Robert i Monika Janowscy: Media nas zlinczowały

Robert i Monika Janowscy: Media nas zlinczowały

Dodano:   /  Zmieniono: 16
Michal Piesciuk / Newspix.pl / Źródło: Newspix.pl
- „Afera futrzana” to wymysł chorej wyobraźni pseudodziennikarzy. Nigdy nie było żadnych futer. Monika nie mogła być oskarżona o kradzież czegoś, czego w tym sklepie nigdy nie było – mówi w wywiadzie dla WPROST Robert Janowski. Prowadzący program „Jaka to melodia?” i jego żona, Monika, po raz pierwszy publicznie rozmawiają o tym, jak z ich perspektywy wyglądała tzw. „afera futrzana”.
Paulina Socha-Jakubowska: Lubi pani futra?
Monika Janowska : Lubię, ale wyłącznie na grzbietach żywych zwierząt.

Pytam, bo sprawa „kradzieży futer”, której – jak opisywały tabloidy – miała się pani dopuścić, była chyba największą aferą w polskim show-biznesie w ostatnich miesiącach. 
Robert Janowski : „Afera futrzana” to wymysł chorej wyobraźni pseudodziennikarzy. Nigdy nie było żadnych futer. 
To co, razem z żoną ministra Drzewieckiego, robiła pani w sklepie na Florydzie?
M.J. : Jak to co robiłam w sklepie? Proszę mi wybaczyć, ale potraktuję to pytanie jako żart.
Byłyście na babskich zakupach.
M.J.: Tak.
Tyle, że przez ostatnie miesiące czytałam, że zostałyście przyłapane na gorącym uczynku. Że w waszych torbach znaleziono ubrania, za które, że użyję eufemizmu – nie zapłaciłyście. 
M.J. : Czytała pani kłamstwa! Prawda natomiast jest taka, jakie są fakty. A fakty przedstawił prokurator stanowy w uzasadnieniu odrzucenia zarzutów i porzucenia oskarżenia: wideo i protokół z inwentaryzacji wykazał, że zakwestionowanych towarów nigdy, powtarzam: nigdy nie było w sprzedaży tego sklepu. 
R.J. : Zresztą „dziennikarze” z bulwarówek świetnie wiedzą, jak się sprawa toczyła i jak zakończyła, bo monitorowali ją przez cały czas. Ale napisanie prawdy okazało się dla nich zbyt dużym wyzwaniem i nie mogło im przejść przez pióro.
Nie czytałam prokuratorskiego uzasadnienia. Macie dokument, którym możecie udowodnić pani niewinność?
M.J. Proszę pani, niewinności się nie udowadnia! Można próbować udowodnić winę, a my winne nie jesteśmy. Mamy orzeczenie sądu o porzuceniu wszelkich zarzutów i oświadczenie prokuratora stanowego o bezpodstawnym oskarżeniu. (Monika Janowska pokazuje pismo z sądu poświadczające jej słowa – przyp. red.)
Jak to się stało, że wycofano oskarżenie? Czy pojawili się nowi świadkowie, a może nowe dowody? 
M.J. : Po raz kolejny pani powiem, że do procesu w ogóle nie doszło, więc nie mogło być mowy o „nowych świadkach”. Nie było też ani „starych”, ani „nowych” dowodów. Był tylko protokół z inwentaryzacji, na który czekaliśmy 10 miesięcy i który wyjaśniał sprawę. 
R.J. : Mówiąc wprost – nie można wszcząć procesu o kradzież np. roweru, jeżeli oskarżający nigdy roweru nie posiadał.  Monika nie mogła być oskarżona o kradzież czegoś, czego w tym sklepie nigdy nie było.
Rzeczywiście o sprawie dowiedział się pan z mediów? 
R.J. : Przede wszystkim nie zgadzam się na nazywanie „mediami” brukowych, nieuczciwych, fałszujących fakty tabloidów. 
Dobrze. Czy zatem o sprawie dowiedział się pan z tabloidów?
R.J. : To kłamstwo, takie jak 99 proc. innych rewelacji publikowanych na tych łamach. O zatrzymaniu mojej żony w sklepie dowiedziałem się od niej tego samego dnia, w którym doszło do zatrzymania. 
Czyli zadzwoniła żona, jeszcze wtedy narzeczona, i oznajmiła, że jest w rękach policji. Spadł pan z krzesła?
R.J. : Wtedy myślałem tylko o tym, jak traumatycznego przeżycia doświadcza Monika. Nie zastanawiałem się, jak to wszystko się skończy, bo od początku byłem pewien, że wszystko pozytywnie się wyjaśni. 
Naprawdę od początku wierzył pan w wersję żony? Nie zawahał się pan ani na moment?
R.J. : Wierzyłem nie w „wersję żony”, tylko w prawdę. Byłem pewny, że nie popełniła żadnego czynu niezgodnego z prawem.
Chyba czegoś nie rozumiem. To po co w takim razie wydał pan oświadczenie, w którym starał się pan od sprawy odciąć?
R.J. : Nigdy nie próbowałem się odciąć od sprawy, ani tym bardziej od mojej żony. 
Więc rozstanie było chwytem PR-owym? 
R.J. : To nie był żaden chwyt. Faktycznie rozstaliśmy się na jakiś czas. Ale tylko dlatego, że byliśmy w tym czasie w trakcie sprawy sądowej o zmianę miejsca zamieszkania moich córek. To był też dla nich bardzo trudny czas. Mieliśmy nadzieję, że  trochę uciszymy plotkarzy i oszczędzimy cierpienia dziewczynkom. 
M.J. : Dobro dzieci jest dla nas najważniejsze, w takich chwilach nie ma mowy o żadnym PR- owym zagraniu. 

Cały wywiad czytaj w najnowszym wydaniu tygodnika "Wprost".
Najnowszy "Wprost", który będzie dostępny w niedzielę od 20:00 w formacie   e-wydania     .    
Najnowszy "Wprost" także jest dostępny na Facebooku     Facebooku     .     
"Wprost" jest dostępny również w wersji do   słuchania     .

+
 16

Czytaj także