Ankara na zakręcie. Naród zdecyduje czy islamiści z AKP będą rządzić samodzielnie

Ankara na zakręcie. Naród zdecyduje czy islamiści z AKP będą rządzić samodzielnie

Dodano:   /  Zmieniono: 3
(fot.sxc.hu)
Dwa wybuchy zamachowców-samobójców wstrząsnęły nie tylko okolicą dworca kolejowego w Ankarze, ale także politykami i społeczeństwem w Turcji. Napięcie w tym kraju narastało od dawna. Publikujemy fragment tekstu Jarosława Gizińskiego, który w całości będzie można przeczytać w najnowszym numerze "Wprost" (w formie e-wydania dostępny od godziny 20.00). Tekst powstał przed zamachem, który kosztował życie niemal 130 osób i w którym rannych zostało prawie 300.
Turcja, która miała być sojusznikiem w gaszeniu bliskowschodniego pożaru, sama znalazła się na progu wojny domowej. Nie tylko komplikując relacje z NATO, ale przede wszystkim podnosząc zagrożenie nowej fali uchodźców do Europy. Jeszcze trzy lata temu Turcja wskazywana była jako przykład kwitnącej gospodarki i konsolidacji państwa pod rządami umiarkowanych islamistów z popieranej przez klasę średnią Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Jej sukces naśladować chciały zrewoltowane społeczeństwa całego Bliskiego Wschodu. Dzisiaj przeżywa kłopoty największe od 12 lat.

Po kilku latach względnego spokoju znów odżył konflikt z Kurdami, i to w czasie, kiedy za południową granicą toczy się wojna syryjska, a w samej Turcji koczują 2 mln uchodźców. AKP przekonuje, że jest jedyną siłą zdolną wyprowadzić kraj na prostą, a prezydent Erdoğan to mąż opatrznościowy, którego zakres władzy powinien wręcz zostać rozszerzony. 7 czerwca partia rzeczywiście wygrała, ale z wynikiem niedającym jej szans nie tylko na zmianę konstytucji, ale nawet na samodzielne rządzenie. Turków zniechęcił „sułtański” styl rządów prezydenta i jego autorytarne zapędy, których ilustracją stało się wybudowanie w Ankarze największego pałacu prezydenckiego na świecie. Młoda inteligencja nie zapomniała mu rozpędzenia demonstracji przed dwoma laty, prowincjonalna klasa średnia przestała wierzyć we wzrost gospodarczy.

Długie tygodnie rozmów z potencjalnymi koalicjantami nic nie dały. Nie pozostało więc nic innego, jak jeszcze raz wezwać wyborców do urn. – Tak naprawdę tegoroczne wybory są rodzajem plebiscytu. W czerwcu wyborcy mieli odpowiedzieć na pytanie, czy pozwolić AKP na zmianę systemu politycznego w państwie na prezydencki. Z kolei 1 listopada będą musieli zdecydować, czy obecna partia władzy powinna rządzić samodzielnie – mówi „Wprost” Adam Balcer, znawca Turcji z Kolegium Europy Wschodniej. Z sondaży wynika, że większość Turków chciałaby koalicji, która zmusiłaby AKP do prowadzenia bardziej wyważonej polityki. Tyle że partia prezydencka wciąż nie chce się dzielić władzą. Premier Ahmet Davutoğlu obiecał poprawę kulejącej gospodarki i podwyższenie płacy minimalnej. Wiele mówił też o jedności, umacnianiu wspólnego państwa i zapewnianiu równych praw wszystkim obywatelom. Ale głównym przekazem pozostaje obrona partii władzy.

Cały tekst można przeczytać w najnowszym numerze "Wprost", który będzie dostępny w kioskach i salonach prasowych na terenie całej Polski od poniedziałku 12 października. Najnowsze wydania można zakupić również w wersji do słuchania oraz na  AppleStoreGooglePlay. "Wprost" dostępny jest także w formie e-wydania.
+
 3

Czytaj także