Jak długo może bronić się Polska?

Jak długo może bronić się Polska?

Dodano:   /  Zmieniono: 31
ZDJĘCIA: BARTŁOMIEJ BARCZYK/AGENCJA GAZETA
Po kilku dniach walki zostałaby nam tylko leśna partyzantka – tak o konfrontacji naszej armii z Rosją mówią doświadczeni dowódcy.

A gdyby to się wydarzyło? Gdyby Rosjanie postanowili zbrojnie najechać Polskę? – Choćbyśmy zjedli tysiąc kotletów i każdy nie wiem jak się wytężał… – mówi o samodzielnej konfrontacji z Rosjanami jeden z urzędników MON. Oczywiście, przynajmniej na razie, rosyjski desant koło Słupska to absolutne science fiction. Władimir Putin jest zajęty próbą utrzymywania Ukrainy w kremlowskiej strefie wpływów, a nie wojowaniem w Polsce. Taki atak zapewne oznaczałby rozpętanie III wojny światowej.

Faktem jest natomiast, że pierwszy raz od kilkudziesięciu lat w naszym regionie zrobiło się aż tak gorąco. Sielanka została przerwana. Wystarczy spojrzeć na doniesienia z ubiegłego tygodnia: wojska Floty Bałtyckiej stacjonujące w Kaliningradzie wychodzą na manewry, Rosjanie próbnie odpalają pocisk balistyczny Topol, Amerykanie przysyłają do Polski dodatkowe myśliwce F-16. Premier Tusk wizytuje fabrykę zbrojeniową w Radomiu. To wszystko oczywiście prężenie muskułów i polityczny PR, który można lekceważyć i liczyć na to, że napięcie rozejdzie się po kościach. Jeden z dowódców polskiej armii: – Znajomi mnie zaczepiają. Zupełnie poważnie pytają, czy będzie wojna. Widać, że sporo osób jest na poważnie przejętych. Prysł mit, że na dziesięciolecia ten rejon świata jest miejscem, w którym będzie spokojnie.

Ziarno niepewności zostało zasiane. Kto jeszcze rok temu się spodziewał, że w Kijowie zginie 100 osób, prezydent Wiktor Janukowycz będzie umykał na wschód, a rosyjskie wojska zajmą Krym? Moment jest dobry, żeby się przyjrzeć, ile jest warta polska armia i czy potrafilibyśmy się obronić przed nawałą ze wschodu.

PIĘĆ LAT BEZ TRENINGU

Polska armia liczy niespełna 100 tys. żołnierzy – to dane oficjalne. Na wypadek „W”, czyli wojny, armia puchnie. Do jakiej liczby? To tajne dane. Doświadczony dowódca liniowy: – Do ponad 300 tys. ludzi. Urzędnik z MON się uśmiecha: –Trochę więcej niż 300 tys. W przypadku zagrożenia mobilizowani są rezerwiści. I tu jest pierwszy problem. – Oczywiście plany mobilizacyjne wyglądają bardzo dobrze. Na papierze – opowiada doświadczony oficer liniowy. Przydziały rezerwistów do konkretnych jednostek są dokonywane na podstawie numeru PESEL. Dowódcy najczęściej nie znają zmobilizowanych ludzi, niewiele wiedzą o ich umiejętnościach, predyspozycjach. Generał, który jest już poza siłami zbrojnymi: – Są w Polsce jednostki, które mają termin mobilizacji do 180 dni. W 180 dni na obecnym polu walki można przegrać nie jedną, ale cztery wojny.

Oczywiście generalicja zapewnia, że wszystko jest w najlepszym porządku. Papiery się zgadzają. Oficer liniowy: – Jestem pewien, że próbne poderwanie i wyjście na pozycje pancernego batalionu rezerwistów zakończyłyby się organizacyjną klęską.

Kolejna sprawa to zgranie tego po części zaciężnego wojska. W walce liczy się współdziałanie załóg, kompanii, batalionów, nie mówiąc już o większych grupach wojska. Pułkownik będący od niedawna poza armią: – Kilkanaście lat temu raz do roku odbywały się szkolenia rezerwowego wojska. W specjalnościach mniej wymagających raz na dwa lata. Teraz to zgranie mobilizowanych żołnierzy z tym zawodowymi wygląda dużo gorzej. Ćwiczeń jest za mało. Urzędnik MON broni się, że nie jest aż tak źle: – Faktem jest, że przez pięć lat, od 2008 r., nie było szkoleń rezerwistów. W zeszłym roku się odbyły i wyniki były zadowalające.

Oprócz wspomnianych „ponad 300 tys.” żołnierzy mamy jeszcze kilkanaście tysięcy członków Narodowych Sił Rezerwowych – to wedle zamysłu kandydaci do służby w armii. Ludzie ci są przeszkoleni w najprostszych umiejętnościach wojskowych. Oficer liniowy: – Umieją strzelać z kałasznikowa i kopać okopy. Jednak wysyłanie ich do pojedynków z regularną armią należałoby rozpatrywać w kategoriach zbrodni wojennej.

KAMIZELKI Z DEMOBILU

Z czym miałoby do czynienia nasze wojsko? Rosjanie mają postsowiecką armię wyposażoną głównie w sprzęt z lat 70. i 80. Reformują, zmieniają, ale idzie im opornie. Nawet elitarna 76. Dywizja Powietrzno- -Desantowa z Pskowa, która opanowała kluczowe obiekty na Krymie, wedle fachowców nie wygląda na rewelacyjnie wyposażoną. – Widzę u nich stare karabiny snajperskie kb SWD i kamizelki kuloodporne z demobilu – mówi jeden z naszych rozmówców. Wedle osoby, która jeszcze niedawno brała udział w dowodzeniu polską armią, Rosjanie od czasów ZSRR nie zrewolucjonizowali taktyki – przełamują front, idą na ilość, zalewając teren piechotą i czołgami. Rozmówca z Ministerstwa Obrony: – Próbują ostatnio innych rozwiązań. Na wielkich manewrach „Zapad” w zeszłym roku trenowali dużą operację powietrzno-desantową.

Nie jest to wojsko nowoczesne. Siłę czerpie z ilości sprzętu i liczby żołnierzy. Emerytowany generał: – Gdybym dostał pod komendę dobrze wyposażoną polską dywizję, zdobyłbym ich obwód kaliningradzki. Oczywiście to tylko abstrakcyjny plan. Polskie wojsko, przynajmniej do niedawna, nie miało planów zajmowania tego ważnego militarnie obszaru czy odcinania go od dostaw wojennych z Rosji.

ISKANDERY I PODUSZKOWCE

Kaliningrad w przypadku starcia zbrojnego byłby kluczowym punktem dla wyprowadzania ciosów przez Rosjan. Stamtąd startowałyby rosyjskie samoloty, które zrzucałyby miny blokujące polskim okrętom wyjścia z portów. Te samoloty pilnowałyby potem, żeby polskie trałowce nie oczyszczały wód z pułapek. Polska marynarka wojenna jest jednym z najsłabszych ogniw naszej armii. Od lat nie było na nią pomysłu. Generał w stanie spoczynku: – Admiralicja chciała wielkich okrętów na Bałtyk, który z wojskowego punktu widzenia jest większą kałużą. Symbolem tej strategii jest kompletna klapa z budową efektownej korwety „Gawron”, na którą wyrzucono w błoto 400 mln zł. Pieniądze szły nie tam gdzie trzeba. Efekt jest taki, że Wybrzeże jest słabo chronione.

Z Kalinigradu poszedłby najpewniej desant na polskie Wybrzeże. – Ten manewr Rosjanie mają opracowany. W ramach ćwiczeń Układu Warszawskiego trenowali desant na polskich plażach – opowiada dowódca, który kierował dywizją na Wybrzeżu. Rosjanie dysponują m.in. gigantycznymi poduszkowcami desantowymi Zubr, które zabierają pół tysiąca żołnierzy lub trzy czołgi. Czy desant byłby udany? Do zeszłego roku można było mówić, że niemal w 100 proc. Teraz jest lepiej. Polska ma Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy, który zdolny jest razić okręty nieprzyjaciela. Urzędnik MON się uśmiecha: – Nic nie podpłynie, żeby desant mógł zejść na ląd.

Oficer, który przez lata służył w linii: – Nie byłbym taki pewny. Wszystko zależy od przewagi lotniczej. Od tego, czy Rosjanie zdołaliby z powietrza zniszczyć ten dywizjon w pierwszych dniach wojny. W Kaliningradzie Rosjanie mieliby dla nas jeszcze jedną niespodziankę. Zapewne tam lub na terytorium Białorusi podciągnęliby rakiety Iskander o zasięgu 400 km. – W przypadku konfliktu mogą służyć do rażenia obiektów strategicznych, np. centrów dowodzenia – opisuje były dowódca jednej z polskich dywizji. Na taką broń nie mamy odpowiedzi. Nie mamy systemu obrony powietrznej, czyli rakiet, którymi można strącać iskandery. Polska zamierza kupić taki system. O sprzedanie go nam walczą Francuzi, Izraelczycy i Amerykanie. Tyle że do sfinalizowania największego zakupu w historii polskiej obronności jeszcze sporo brakuje. – Kiedy realnie możemy mieć tę obronę powietrzną? – pytamy osobę, która zna szczegóły rozmów dotyczące zakupu tego systemu. – Najwcześniej za dwa lata – słyszymy odpowiedź.

MISJONARZE NA POMOC

Co mamy z rzeczy przydatnych na polu walki? 128 niemieckich czołgów Leopard. Kupiliśmy kolejnych 119, ale jeszcze nie ma ich w Polsce. – W maju będą pierwsze dostawy – słyszymy w MON. Z czołgów mamy jeszcze blisko 300 zabytkowych postsowieckich maszyn T-72, które systematycznie są wycofywane z jednostek pancernych. Do tego dochodzą chwalone rosomaki. – Dobry sprzęt do patroli. Wolę nie opisywać, jak wygląda rosomak po trafieniu z pocisku czołgowego. O zwycięstwie decydowałaby siła pancerza i ilość wojska. A tu trzeba jeszcze doliczyć wojska białoruskie, które w przypadku konfliktu szłyby z Rosjanami ręka w rękę. Zdecydowaną przewagę mieliby atakujący – opisuje pułkownik, który służył w Afganistanie.

Generał, który dowodził dużymi ćwiczeniami, w następujący sposób ocenia nasze możliwości: – Moglibyśmy bronić kwadratu 200 na 200 km. Tyle że Polska to mniej więcej 1000 na 1000 km. Wizytówki armii? 6. Brygada Powietrzno-Desantowa z Krakowa, 11. Dywizja Kawalerii Pancernej z Żagania. W sumie stać nas na wystawienie przyzwoitego korpusu. – Korpus to dwie, trzy dywizje po 12 tys. ludzi. 30 tys. żołnierzy? Przecież armia liczy blisko 100 tys.?! – No tak, ale polska armia to niezliczone sztaby, dowództwa i logistyka. Spośród tych 100 tys. liniowego wojska jest może połowa – odpowiada generał. Ważnym rozdziałem dla polskiego wojska były w ostatnich kilkunastu latach misje wojskowe w Iraku i Afganistanie. – To przyniosło doświadczenie tysiącom żołnierzy. Otrzaskali się – zauważa nasz rozmówca z MON. Pułkownik z wojsk pancernych, który służył w Iraku, patrzy na to inaczej: – Patrole i pilnowanie baz na zagranicznej misji to trochę co innego niż udział w regularnej wojnie.

MYŚLIWCE NOTOWANE W MOSKWIE

Na jaką pomoc Zachodu moglibyśmy liczyć? Na NATO, a de facto po prostu na Stany Zjednoczone. Jeden z byłych dowódców naszej armii: – Jest tylko jeden problem. Amerykanie nie mają wojska w Europie. Zanim zmontowaliby odpowiednio duży kontyngent, minęłoby kilkadziesiąt dni i byłoby po zawodach. W Europie Amerykanie mają coś, co robi na Rosjanach wrażenie – lotnictwo. W przypadku starcia polsko-rosyjskiego przewaga lotnicza Rosjan wynosi cztery do jednego. Rozmówca z MON: – Jeśli do gry włączają się Amerykanie z lotnictwem stacjonującym w Europie, proporcje się odwracają i wynoszą trzy do jednego. Oczywiście samą przewagą lotniczą nie udałoby się wygrać takiej wojny.

Jednak naszych 48 nowoczesnych F-16 i zaplecze w postaci amerykańskiego lotnictwa to sygnał odstraszający. W zeszłym tygodniu Amerykanie zdecydowali, że do Polski na dniach przyleci tuzin ich myśliwców F-16. Jedna z osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa: – Oczywiście 60 myśliwców nie wygra wojny. Zresztą nie o to tu chodzi. Idzie o danie Rosjanom wyraźnego sygnału „Halo, Amerykanie tu są”. Wiadomość o przenosinach myśliwców do Polski została w Moskwie odnotowana. Na co jeszcze moglibyśmy liczyć od Amerykanów w przypadku gwałtownego zaostrzenia się sytuacji? W MON nie chcą mówić o tym oficjalnie, ale zapewne Amerykanie przysłaliby do nas baterie pocisków Patriot, którymi można strącać rosyjskie rakiety.

Brutalna prawda jest taka, że w Europie nie ma dziś armii, która samodzielnie pokonałaby idących na zachód Rosjan i Białorusinów. Nie zrobiłaby tego również polska armia, wspierana przez amerykańskie lotnictwo. Oczywiście cały ten scenariusz jest najczarniejszy z możliwych. Rosjanie, przynajmniej na razie, nie mają planów wypuszczania się na ze swym wojskiem na zachód. – Dla nas by to oznaczało, że po kilku dniach musielibyśmy przejść do walki w ramach leśnej partyzantki – mówi jeden z byłych dowódców naszej armii. Osoba odpowiedzialna za bezpieczeństwo państwa:– Równowaga, jak w czasach zimnej wojny, opiera się na wzajemnym odstraszaniu się Rosjan i Amerykanów. Zaatakowanie Polski oznaczałoby wybuch III wojny światowej. Po takiej wojnie niewiele zostałoby nie tyle z Polski, ile z całej współczesnej cywilizacji.

Tekst ukazał się w numerze 11 /2014 tygodnika "Wprost".

Najnowszy numer "Wprost" będzie dostępny w formie e-wydania .  
Najnowszy "Wprost" będzie   także dostępny na Facebooku .  
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchani a.

 31

Czytaj także