dłoni Mirosławy Pocheć są już rozprostowane.
- A wady? Jakie miał wady?
- Mieszkam od ich młyna z dwieście metrów o, tyle, co przez ulicę, więc wiem z całą pewnością, że wadę to miał jedną. Na mój gust jedną: trochę może za bardzo w sobie zamknięty. Ale to przecież niekaralne.

Szef brygady antyterrorystycznej dogadał się z terrorystą. Obiecał porwać mu samolot w zamian za opróżnienie autobusu. Najpierw jednak uzgodnili, że muszą przejechać na płytę lotniska. Major Dziewulski nie mógł się zdradzić, że wie, jak to uczynić. Od licznie zgromadzonych gapiów zaczął się więc domagać przewodnika.
Do samochodu zbliżył się jego współpracownik z brygady, porucznik Edward Szostak, podając się za mechanika pokładowego z LOT-u. Zaoferował swe usługi. Terrorysta nie pozwolił mu jednak wejść do środka. Przez uchylone drzwi ustalili, że autobus wtoczy się na płytę lotniska za polonezem z napisem „follow me" - „kołuj za mną".

Później zaczęły się pertraktacje majora Dziewulskiego z terrorystą. Stali już na otwartej przestrzeni. Dziewulski przedstawił się jako Jacek Wiśniewski, terrorysta kazał się nazywać Deli i zażądał dwóch samolotów oraz pilota, który odwoził papieża do Rzymu z jego drugiej wizyty w Polsce. Jerzy Dziewulski zaproponował, że przekażą jego warunki przez radiostację. By ją zdobyć raz jeszcze wezwał porucznika Szostaka. Pierwszą, milicyjną, na oczach Deliego zniszczył i wyrzucił przez okno, klnąc przy tym jak szewc.
- Po co nam ten szmelc! - zawołał. - Dajcie dobrą, normalną radiostację.
Kiedy przywieziono im nadajnik lotowski, udał, że nie potrafi się z nim obchodzić. Szukał wskazówek u pasażerów. Wreszcie, wspólnymi siłami przysposobili aparat do pracy.
- Z kim będziemy rozmawiać, Deli? - spytał. - Chyba z wieżą, nie?
Terrorysta skinął głową.

- Rzepin podlega właśnie nam - wyjaśnia plutonowy Jan Czaja z Posterunku MO w Pawłowie - i dlatego mogę z całą odpowiedzialnością oświadczyć, że niczego na niego nie mamy. Żadnego meldunku.
- A rodzina?
- Najspokojniejsza pod słońcem. Jego brat, Leszek, lat 24, odrabia służbę wojskową w straży pożarnej. Starsza siostra jest już mężatką, a młodsza ma 17 lat i uczy się w drugiej klasie Liceum Ogólnokształcącego w Bodzentynie.
- I wszyscy mają nienaganną opinię?
- Absolutnie nienaganną.

- Wywalę was w powietrze! - warknął Deli. - Rozumiesz? Powtórz im to: wywalę w powietrze tę budę, jeśli zaraz nie podstawią tu dwóch samolotów!
Major Dziewulski raz jeszcze przekazał warunki terrorysty, a potem poprosił Deliego:
- Puść tych zgredów i baby, dobra? Puść ich, bo się nam tu jeszcze posrają ze strachu.
Terrorysta dał się przekonać.
- Dobra - machnął ręką - baby spierdalać! Bo chwili zwolnił jeszcze kilku starszych mężczyzn.
Jerzy Dziewulski naciskał dalej:
- Czas płynie, a ja wciąż nie mam moich paszportów. Zdecyduj się, gnojku! Potem dobił targu z wieżą. Udając zdesperowanego zażądał przywiezienia dokumentów przez milicję, w zamian za pozostanie w autobusie. Później, nie zważając na terrorystę poprosił o posiłek dla wszystkich.
- Zwariowałeś? - zaprotestował Deli – Dosypią nam jakiegoś paskudztwa potem będziemy rzygać albo pośniemy.

- Prowadzi pan w liceum bodzentyńskim lekcje wychowania fizycznego?
- Tak - powiada Zygmunt Sitek. - Od wielu lat.
- I jak się spisywał?
- Jak na swoje możliwości - całkiem przyzwoicie.
- Uprawiał coś?
- Nie. Raczej nie. Przynajmniej mi nie wiadomo. Ale lubił demonstrować, co potrafi.
- Jak to chłopcy?
- Jak to chłopcy w jego wieku.
- A dokładniej?
- Hm... Kiedyś próbował dostać się do liceum lotniczego w Dęblinie. Nie wiem, dlaczego go nie przyjęto. A może sam się wycofał. W każdym razie we wrześniu 1984 roku podjął naukę u nas.

Jerzy Dziewulski vel Jacek Wiśniewski dopiął swego. Dostarczono im jedzenie i alkohol. Deli nie skosztował niczego, nie zezwolił też jeść swemu głównemu zakładnikowi. I do znudzenia powtarzał swoje warunki.
W pewnym momencie przez radiostację odezwał się Stanisław Kozieł, dyrektor naczelny Centralnego Portu Lotniczego Okęcie. Zaproponował swój przyjazd.
- A on tu po co? - zaoponował terrorysta.
- Jak to po co? - major Dziewulski zamarkował zdziwienie. - Z kimś w końcu musimy pertraktować. Jest tak, czy nie?
- Dobra - Deli i tym razem dał się przekabacić.
Dyrektor Kozieł zbliżył się do autobusu na wyznaczoną przez Deliego odległość i poinformował go, że może otrzymać jeden samolot, bo to jest żądanie realne, w granicach rozsądku. Drugi nie wchodzi w rachubę. W tym czasie major Dziewulski szeptem nakazał przez nadajnik, by podano mu broń, a dyrektor Kozieł zaczął odpowiadać na pytania pasażerów o szczegóły katastrofy IŁ-a 62M. Czas biegł, Deli spostrzegł, że zasypia.
- Dość! - krzyknął przez okno. - Natychmiast muszę mieć ten samolot! Inaczej rozpieprzę ten autobus w drobny mak! I nakazał dyrektorowi Koziełowi usunąć się.

- Był moim zastępcą - mówi Małgorzata Jaworska, przewodnicząca samorządu klasowego.
- I sprawdził się?
- O! Jeszcze jak. Stanowiliśmy zgrany duet. On się autentycznie przejmował.
- A miał jakąś sympatię?
- Takiej na stałe, to chyba nie. Ale z kimś tam się pewnie przyjaźnił. Kręcił.
- Poza tym?
- Był bardzo cichy, spokojny... A w środę, na dwa dni przed tym podszedł do mnie na przystanku, poprosił o przekazanie pewnej koleżance zeszytu „Faktów i Fikcji" i powiedział coś dziwnego, coś takiego: „Cześć, może się jeszcze spotkamy". Wtedy zupełnie nie zwróciłam na to uwagi.

Wieża poinformowała:
- Samolot już gotowy. Zaraz będzie kołował.
I poprosiła Deliego, by przed odlotem zezwolił na pożegnanie babci z wnukiem, jego głównym zakładnikiem, Markiem Łosińskim.
- W porządku - zadecydował terrorysta. 
- Ale szybko i bez ceregieli! Karetka pogotowia z lekarzem i pielęgniarką przywiozła babcię. Deli zapewnił ją, że wnukowi nic złego się nie przydarzy. Potem major Dziewulski zaproponował, by opili zwycięstwo. Zamówił wódkę i zakąskę przez radiotelefon. Terrorysta, czując, że jest bliski sukcesu, stawał się coraz bardziej ugodowy. Jedzenie dostarczył im porucznik Szostak, przemycając broń dla majora Dziewulskiego. W tym momencie wieża zaapelowała:
- Deli, zgódź się na jeszcze jedną wizytę babci Marka. Ona jest chora.
- Co?! - terrorysta wyczuł podstęp. - Nigdy! Już koniec, koniec tej ciuciubabki, słyszycie?! Albo natychmiast dostanę samolot, albo z nas wszystkich zostanie gówno!

- Był twoim dobrym kolegą?
- Takim sobie - chłopak potrząsa głową. 
- On chyba nie miał prawdziwego przyjaciela, nie zabiegał o takiego. Był zamknięty w sobie, szczególnie od śmierci ojca, od roku. Przeżył to ciężko.
- Czy coś charakterystycznego rzuciło ci się w ostatnich dniach w oczy?
- Bo ja wiem? Właściwie tak, ale zdaliśmy sobie z tego sprawę dopiero później, po fakcie. Prawie z każdym z nas w jakiś sposób się pożegnał. Jednym zdaniem, czasem słowem żegnaj, zamiast zwyczajowego cześć. Kto by pomyślał?

W autobusie pozostało jeszcze pięciu zakładników. Wieża przypomniała terroryście przez nadajnik, że aby wyjechać, musi mieć karty przekroczenia granicy. Dyrektor Kozieł oznajmił, że przyjedzie z formularzami. Deli i tym razem dał się zwieść! Szef Okęcia przywiózł dokumenty i zaczął je wypełniać. Formalności przeciągały się. Wreszcie terrorysta nie wytrzymał, wyprosił dyrektora z autobusu.
- Wystarczy - rzekł. - A teraz autobus! Zaraz, bo zrobię użytek z granatów!
- Dobra, Deli, teraz im pokazałeś - przekonywał go tymczasem major Dziewulski. - Tylko jeszcze przewietrzmy tu, co? Tyle tego dymu, że można oszaleć.
Major widział już czołgającego się porucznika Szostaka. Otworzył wszystkie drzwi i okna, gotując się do decydującego rozstrzygnięcia. Podczas gdy zagadywał Deliego, porucznik Szostak po cichu nakazał czterem zakładnikom ucieczkę.
Wtedy major Dziewulski zawołał do terrorysty:
- Ładnie ich pilnujesz! Widzisz, wszyscy zwiali, został tylko ten! –  i pokazał na obwieszonego granatami Marka.
- Co?! – zreflektował się terrorysta. - Zostaliśmy sami!
- Tak! – krzyknął major Dziewulski i sięgnął po rewolwer.
- Ale co ze mną?! – zapytał przerażony zakładnik z granatami.
- Rozwalę ci łeb! – wrzasnął Dziewulski, mierząc do Deliego.
Terrorysta ukrył się za zakładnikiem.
- To już koniec? - jęknął i pociągnął za zawleczki...

W czwartek rano spóźnił się na autobus do Bodzentyna. Nie pojechał do szkoły, wrócił do domu. Przez cały dzień pomagał w gospodarstwie i czytał. Wieczorem zaszedł do mieszkającego po sąsiedzku w Rzepinie Jana Rusina.
- Powiedział: ostrzyż mnie - mówi Rusin.
- Zawsze przychodził, żeby się ostrzyc, więc nie było w tym nic dziwnego. On i inni.
- Jak się strzygł?
- Zawsze krótko.
- A wtedy?
- Wtedy powiedział: jeszcze krócej niż zwykle. I dodał: na komandosa.
- Tak powiedział? Na komandosa?
- Przecież mówię: na komandosa. Albo na żołnierza, czy coś w tym rodzaju.
- Nie wydało się to panu podejrzane?
- Owszem. Ale nie do tego stopnia, żebym miał iść na milicję.
Jerzy Dziewulski nie mógł strzelić; Deli zasłonił się Markiem. Pociągnął za sznurek - i nic. Pociągnął drugi raz. W autobusie rozległ się potężny huk, wnętrze samochodu spowił gęsty dym.

W chwilę później przyszło opamiętanie. Major Dziewulski leżał na Delim i jego rannym zakładniku, trzymając terrorystę za szyję. Do autokaru wbiegli milicjanci z brygady antyterrorystycznej. Chwycili Deliego, rozebrali go, odebrali mu duże, samodzielnie wykonane noże. Pogotowie zabrało broczącego krwią Marka Łosińskiego.

- Taki grzeczny, taki dobry – matka Artura, Marianna Słupska załamuje ręce. – Złoty chłopak! Kiedy był mały, miałam z nim kłopoty. Przeszedł, jako niemowlę, zapalenie opon mózgowych. Dopiero w wieku sześciu lat zaczął mówić. Ale później już rozwijał się normalnie. Dużo czytał. Chciał zostać lotnikiem, a ostatnio historykiem. Pokazuje biblioteczkę syna, a w niej masę „Tygrysów", zeszytów z serii „Fakty i Fikcje" oraz „Biblioteczka Przygody, Podróży i Sensacji". Sporo też poważnej literatury religijnej.
- Stać go na to było. Mamy młyn, cztery i pół hektara ziemi, ładny, murowany dom. Niczego mu nie brakowało.

W feralny piątek wyszedł z domu jak zazwyczaj, kwadrans przed siódmą. Nie zabrał torby.
- Nie idziesz do szkoły?– zdziwiła się matka.
- Nie, dziś nie – odburknął i wybiegł z domu, nie dopuszczając do następnych pytań.
A wieczorem przyjechali milicjanci. Powiedzieli:
- Pani Słupska, pani syn sterroryzował autobus, chciał uprowadzić samolot.
- Mój Artur? – popatrzyła na nich, jakby pomylili adres. W komisariacie MO na Okęciu osiemnastoletni terrorysta Artur Słupski wyjaśnił chełpliwie:
- Chciałem uciec do Monachium. Chciałem zaimponować ludziom i... lepiej żyć.

Piotr Gabryel, “Anioł z granatami na ramieniu, Wprost 28 czerwca 1987, Nr 26 (239)


Pierwszego uprowadzenia polskiego samolotu dokonano w 1959 roku, następnego dziesięć lat później - 19 października 1969 r. Wówczas dwaj obywatele NRD sterroryzowali załogę i zmusili ją do lądowania w Berlinie Zachodnim.

W 1987 r., jak podaje “Wprost”, Polska zajmowała drugie miejsce na świecie (po Kubie) pod względem aktów piractwa powietrznego. Tę pozycję zawdzięczała dwóm okresom szczególnego nasilenia porwań samolotów; pierwszy wystąpił na początku lat 70-tych, drugi w latach 1981-82, kiedy ujawniono 290 osób noszących się z zamiarem uprowadzenia samolotów, a 32 osoby zatrzymano na lotniskach pod takim zarzutem.

Serię porwań samolotów w latach 80-tych rozpoczął Andrzej Perka 39-letni technik z Łasku, który w listopadzie 1980 r. uprowadził samolot rejsowy z Zielonej Góry do Warszawy. Lot zakończył się na lotnisku Tempelhof w Berlinie Zachodnim, a porywacz poprosił o azyl polityczny. Niecały miesiąc później, pięć młodych osób nosiło się z zamiarem porwania samolotu startującego z Krakowa. Odstąpili od zamiaru już w Balicach. Zwolniono ich z odpowiedzialności karnej, jedyną sankcją było usunięcie ich ze szkoły.

Posiadanie sporych zdolności organizatorskich ujawnili autorzy dwóch porwań z lata 1981 r. Niepowodzeniem zakończyła się próba uprowadzenia samolotu lecącego 22 września z Warszawy do Koszalina. Pilotujący samolot kapitan Józef Filipowicz podjął decyzję powrotu do Warszawy, połączył się z wieżą na lotnisku Okęcie, opowiedział o sytuacji i poprosił o wygaszenie świateł na lotnisku. Następnie poinformował porywaczy i pasażerów, że samolot leci do Berlina Zachodniego. Po wylądowaniu na Okęciu członkowie brygady antyterrorystycznej, z kapitanem Dziewulskim na czele, unieszkodliwili porywaczy.

Zupełnie inny przebieg miało porwanie 30 kwietnia 1982 r. samolotu lecącego z Wrocławia do Warszawy. Krótko po starcie 8 mężczyzn zaatakowało równocześnie 4 funkcjonariuszy ochrony samolotu. W chwilę później jeden z porywaczy siedział już w fotelu drugiego pilota. Chciał początkowo lecieć do Norymbergi, jednak dał się przekonać, że nie wystarczy paliwa i zgodził się na Berlin Zachodni. Po kilku minutach do kabiny pilotów usiłował wejść inny porywacz. Gdy mu przez chwilę nie otwierano, napastnik strzelił dwukrotnie w drzwi. Jak się później okazało, jedna z kul przeszła kilkanaście centymetrów obok agregatów zasilania paliwa. Po siedemdziesięciu minutach samolot wylądował na lotnisku Tempelhof. Bezpośredni udział w porwaniu brało 12 osób, w tym dwie kobiety. Osiem innych osób było związanych z porywaczami i wtajemniczonych w ich plany.

Ciekawostką swego rodzaju może być fakt porwania samolotu nie przez terrorystę, a przez pilota - kapitana, co miało miejsce na początku 1982 r. Pilot zabrał ze sobą całą rodzinę do Berlina Zachodniego. W tym przypadku władze berlińskie odstąpiły od pociągnięcia go do odpowiedzialności. Rodziny zabrali również ze sobą, tylko tym razem do Wiednia, dwaj piloci, którzy w kwietniu 1982 r. uprowadzili samolot AN-2.

Po okresie przerwy, w latach 80-tych konieczny stał się powrót do praktyki z początku lat 70-tych, kiedy na pokładach latali specjalnie przeszkoleni funkcjonariusze ochrony.

Na podstawie: Tomasz Musiał, Wprost, 28 czerwca 1987, Nr 26 (239)
+
 0

Czytaj także