Sąd must go on

Sąd must go on

Katarzyna W. w sądzie (fot. Rafal Klimkiewicz / EDYTOR.net/ Newspix.pl) / Źródło: Newspix.pl
Proces matki Madzi, to nie jest zwykły proces. To show. Z milionową widownią, która już wydała wyrok. Czy sędzia Chmielnicki będzie miał wystarczająco dużo siły i odwagi, by nie ulec presji opinii publicznej?
70 akredytowanych dziennikarzy. Największa na Śląsku sala sądowa z kuloodpornymi szybami i oskarżona-celebrytka. Proces Katarzyny W., dla mediów „matki małej Madzi”, który w ubiegłym tygodniu ruszył w Katowicach to jedna z najgłośniejszych sądowych spraw III RP. Będzie też przełomem w medialnej relacji, bo sędzia Adam Chmielnicki, wbrew wnioskowi oskarżonej nie zdecydował się na wyłączenie jawności rozprawy. Tym samym zapewnił nam wielki spektakl, a samemu sobie ogromną presję. Czy da radę ją wytrzymać?  

Media towarzyszą aktorom tego spektaklu od samego początku. Z drastycznymi szczegółami cytują opisy morderstwa, jakiego miała się dopuścić Katarzyna W. Chociaż nikt z dziennikarzy nie widział 27 tomów akt dołączonych do sprawy. Na każdym portalu pełno komentarzy żądających dożywocia albo przywrócenia kary śmierci i posadzenia Katarzyny W. na krześle elektrycznym. Do chóru anonimowych oskarżycieli przyłączają się nawet cenieni eksperci, jak psycholog z UJ, prof. Zbigniew Nęcki . który na łamach tabloidu dokonał diagnozy Katarzyny W. nazywając ją „seksualną wampirzycą”. 

Chmielnicki miał już okazję zaistnieć w mediach, chociaż w dużo mniejszej skali niż do tej pory. W październiku zeszłego roku przyznał Adamowi Słomce zadośćuczynienie za internowanie w czasie stanu wojennego. Ma też doświadczenie w sprawach o zabójstwo. W październiku 2009 r. był drugim sędzią w procesie 5 mężczyzn oskarżonych o podwójną brutalną zbrodnię – oskarżeni zabili kobietę i mężczyznę, a potem ukryli ich ciała (kobieta być może jeszcze żyła, kiedy ją zakopywali).

Orzeczony wówczas wyrok należał do najsurowszych w historii śląskiego sądownictwa – dwie osoby skazano na dożywocie, dwie na 25 lat więzienia i jedną na 15 lat więzienia. Wyrok jest prawomocny, został utrzymany w apelacji. Doświadczeni sędziowie powtarzają, że nie wolno przenosić spraw z sali sądowej do domowej kuchni. Ale w przypadku sędziego Chmielnickiego  jest nieco inaczej. Jego żona, Beata Chmielnicka,  jest sędzią w wydziale karnym Sądu Rejonowego w Sosnowcu. Skazała między innymi 3 mężczyzn, którzy ukrywali zabójców ze słynnego napadu na konwój z pieniędzmi z 2002 r., w którym zginęło 2 konwojentów.  Kiedy pytamy o Chmielnickiego w śląskim środowisku prawniczym, nikt nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem. Pracują w jednym miejscu, sprawa jest głośna.  Opinie o Chmielnicki w śląskim środowisku prawniczym są podzielone: - Bardzo dobry, solidny sędzia, wysoko ceniony za profesjonalizm i spokój. Nie ulega łatwo emocjom. Ale proces Katarzyny W. należy do spraw ciężkiego kalibru. Musi ją prowadzić ktoś charyzmatyczny. Ja tej charyzmy u niego nie dostrzegam, ale to nie znaczy, że sobie nie poradzi. Pytanie, czy jest wystarczająco doświadczony, by nie poddać się presji – mówi sędzia z Katowic, który prosi o zachowanie anonimowości. Gorsze zdanie o Chmieleckim ma doświadczony prokurator, który na pytanie o Chmielnickiego odpowiada nam krótko:  - Sędzia-celebryta, który dzięki tej sprawie chce przenieść się do pracy w wyższej instancji. Dlatego zdecydował się na jawność procesu, żeby przebić się do świadomości mediów- opowiada prokurator.     

Jak odnajdzie się w świetle kamer, które będą śledziły każdą jego minę i interpretowały każdy grymas twarzy?  Zdaniem sędziego Marka Celeja, który w swojej karierze prowadził najgłośniejsze sprawy polityczne III RP Lwa Rywina i posłanki Beaty Sawickiej, sędziom brakuje praktyki w kontaktach z mediami. – Dlatego najbardziej obawiam się teatralizacji procesu. Nie da się jej uniknąć. Każdy kto zdaje sobie sprawę, że spoczywa na nim oko kamery, chce się przypodobać. Czysty, równy głos, wszystko elegancko, ładnie, bo przecież rodzina i znajomi oglądają mnie w telewizji. Tyle, że to grozi tym, że myśli się o swoim wyglądzie, zamiast o tym co jest istotne w sprawie - mówi Celej i przytacza anegdotę z niedawnego procesu dziennikarza motoryzacyjnego Macieja Zientarskiego. – Operatorzy jednej ze stacji zostawili na Sali włączoną kamerę i wyszli na przerwę. Pani sędzia nie wiedząc, że jest nagrywana przygotowywała się do ogłoszenia wyroku. Siedziała i poprawiała sobie włosy, żeby się podobać – mówi Celej. 

Ludzka próżność sędziów, to akurat najmniejszy problem. Znacznie groźniejsza jest presją, którą na wydanie wyroku wywierają media. – Nie da się od niej uciec. Nie jesteśmy pustelnikami, którzy żyją w oderwaniu od rzeczywistości. Czytamy gazety, oglądamy telewizję. Dlatego tak istotne jest doświadczenie sędziego, bo to ono pozwala przetrwać kiedy wytwarza się ta amplituda ciśnienia, komentarzy politycznych i dziennikarskich, które wprost przekazują jakie rozstrzygnięcie jest oczekiwane. O sprawie można dyskutować , ale nie można ferować wyroków, bo to siłą rzeczy wpływa na nastawienie sądu. - mówi Celej. 

On sam przy ogłaszaniu wyroku w sprawie Lwa Rywina zasłynął oświadczeniem, że „Gazeta Wyborcza" dopuściła się bezprecedensowej próby wywarcia presji na sąd przed wyrokiem. "Największa afera korupcyjna III RP skończy się zapewne porażką wymiaru sprawiedliwości" - napisała gazeta. – „A co nie byłoby porażką? Taki wyrok, jakiego życzy sobie Gazeta Wyborcza. Takie publikacje są niedopuszczalne i karygodne "- oświadczył Celej.   Sędzia Chmielnicki na razie nie zabiera głosu w sprawie medialnych oskarżeń, a nawet wyroków, ferowanych nie tylko przez tabloidy, ale i poważnych prawników wypowiadających się w telewizjach. Ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że wcześniej czy później trafi na okładki pism. Tak jak sędzia Barbara Piwnik, była minister sprawiedliwości, sędzia w wielu głośnych sprawach, m.in. gangu pruszkowskiego, afery FOZZ czy „wampira z Ochoty”. -  Jeśli ktoś nie jest w stanie odciąć się od tego jakie jest społeczne i medialne oczekiwanie na wyrok, to powinien się zastanowić czy może ten zawód wykonywać- mówi Piwnik. 

Tylko jak odciąć się od myśli, że podjętą decyzje będzie kwestionowało kilkanaście milionów ludzi? – Wbrew pozorom to możliwe. Jeździłam do pracy i w tramwaju widziałam obraźliwie okładki gazet z moim nazwiskiem. Jasne, to jest przykre kiedy zbiera się cięgi za niedopełnione grzechy. Przeżyłam to wszystko i wiem, że się da. Każdego dnia wchodząc na salę, mam świadomość, że decyduję o czyimś życiu. O pozbawieniu wolności, uniewinnieniu, losie pokrzywdzonego i jego rodziny. To są najważniejsze ludzkie sprawy i nie mogę w tym momencie myśleć o sobie i o tym jak to odbiorą media – opowiada Piwnik.

Czytaj więcej w najnowszym numerze tygodnika "Wprost", który od niedzielnego wieczora będzie dostępny w formie e-wydania.


Najnowszy numer "Wprost" także dostępny na Facebooku.


Czytaj także

 0

Czytaj także