Zbankrutowali przez kaprysy urzędników

Zbankrutowali przez kaprysy urzędników

Dodano:   /  Zmieniono: 10
Zbankrutowali przez kaprysy urzędników (fot. sxc.hu) / Źródło: FreeImages.com
– Moje firmy są na skraju upadłości. Aparat rządzący jest mocniejszy niż jednostka. Nasyłają na mnie kolejne kontrole, by udowodnić, że to oni mają rację. Jak nie urząd skarbowy, to inspekcja pracy, ochrona środowiska, sanepid, inspekcja transportu. Przechodzą z jednej spółki do drugiej. Zmarnowałem siedem lat, żeby udowodnić, że jestem niewinny – żali się Lesław Kwiatkowski, przedsiębiorca.

Doprowadzili do śmierci mojego męża, zrujnowali naszą firmę i popchnęli mnie na skraj bankructwa – mówi Halina Adamowska spod Tomaszowa Mazowieckiego. Od 1990 r. prowadziła razem z mężem zakład wulkanizacyjny przy trasie S8. Kiedy kilka lat temu Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zdecydowała się przebudować rozpadającą się gierkówkę na trasę szybkiego ruchu, Adamowskim obiecano dodatkowy kawałek asfaltu łączący dwupasmową drogę z ich warsztatem. Skończyło się na hucznych deklaracjach, bo parę miesięcy później dowiedzieli się, że żadnego dojazdu nie będzie. Przyczyną była zmiana wizji architektonicznej. Mało tego! Żeby przypadkiem żaden kierowca nie zobaczył ich firmy z okna samochodu, zakład odseparowano od drogi wysokim na kilka metrów ekranem dźwiękochłonnym. Za odcięcie firmy na wieki od sznura klientów pędzących odświeżoną gierkówką firma dostała od państwa oszałamiające 20 tys. zł odszkodowania. – Kiedy mój mąż się o tym dowiedział, zdenerwował się tak okropnie, że dostał wylewu i zmarł – mówi Adamowska.

Przez podobne urzędnicze kaprysy Anna Kubik z Wielkopolski została na siedem lat pozbawiona dostępu do wszystkich kont bankowych. Tyle samo czasu zabrało jej udowadnianie przed sądami, że nie prowadzi stacji benzynowej, lecz firmę handlującą tylko olejem opałowym. Urzędnicy ubzdurali sobie, że sprzedaje paliwo samochodowe, bo olej opałowy nalewała do zbiorników za pomocą pistoletu – takiego samego, jaki wkłada się w korek od baku auta. Mimo że podczas licznych kontroli w jej firmie nigdy nie znaleziono nawet kropli paliwa nadającego się do silnika samochodu, urząd celny kazał kobiecie zapłacić 400 tys. zł dodatkowej akcyzy. Interpretacja urzędników: wyższa akcyza się należy, bo kobieta nalewała olej grzewczy pistoletem do paliwa samochodowego. To znaczy, że sprzedawała zwykły olej napędowy, nawet jeżeli nigdzie go nie znaleziono. Kubik wygrała ostatecznie proces dopiero kilka miesięcy temu. Przez siedem lat żyła tylko dzięki zaprzyjaźnionym klientom, którzy płacili jej za towar w gotówce, nie przelewając pieniędzy na zablokowane konta. Podobnych spraw są w Polsce tysiące. Przedsiębiorcy walczą ze skarbówką, która nasyła na nich notoryczne kontrole, z urzędnikami, od których ostatecznych decyzji nie mogą się odwołać, z politykami, którzy zamiast ulepszać prawo, tworzą coraz głupsze przepisy, Szymon i wreszcie Krawiec z sądami, które guzdrzą się w rozpatrywaniu spraw.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców szacuje, że tylko z powodu nieprawidłowych decyzji ZUS w Polsce może być poszkodowanych nawet pół miliona właścicieli firm. W ruchu Niepokonani 2012 działa już kilka tysięcy przedsiębiorców, których biznes ucierpiał albo znikł po błędach prokuratur i skarbówek. W przyszłym tygodniu po raz kolejny zapełnią Salę Kongresową warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, żeby pokazać sprzeciw wobec patologii władzy. Kim są?

Diler znad jeziora

– Moja córka miała 14 lat, kiedy mnie zatrzymano. W areszcie spędziłem prawie trzy lata. To tam nabawiłem się przewlekłego zapalenia jelit – parszywego choróbska, przez które resztę życia przeżyję na lekach. Gdybym był trochę młodszy, wcale bym tu nie zakładał rodziny, tylko opuścił ten polski grajdołek – mówi Krzysztof Stańko, właściciel ośrodka wypoczynkowego w Turawie w Opolskiem. To tam w 2003 r. zaczął się jego koszmar. Pewnego wrześniowego wieczoru na jego działkę wkroczyło kilkunastu uzbrojonych antyterrorystów w kominiarkach. Zastrzelili mu psa, wyważyli drzwi domu, córce przystawili lufę pistoletu do skroni. Stańko w kajdankach trafił do aresztu, a ekipa kryminalistyczna zaczęła szukać w pokojach pensjonatu aparatury do produkcji amfetaminy. Stańko miał jej wytwarzać nawet 600 kg miesięcznie. Przynajmniej tak twierdził świadek koronny Maciej B. ps. Gruby. Zeznał, że ośrodek nad Turawą to ukryta fabryka narkotyków, a Stańko to zwykły diler przerzucający towar za zachodnią granicę. „Gruby” dodał, że gdyby policja nie mogła znaleźć narkotyków w ośrodku, to Stańko mógł je też ukryć na małej wyspie położonej w jego części jeziora. Policyjne psy na działce niczego nie znalazły. Na wyspę już ich nie wysyłano, bo ta, wbrew rewelacjom „Grubego”, po prostu nie istniała.

Mimo to Stańko przesiedział w areszcie 27 miesięcy. W tym czasie jego rodzina opiekowała się biznesem. Interes podupadł, bo wokół Jeziora Turawskiego poszła zła fama. Turyści i okoliczni mieszkańcy wytykali ośrodek Stańki palcami, widząc w mężczyźnie narkotykowego bossa. Chociaż wypuszczono go już osiem lat temu, do dzisiaj walczy o odszkodowanie za bezprawne przetrzymywanie w areszcie. – Nie mam pretensji do „Grubego”, bo to bandyta i może opowiadać, co chce. Ale prokurator musi sprawdzać, co taka osoba mówi, bo za to płacą mu z moich podatków. Swoją upierdliwością zrujnował mi i biznes, i zdrowie – kwituje mężczyzna.

Skontrolować na śmierć

Z prokuraturą boksuje się też do dziś Lesław Kwitkowski – kiedyś dobrze prosperujący przedsiębiorca ze Stalowej Woli, dzisiaj przemielony przez system właściciel kilku bankrutujących firm. W 2007 r. były wspólnik oskarżył Kwitkowskiego, że popełnia przestępstwa podatkowe i działa na szkodę jednej z siedmiu własnych spółek. Na jego rewelacje nie dał się nabrać sąd, uniewinniając już cztery lata temu podkarpackiego biznesmena. W bajkę wspólnika Kwitkowskiego wierzy jednak do dzisiaj urząd skarbowy. Od siedmiu lat wytrwale szuka w spółkach biznesmena mitycznych 2 mln zł, które przedsiębiorca miał rzekomo wyłudzić od Skarbu Państwa z tytułu niezapłaconych podatków. – Moje firmy są na skraju upadłości. Aparat rządzący jest mocniejszy niż jednostka. Nasyłają na mnie kolejne kontrole, by udowodnić, że to oni mają rację. Jak nie urząd skarbowy, to inspekcja pracy, ochrona środowiska, sanepid, inspekcja transportu. Przechodzą z jednej spółki do drugiej. Zmarnowałem siedem lat, żeby udowodnić, że jestem niewinny – żali się przedsiębiorca.

Kwitkowski do dziś nie może stanąć na nogach. Wraz z wydaniem aktu oskarżenia zablokowano mu konta i spółki straciły płynność finansową. Na to nałożył się też kryzys. – Jeżeli będzie jeszcze gorzej, to składam broń. Trudno, najwyżej poślę tysiąc osób na bezrobocie – mówi. Podobne urzędnicze kontrole w kilka miesięcy wykończyły firmę Marcina Kołodziejczyka z Jeleniej Góry. Kilka lat temu jego biuro turystyczne Big Blue wysyłało co roku na urlopy 60 tys. turystów. Wystarczyło jednak, że spółka przekroczyła 100 mln zł przychodów rocznie, by urzędnicy ze skarbówki zaczęli podejrzewać nieprawidłowości. Wycofali własne postanowienia z poprzednich kontroli i nagle uznali, że spółka ma zapłacić dodatkowe 8,5 mln zł podatków. Dla firmy to była zabójcza kwota. Kołodziejczyk nie miał pieniędzy, więc urzędnicy zamrozili mu konta. Zaraz potem jego biuro skończyło działalność.

Podobnie było u Zbigniewa i Lucyny Chwedoruków z warszawskiej spółki Drop, zajmującej się gospodarowaniem odpadami. Kontrole skarbowe ciągną się tam już od 2008 r. Wtedy skarbówka cofnęła swoje pozytywne decyzje po kontrolach sprzed lat, zarzucając Chwedorukom wielomilionowe malwersacje. Firma dostała od urzędu listę wątpliwości, przekraczającą dwa tysiące stron! Jednym z zarzutów była niedopłata 1,7 mln zł podatku VAT. Skąd wzięła się ta kwota? Urzędnicy ubzdurali sobie, że jedna z ciężarówek Chwedoruków jeździła przeładowana. Woziła więc nadwyżkę złomu, która nie podlegała opodatkowaniu. Wina nie leżała jednak po stronie właścicieli, ale urzędników, którzy źle odczytali dane dotyczące dopuszczalnej ładowności pojazdu. Do szkolnego błędu wstyd im się było przyznać, więc sprawa wylądowała w sądzie. Ten przyznał rację Chwedorukom w październiku ubiegłego roku. Inne decyzje urzędników przedsiębiorcy również podawali do sądów, które przyznawały im rację. W połowie zeszłego roku w akcie desperacji złożyli wniosek do Generalnego Inspektora Kontroli Skarbowej o zmianę bydgoskiego urzędu kontroli skarbowej na inny. W oficjalnym komunikacie napisano, że 30 proc. swojego czasu poświęcają na sprawy podatkowe. Między innymi przez uporczywe śledztwo skarbówki notowania firmy spadły ośmiokrotnie z 30 zł za akcję w 2009 r. do 3,79 zł według notowań z ubiegłego tygodnia.

Urzędnik pod parasolem

Urzędnicza upierdliwość zupełnie nie dziwi Marcina Kołodziejczyka. – Złośliwość urzędnika bierze się z jego poczucia bezkarności, bo jeśli podejmie błędną decyzję, i tak nikt nie nałoży na niego kary finansowej. Funkcjonariusz publiczny w Polsce jest jak dziecko, któremu od najmłodszych lat pozwalano na zbyt dużo. Teraz wszystko mu jedno, czy będzie postępował poprawnie, czy nie – mówi. W maju mijają już trzy lata od wprowadzenia ustawy o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszanie prawa. Kiedy Sejm ją uchwalał, można było usłyszeć huczne zapowiedzi, że od teraz urzędnicy, którzy skrzywdzą przedsiębiorców, będą narażeni na utratę nawet rocznej pensji. Ilu funkcjonariuszy udało się ukarać w ciągu tych trzech lat? Ani jednego. Na nowej ustawie dobry biznes zrobiły za to firmy ubezpieczeniowe, które co roku ubezpieczają tysiące urzędników od nowego prawa. Żaden z nich roczną pensją za błąd odpowiadać nie będzie, bo to ubezpieczyciel pokryje straty.

Nieskuteczność ustawy nie dziwi Andrzeja Sadowskiego, wiceprezesa Centrum im. Adama Smitha. – Żaden urzędnik nie został ukarany, bo pociągnąłby za sobą funkcjonariuszy z wyższych szczebli albo nawet samego ministra. W Polsce tak jak na Sycylii panuje omerta, czyli mafijna zmowa milczenia. Nikt o urzędniczych błędach niczego oficjalnie nie wie – komentuje ekonomista. A przedsiębiorcom powoli zaczynają puszczać nerwy.

Przedsmak rewolucji

Dorota Wolicka, dyrektor biura interwencji i organizacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, codziennie odbiera nawet 30 listów od przedsiębiorców poszkodowanych przez decyzje urzędników. – Ludzie chcą wziąć sprawiedliwość we własne ręce. Piszą, że albo popełnią samobójstwo, albo pójdą do urzędu z benzyną i podpalą tego, który zrujnował im biznes. Ludzka wytrzymałość jest ograniczona. Jeżeli ta krzywda przekroczy pewien próg, zaczyna się desperacja – mówi. Dodaje, że w Polsce pokutuje wciąż obraz przedsiębiorcy prywaciarza, któremu trzeba notorycznie patrzeć na ręce. Tymczasem mali i średni przedsiębiorcy zatrudniają dwie trzecie wszystkich pracujących Polaków i wytwarzają połowę naszego PKB. Żeby uzmysłowić to całej Polsce, Marcin Kołodziejczyk dwa lata temu wraz z innymi poszkodowanymi założył ruch obywatelski Niepokonani 2012. Dzisiaj należy do niego kilka tysięcy takich samych jak on – ofiar urzędniczej bezduszności. 13 maja po raz drugi zapełnią Salę Kongresową. Ich postulaty? Powrót ustawy rewizyjnej, dającej możliwość cofnięcia niesłusznej decyzji urzędnika. Tabela zadośćuczynieniowa, która nie uznaniowo, ale według określonego cennika jasno określałaby wysokość odszkodowania dla niesłusznie posądzonych. Możliwość odrzucenia całości, a nie tylko fragmentu opinii biegłego, który skłamał chociaż w jednym zdaniu.

Niepokonani dotąd powtarzali, że są oddolną pokojową inicjatywą, która nie będzie pchać się do polityki, obrażać urzędników ani palić opon pod Sejmem. – Co roku wysyłamy zaproszenia do ministrów, premiera, prezydenta, ale nie mam pojęcia, czy ktoś z nich zechce kiedykolwiek przyjść. Zresztą mało mnie to obchodzi. Nie zamierzamy kłaniać się w pas politykom – mówi Kołodziejczyk. Pytamy go, czy takie spotkania w Pałacu Kultury mają jakiś sens. Czy to, że na scenie „Niepokonanych” zaśpiewa Grzegorz Markowski, a parę osób wywiesi na antresoli biało-czerwone flagi, przebije się do rządzących? – To może być ostatni taki pokojowy wiec. Jeżeli po raz kolejny ekipa rządząca odpowie milczeniem na nasze postulaty, nie zatrzymam tych ludzi. Oni po prostu wyjdą na ulice i zaczną szukać sprawiedliwości mniej pokojowymi środkami – kwituje.

Tekst ukazał się w numerze 19 /2014 tygodnika "Wprost".

Najnowszy numer "Wprost" jest dostępny w formie e-wydania.
Najnowszy "Wprost" jest  także dostępny na Facebooku.
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania.

Tygodnik "Wprost" można zakupić także za pośrednictwem E-kiosku
Oraz na  AppleStore  GooglePlay

 10

Czytaj także